Kilka dni temu byłam na warsztatach w miejscu, które nasza córka nazywa przedszkolem (jej przedszkole to tak naprawdę zajęcia dwa razy w tygodniu, na których nie ma rodziców). Na końcu tych warsztatów padło zdanie o byciu łaskawym. Łaskawym dla siebie, dla swoich emocji, potrzeb a także potknięć i błędów. I jakoś tak ta łaskawość mnie zatrzymała i trzyma do dzisiaj.

Piszemy i czytamy dużo – o dzieciach, o ich rozwoju i pewnych mechanizmach. To ostatnie słowo daje nam pewne światło, ale nigdy gwarancję. Podpowiada drogę, ale jej nie narzuca. Zasypani stosem książek, biegnący od warsztatów do warsztatów, dążący do coraz lepszej jakości. Pewnie nie wszyscy tacy jesteśmy, pewnie nie zawsze. Staramy się jednak bardzo często, chcemy dawać z siebie jak najwięcej, jak najlepiej, jak najmądrzej. Dzielimy przez trzy każde niewypowiedziane jeszcze słowo i przez dwa mnożymy nasze pomyłki. Bo przecież ja tyle wiem, a dzisiaj dałam/dałem ciała.

Bądźcie dla siebie łaskawi – powiedział jeden z prowadzących te warsztaty. Tym zdaniem obudził we mnie te wszystkie emocje, którymi dzielą się ze mną rodzice i których doświadczam też ja. Bo przecież wiem, co Juul napisał o stresie przy posiłkach, a jednak czasem sama go nakręcam. Niby wiem, co Agnieszka Stein mówiła o wypowiadaniu ocen, a jednak zdarza się, że sypię nimi jak z rękawa. Gdzieś z tyłu głowy ciągle mam te wszystkie przeczytane zdania, te myśli, które zostały po warsztatach i tę całą mądrość, którą chciałabym się kierować. Mam gdzieś to wszystko, a czasem się potykam. I coraz częściej łapię się na tym, że mam na to zgodę. Nie na to, by swoje błędy racjonalizować, ale na to, że czasem mogę dać plamę, po prostu.

To ten wystarczająco dobry rodzic od Winnicotta, te napełnione kubki od Marty Stasiełowicz*, ten autentyczny, czasem irracjonalny rodzic od Juula. Rodzic, który czasem nie wie, rodzic, który czasem popełnia błąd, rodzic, który czasem wrzuca na luz. Nie analizuje, nie obejmuje wszystkiego racją intelektu, nie szuka wszędzie teorii i uzasadnienia. Rodzic z krwi i kości, z łaską swoją i dla siebie.

* Marta Stasiełowicz jest psychologiem, trenerem Familylab. Podczas jednego z warsztatów użyła metafory kubeczków – każdy z nas ma swój, żeby móc coś „nalać” do kubka drugiej osoby (również dziecięcego), muszę mieć coś w swoim. Z pustego nawet rodzic nie naleje 😉

źródło zdjęcia: flickr, Dr. Wendy Longo