Opowiem Wam, jak to jest na dobre połączyć się z lękiem. Niczym kompana wziąć go pod rękę i zaraz po ujrzeniu dwóch kresek, głośno zawołać: chodź, będziemy teraz nierozłączni. Zabrać go ze sobą na pierwsze usg, a dwa dni później na pierwszą wycieczkę na izbę przyjęć. Udawać, że go nie ma, kiedy mówią „to dopiero 7 tydzień, do 12 to nie ciąża” i kazać mu być cicho, kiedy kolor czerwony zalewa nie tylko myśli.

Opowiem Wam, jak to jest gubić się w obliczeniach. Wiedzieć, że do połknięcia są 24 tabletki i  wczoraj, dzisiaj, jutro każda z nich jest taka sama. Rysować tabelki z dniami tygodnia i niczym skazaniec odhaczać kolejne „porcje”. Wątroba? Proszę, jaka wątroba, kto teraz myśli o wątrobie.

Opowiem Wam, jak to jest leżeć plackiem. Ale nie tak przez chwilę, ale chwil kilka, a dokładniej 8 miesięcy. Plackiem. Nie boczkiem mieszanym ze spacerem i też nie na tym boczku połączonym z chwilą siedzenia. Plackiem. Na lewym, zdrętwiałym już, ale jedynym możliwym boku. Z odległą wizją przekręcenia na prawy i tą myślą, że po porodzie pewnie już nigdy nie zasnę na tym, który był moim wyrokiem przez osiem miesięcy.

Opowiem Wam, jak to jest słyszeć o ruchu. O tym niezbędnym dla dziecka i dla dobra kilogramów matki. Słyszeć o nim zagłuszając pustkę programów śniadaniowych i z zazdrością patrzeć na te wszystkie uśmiechnięte matki mówiące o basenie, ćwiczeniach i tych wszystkich innych jogach z brzuszkiem.

Opowiem Wam, jak to jest być przy nadziei. Takiej nadziei, że dotrwasz do bezpiecznej granicy. Bo w 24 tygodniu to już ileś procent szans, a w 28 nawet sporo więcej. Tej nadziei, która nie czyta o powstających liniach papilarnych, ale o rozwoju płuc. Tej, której nie spłoszysz skutkami ubocznymi nospy i innego fenoterolu.

Opowiem Wam, jak to jest się nie bać. A raczej słyszeć, że nie ma się czego bać. Nawet wtedy, gdy kolejny raz siedzisz na twardym krześle izby, a w małżeńskim milczeniu kolejny raz boisz się, że tym razem to może być pożegnanie. Ale cicho, nic nie mówmy, nie można denerwować dziecka, bo ono czuje ten lęk.

Opowiem też Wam, o tym, że dzisiaj już nie pamiętam połowy tych trudnych doświadczeń i jeśli znowu przyjdzie mi zmierzyć się z takim wyzwaniem, zrobię to bez wahania. I on, ten potężny lęk, pewnie też to zrobi, tak jak robi to każdej kobiecie, kiedy pojawia się zagrożenie. Jego siła jest ogromna, a mówi się o nim wciąż za mało. Zagrożona ciąża to nie tylko fizyczna mobilizacja, ale też doświadczenie niezwykle silnego stresu, czas przepełniony lękiem i poczuciem, że nie wszystko można mieć pod kontrolą.

***

Ciąża zagrożona, ciąża wysokiego ryzyka, zagrożenie porodem przedwczesnym to medyczne określenia ujmujące w pewną grupę przypadki takie, jak opisany powyżej. Takie, jak mój. W literaturze medycznej i psychologicznej coraz częściej poruszana jest problematyka emocji, jakich doświadczają kobiety i ich bliscy w przypadku zagrożonej ciąży. Kiedy przeglądałam publikacje na ten temat, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że wyniki badań to jedno, a rzeczywistość i jakość dostępnego wsparcia to drugie. Zanim jednak przejdę do refleksji, kilka faktów:

