Kilka tygodni temu nocowali u nas przyjaciele. Ania, koleżanka po fachu, wielka fanka psychologii pozytywnej i jej mąż, ojciec chrzestny naszej córki. Podczas jednej z rozmów Ania zauważyła, że mówiąc o rodzicielstwie, często używam zwrotu „u nas to działa”. Nie byłam tego świadoma, a może to z tej częstotliwości nie zdawałam sobie sprawy, ale zaczęłam się nad tym zastanawiać i musiałam przyznać jej rację. Faktycznie tak robię. Kiedy opowiadam o reakcjach na złość, usypianiu, żywieniu, mówię o nas, o tym, co u nas działa a co nie. Nie wiem czy to efekt lektury książek o rodzicielstwie bliskości (piszą o tym m.in. Searsowie w „Księdze Dziecka”) czy kwestia doświadczenia. A może to wypadkowa wielu czynników, mocno naznaczona pokorą? Jeszcze dwa lata temu byłam dużo mniej elastyczna. Owszem, wiedziałam, że nie ma złotych rad i rozwiązań uniwersalnych, ale akceptacja odmienności i innych wzorców wychowania nie była moją mocną stroną. Ta pokora przyszła z czasem, z moim dzieckiem i każdym tygodniem wymykającym się z podręcznikowych ram. Kiedyś myślałam, że mogłabym napisać książkę o kolkach. O tych wszystkich masażach, suszarkach, kropelkach i innych bzdurach. Dzisiaj ta książka nosiłaby tytuł „Wszystkie kolki mojego dziecka”. Bo to, czego mogę być znawcą, dotyczy mojego dziecka. U nas to działa.
Z wielkim szacunkiem darzę całą wiedzę z zakresu psychologii rozwojowej. Myślę nawet, że wielu pytań i problemów dałoby się uniknąć, gdyby dorośli częściej czytali o rozwoju dziecka na danym etapie. Znam więc prawidłowości, normy, kryzysy, skoki. Wiem o tym, co może pomagać, a co raczej zaszkodzi. Kiedy jednak ktoś pyta mnie o konkretne sposoby reagowania, często odpowiadam, że ich nie znam. I taka jest prawda, bo mogę co najwyżej powiedzieć, co działa u mnie albo u innych rodziców, którzy dzielili się ze mną doświadczeniem. Nie wyznaję jedynej słusznej racji, bo nie muszę i nie chcę. W rozmowach z rodzicami, na blogu i na warsztatach unikam recept i poradnikowych mądrości. Rzadko bowiem znam cały kontekst sytuacji, a dzieci nie da się wpisać w jeden schemat. Dlatego daję sobie prawo, by mówić tylko o tym, co działa u nas, co się sprawdza lub nie. W szukaniu rozwiązań dla innych rodzin mogę tylko towarzyszyć, ale nie im dowodzić.
Byłam wspaniałą matką, zanim jeszcze miałam własne dzieci. Doskonale wówczas wiedziałam, dlaczego inni mają z nimi problemy. Później zostałam matką (…) życie z dziećmi uczy pokory
A. Faber, E. Mazlish „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły”
Stawiając na prawo do własnej drogi, myślę nie tylko o innych rodzicach, ale też o sobie. O tych wszystkich sytuacjach, kiedy chcę wyjść poza to, co „moje”, ale też o tych, w których w tym „moim” chcę pozostać. Dotyczy to szczególnie wszelkich porównań, tak często skracanych do krótkiego „co Ty możesz wiedzieć”. Wiele razy złapałam się na myśli, w której odbierałam komuś prawo do narzekania. Bo jakim prawem mówisz, że jesteś zmęczona, skoro Twój mąż i Ty pracujecie w domu, a ja jestem sama z dzieckiem od poniedziałku do czwartku? Skąd w Tobie ta pycha, by zamartwiać się kolkami, kiedy ja co tydzień zabieram dziecko na oddział hematologii, żeby podać mu zastrzyki krwiotwórcze? Co Ty możesz wiedzieć? Patrząc na trzeźwo i z refleksją wiem, że to strasznie niesprawiedliwe. Bo owszem moje problemy są dla mnie największe na świecie, ale czy to ujmuje wielkości tym innym? To nie tak, że stawiam na jednej szali ciężkie choroby i kolki, ale emocje, które mogą towarzyszyć tym drugim wcale nie muszą być negowane. Tu i teraz to są czyjeś realne problemy.
Kiedy byłam mała, potrafiłam zadawać najdziwniejsze pytania, jakie przyszły mi do głowy. Kiedyś na fali entuzjazmu zapytałam nauczycielkę w klasach 1-3, dlaczego mocz jest żółty a nie np. niebieski. Zbyła mnie, a ja nie potraktowałam tego zbyt poważnie. Kiedy jednak parę miesięcy później, zapytałam ją o to, co dzieje się z ludźmi po śmierci, miałam już konkretny powód wynikający ze śmierci mojego dziadka. Nie masz większych problemów? – usłyszałam. Nie mam – odpowiedziałam zupełnie szczerze. Bo wtedy ich nie miałam. To było w drugiej klasie podstawówki, a ten problem był w tamtym momencie moim największym. Jej reakcja sprawiła jednak, że poczułam, jakbym zawracała jej głowę, pytała o banał podobny do tego sprzed paru miesięcy. A to było moje tu i teraz, coś do czego nie dała mi prawa.
Dając prawo do odmienności, sama też mam do niej prawo. Dając prawo do doświadczania i przeżywania emocji, też nie mogę się go pozbawiać. Dzisiaj, z perspektywy czasu, kolki są dla mnie banałem. Dwa piętra niżej mieszka jednak moja znajoma, której córeczka przyszła na świat 1,5 miesiąca temu. Kolki, płacz, bezsenność to teraz treść każdej naszej rozmowy. Dla mnie to tylko wspomnienie, dla niej cały świat i kosmos emocji tak samo istotnych, jak wszystkie inne. Nie mam prawa ich umniejszać ani tym bardziej negować, bo to jest „jej” tu i teraz. Kiedy pyta mnie o to, jak reagować na płacz, mogę tylko powiedzieć, co sprawdziło się u nas, widząc otwartość pójść nawet krok dalej i zahaczyć o to, co się nie sprawdza, a może zrobić więcej krzywdy. Reszta jednak należy do niej.
Odwracanie perspektywy to dla mnie lekcja pokory, ale też szacunku i akceptacji. Dla odmienności, dla doświadczeń, dla emocji, dla problemów, których nie sposób porangować, jeśli się ich nie doświadcza. To też moja lekcja uważności, owego „tu i teraz”, które być może za jakiś czas będzie niczym, ale teraz jest wszystkim.
źródło zdjęcia: flickr, J. Michel (aka: Mitch) Carriere