Ja czuję, że Ty czujesz, że ja czuję, że brzmię sztucznie. Takie mniej więcej miałam wrażenie na ćwiczeniach z psychologii komunikacji, które miałam na pierwszym roku studiów. Mówienie w pierwszej osobie i nazywanie uczuć, było i jest dla mnie oczywiste, ale już samo ćwiczenie tego, z nadmierną koncentracją nad treścią, bywało wręcz teatralne i nienaturalne. Podczas studenckich imprez wiele razy nawiązywaliśmy do tej zabawy. Im większą groteskę chcieliśmy zbudować, tym więcej sztuczności nadawaliśmy naszym komunikatom. Teraz, kiedy wracam myślami do recytacji „ja czuję, że Ty czujesz”, wyobrażam sobie, co mogą czuć dzieci, kiedy dorośli zatracają się w swoim dążeniu do bycia idealnym rodzicem.

Pamiętam swoje początki w rodzicielstwie bliskości, a raczej w czymś, co praktykowałam, nie wiedząc, że ma to jakąś nazwę. Metodą prób i błędów chciałam odczytać potrzeby mojej córki, czasem robiąc to z lekkością motyla, innym razem z poczuciem niesamowitego zmęczenia. Czytając pierwszy raz „Księgę Rodzicielstwa Bliskości” Searsów, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że piszą o nas. Karmiłam piersią, spaliśmy przy dziecku, nosiliśmy, słuchaliśmy potrzeb, dążyliśmy do równowagi, a ja upchnęłam głęboko w szafie Tracy Hogg. Niemal złoty medal w rodzicielstwie bliskości! Chciałoby się powiedzieć – idealnie wpasowani w ramki bliskościowego rodzica. Ale zaraz, przecież taki wzorcowy model nie istnieje. Bo czy jestem bardziej RB od kogoś, kto „tylko” karmi piersią i słucha płaczu dziecka? „Nie jestem prawdziwą RB, bo nie śpię z dzieckiem” – powiedziała mi pewna mama, jedna z najbardziej wrażliwych i empatycznych, które znam.

Niektóre praktyki są dla rodziców RB typowe (…) jednak to tylko narzędzia do tworzenia bliskości, nie zaś kryteria, które należy spełnić, aby zostać uznanym za bliskiego rodzica (…). Rodzicielstwo bliskości nie opiera się na zasadzie „wszystko albo nic”.

William i Martha Sears „Księga Rodzicielstwa Bliskości”

Rodzicielstwo bliskości dało mi wolność. Intuicja zamiast poradników, natura zamiast konsumpcjonizmu, spokój zamiast tresury i tabelek. Kontakt z książkami Serasów utwierdził mnie w przekonaniu o owej wolności. Nic nie musiałam. Nie było limitu i granicy – „tu jesteś RB, a tam nie”. Nie było wskazówek i twardych wytycznych. Byłam ja, dziecko, mąż. W procesie wielkiej zmiany i z przekonaniem, że chcemy być blisko. Niezwykle koiły mnie słowa Searsów „nie ma wszystko albo nic”. Czułam, że zmierzam ku pewnej filozofii, ale ona mnie nie ogranicza. Że moje wybory mają korzenie w miłości i zrozumieniu dziecka, a nie w ramach, które ktoś chce narzucić. Strzeżcie się trenerów dzieci, piszą Searsowie. Strzeżcie się też samych siebie i swoich trenerskich zapędów – mogłabym dodać.

Chciałabym być dobrą matką, nie idealną. Czasem narzucam sobie za wysokie standardy, ale spokojne ramię i słowa męża sprowadzają mnie na ziemię. Stop, bądź wystarczająco dobra. Chcąc się rozwijać zaczytuję się w książkach Juula, Stein, Searsów. Od każdego z nich dostaję zachętę do autentyczności i spojrzenia na siebie łaskawym okiem. I choć większość rodziców bliskościowych zna te książki, są wśród nich też tacy, którzy dalecy są od pozwolenia sobie na potknięcia. Czasem, niczym w szkole, nakładają na siebie plecaki pilnych uczniów i nie dopuszczają do siebie możliwości popełnienia błędów. Idąc dalej w drodze do idealnego rodzicielstwa, przesiewają przez sito każde wypowiedziane słowo. Gryzą się w język przy wymykającym się „Super!” i niczym studenci psychologii recytują „ja czuję, że Ty czujesz, że ja nie czuję”. I nie ma w tym nic złego, ba! refleksja jest niezwykle ważna w każdym dialogu. Bardzo łatwo jednak przekroczyć granicę. Pojawia się więc ryzyko, że zamiast autentycznego komunikatu, pełnego empatii i bliskości, pojawi się zlepek sztucznie wypowiadanych słów, koniecznie w jedynej właściwej konfiguracji.

Wielu rodziców wybiera język, który chyba nie mógłby być bardziej nienaturalny (…) Swoim wypowiedziom nadają – jak aktorzy w teatrze – wystudiowany i sztuczny ton: oni grają rodziców, a dzieci naśladują zachowania dziecięce. Członkowie rodziny przestają być autentyczni i działają, jakby dążyli do realizacji jakiejś abstrakcyjnej idei rodziny

Jesper Juul „NIE z miłości”

Zdarza mi się być potwornie zmęczoną, mieć dość wszystkiego i snuć wizję błogiego relaksu z książką w łóżku. Nauczyłam się z tym nie walczyć. Nie udaję już supermamy, która zawsze jest na 100%. Patrzę na moją córkę i wiem, że jedną z wielu rzeczy, które muszę jej przekazać, jest szacunek dla własnych granic. Nauczyć ją mówić NIE, z serca i w zgodzie z samą sobą. I wiem, że jedną z dróg ku temu, jest moje NIE, które niekiedy muszę jej powiedzieć. NIE z miłości i NIE z miłością. Bo czasem nie mam siły dziesiąty raz rozkładać wszystkich klocków, a czasem po prostu chcę wypić ciepłą herbatę. Nic wielkiego, normalność, którą chcę jej pokazać. Nie supermamę, ale mamę autentyczną, z potrzebami i ograniczeniami.

Dzieci mają prawo do życia z dorosłymi, którzy nie udają, że są nadludźmi

Jesper Juul „NIE z miłości”
źródło zdjęcia: P-J-TRASH, flickr