  • w 2011 roku w Lublinie przeprowadzone zostały badania, których celem było rozpoznanie źródeł i poziomu lęku u kobiet w ciąży. Wyłonione zostały dwie grupy – kobiety w ciąży prawidłowej i zagrożonej. Do pomiaru lęku wykorzystano standaryzowane narzędzie, które pozwala na określenie poziomu dwóch rodzajów lęku – tego, który jest pewną stałą, wewnętrzną cechą danej osoby i tego, który pojawia się w jakiejś określonej sytuacji, na skutek oddziaływania czynników zewnętrznych. U kobiet z zagrożoną ciążą poziom lęku związanego z sytuacją był wyraźnie wyższy niż u tych z ciążą prawidłową. Co ciekawe ich poziom lęku jako cechy nie różnił się istotnie, a fakt doświadczenia ciąży wysokiego ryzyka też go nie podnosił. Oznacza to więc, że konieczność hospitalizacji i leżenia znacząco wpłynęła na ich poczucie lęku sytuacyjnego, ale nie zmieniła poziomu ich osobistej lękowości w ogóle (1)
  • ciąża wysokiego ryzyka często wiąże się z doświadczeniem wielu trudnych emocji – lęku, napięcia, niepokoju, poczucia winy, a nawet depresji (1,2,3)
  • stykając się z sytuacją stresową, każdy z nas „sięga” po pewien repertuar reakcji i zachowań, który w psychologii określany jest mianem stylu radzenia sobie ze stresem. Rożne koncepcje psychologiczne wskazują na występowanie trzech takich stylów – zadaniowego (koncentracja na problemie, podejmowanie prób rozwiązania go), emocjonalnego (skupienie na emocjach, czasem też myślenie życzeniowe, magiczne) oraz unikowego (ucieczka w czynności zastępcze albo angażowanie się w kontakty towarzyskie). Badania pokazują, że zarówno kobiety z ciążą prawidłową jak i te z zagrożoną mają skłonność do częstszego podejmowania zachowań o charakterze zadaniowym (planowanie rozwiązania „problemu”), nieco rzadziej podejmują takie zachowania, których celem jest ucieczka od stresu („nie chcę o tym teraz myśleć”). W ramach tego unikowego radzenia sobie obserwuje się większy udział kobiet z ciążą zagrożoną, a więc to one, częściej niż kobiety z ciążą prawidłową, mogą szukać sposobów, żeby oderwać się od myślenia o swoim problemie (2).
  • w ramach każdego stylu radzenia sobie z sytuacją trudną wyróżnia się konkretne strategie, jakie podejmują ludzie, żeby sobie z owym napięciem poradzić. W pewnych badaniach wykazano, że grupa kobiet w ciąży wysokiego ryzyka stosuje takie strategie, które pomagają im uporać się z permanentnym strachem o dziecko. Jedną z nich jest unikanie, które ma miejsce szczególnie na początku ciąży i wiąże się z niedopuszczaniem do siebie myśli o stanie błogosławionym. Inną możliwością jest tzw. efekt słodkich cytryn, czyli szukanie pozytywów w tym, co trudne. W przypadku kobiet z ciążą wysokiego ryzyka może to być odnoszenie się do wspomnień ze swojego życia albo życia innych osób, które były w podobnej sytuacji i „wszystko dobrze się skończyło”. Trzecią strategią, w grupie badanych kobiet, było poszukiwanie informacji o swoim stanie zdrowia, wypełnianie lekarskich zaleceń i wszystkie te oddziaływania, które pozwalały przywrócić poczucie kontroli nad daną sytuacją. Badacze, którzy zajęli się tym zagadnieniem, wskazywali także na stosowanie przez tę grupę strategii odnoszących się do sfery duchowej, np. modlitwę czy medytację (2)
  • rezultaty badań przeprowadzonych przez zespół z mojej rodzimej uczelni wskazały na jeszcze jedną, niezwykle ważną zależność. Kobiety, które przebywają w szpitalu oceniają swoją sytuację bardziej negatywnie niż te, które (mimo zagrożenia) mogą pozostać w domu. Prawdopodobnie ma to związek z takimi czynnikami, jak rozłąka z rodziną i tęsknota za bliskimi, pobyt w obcym miejscu, trudności w komunikacji z personelem medycznym czy też kontakt z innymi pacjentkami i pojawiające się na tej linii konflikty albo trudności w komunikacji (4)

Wszystkie opisane przeze mnie badania przeprowadzono wśród kobiet, których ciąże określano mianem wysokiego ryzyka z uwagi na poronienie zagrażające i inne przyczyny medyczne takie, jak np. cukrzyca ciążowa, małowodzie, infekcja dróg moczowych, cholestaza czy też łożysko przodujące.

Celowo przytoczyłam tutaj wyłącznie te badania, które przeprowadzone zostały w Polsce i w bliskich nam realiach. Dzięki temu można podjąć próby przełożenia tych wyników na sytuację kobiet z ciążą zagrożoną w naszym kraju (oczywiście to tylko taki uproszczony zabieg, trudno mówić o prawidłowościach dla całej populacji, warto jednak zauważyć, że badania te prowadzone były w grupach o dużej liczebności, a uzyskane rezultaty potwierdzały dotychczasowe analizy w tym zakresie).

Co możemy zrobić z tą wiedzą?

Same badania i płynące z nich wnioski to jedno, ale życie to drugie. Kluczem wydaje się być znalezienie odpowiedzi na pytanie – jak można wspierać kobiety z zagrożoną ciążą? Co można dla nich zrobić, zarówno w obrębie rodziny jak i w konkretnym, specjalistycznym działaniu. Mówiąc o wsparciu warto podkreślać jego adekwatność – dopasowanie go do tego, czego dana kobieta potrzebuje. Dla tych potrzeb i emocji dobrze jest zrobić miejsce. Nie zagłuszać, nie zagadywać, nie pocieszać na siłę i nie negować tych wszystkich trudnych uczuć, które są faktem. Czasem wystarczy obecność, akceptacja i bezpieczeństwo. To naprawdę nie są puste słowa. W pewnych badaniach, którymi objęto kobiety z ciążą wysokiego ryzyka, wykazano, że poczucie zadowolenia ze wsparcia, jakie uzyskują pomaga w obniżeniu takich trudnych emocji, jak zamartwianie się, drażliwość, poczucie przeciążenia i napięcia oraz presji, a także obniża ogólny poziom stresu i zwiększa poczucie radości (3). Rezultaty tych badań podkreślały znaczącą rolę męża/partnera, jako osoby niosącej wsparcie (nie da się jednak ukryć, że doświadczenie to może być stresujące również dla mężczyzn, stąd też oni również mogą potrzebować wsparcia).

Zapytałam moje Czytelniczki o to, co było dla nich pomocne, a co nie w czasie zagrożonej ciąży. Oto kilka cytatów:

„Najgorsze były wszystkie historie o ciążowych tragediach. Ciągle ktoś mi opowiadał o porodach przed czasem, o wcześniakach i ich problemach, czasami ze szczęśliwym zakończeniem a czasami nie. A ja wcale nie chciałam tego słuchać.”

„Pomogła mi moja przyjaciółka, która miała za sobą jedną taką ciążę. Miałam wrażenie, że tylko ona mnie rozumie i wie, jak ze mną rozmawiać. Miałam ochotę gryźć, kiedy ktoś mi mówił, że wszystko będzie dobrze i żebym się nie bała. Skąd niby ta pewność?”

„Szukałam wsparcia na forum. Do pewnego czasu to było ok, ale później zaczęłam się nakręcać historiami innych matek i przestałam tam wchodzić. Spałam w dzień jak najwięcej i oglądałam głupie seriale, wszystko, żeby zabić czas.”

Kiedy piszę te słowa, wracają moje wspomnienia sprzed trzech lat. Wiem, że miałam dużo szczęścia, bo otaczają mnie psycholodzy i fakt, że mieszkam w dużym mieście dodatkowo ułatwiłby mi skorzystanie ze specjalistycznego wsparcia. Ale wiem też, tak po prostu, że czasem wystarczy akceptacja dla tego, co trudne, dopuszczenie do głosu wszystkich tych myśli, które nie są łatwe, zarówno dla kobiety jak i jej otoczenia. Tych o lęku, tych o niepewności, tych o odliczanych dniach. Stworzenie przestrzeni do okazania tych emocji i poczucia, że one też są faktem. Nie tylko w wynikach badań, nie w artykułach takich, jak ten, ale w codzienności tych rodziców, dla których czas oczekiwania na dziecko nie jest usłany różami.

źródło zdjęcia: flickr, Patrick