Kilka pierwszych dni ferii spędziłam na spotkaniach z mamami. Na zaproszenie sąsiedzkich klubów mam, poprowadziłam warsztaty o rodzicielstwie bliskości. Temat jednego ze spotkań, ale też niemal naczelną treść, do której często wracały uczestniczki, stanowiła równowaga – wobec siebie, wobec dziecka, wobec partnera. Ta ostatnia wywoływała najwięcej dyskusji. Pojawiały się więc głosy pochwalne, doceniające, podkreślające równorzędność ról i chwil spędzanych z dzieckiem. Były też inne, niekoniecznie przeciwstawne, zwykle zaczynające się od „bo oni to…”. Wsłuchując się w nie rzadko widziałam sprzeciw, walkę, rozczarowanie. To, co rzucało mi się w oczy miało w sobie szczyptę zmęczenia, trudności z wyznaczeniem swoich granic, a przede wszystkim braku równowagi – tej równowagi wyobrażeń i wzajemnego zaufania. Ten tekst nie będzie o ojcach z kategorii „to Twoje dziecko”, nie będzie też poematem na temat tych, którzy biorą dziecko na spacer i oczekują medalu, wreszcie nie będzie głosem w dyskusji my – oni. To będzie tekst o oczekiwaniach, wyobrażeniach i relacjach. Relacjach, za które każdy z nas ponosi odpowiedzialność.
Często spotykam się z określeniem „ojciec to nie matka”. No ba, już na lekcjach biologii widać różnicę. Ojciec to nie matka, a matka to nie ojciec. To duet. Mniej lub bardziej zgrany. Trzon rodziny, podstawa trójkąta, początek wszystkiego. To oni wzajemnie czynią siebie rodzicami, to oni stawiają w tym tańcu pierwsze i kolejne kroki. Pojawienie się dziecka, nadanie sobie nowej definicji (matka, ojciec) i rozpoczęcie funkcjonowania w zmienionym składzie, to naprawdę duże wyzwanie rozwojowe. Nie trzeba wiele, żeby się pogubić, zapędzić, zatracić. „Ja zrobię to lepiej” albo „Już Ty lepiej tego nie rób” to tylko słowne odzwierciedlenie tego, co siedzi w głowach wielu kobiet. Instynkt, my to wiemy, my mamy to w naturze – myślimy. I pewnie jest w tym sporo prawdy, ale jest też trochę braku zaufania, rozmyta równowaga, w której dziecko jest nasze, a partner/mąż obsadzony zostaje w roli pomocnika, asystenta. Jest w internecie taki obrazek, na którym kobieta trzyma noworodka i oboje patrzą na siebie myśląc „co teraz?”. Myślę, że wiele z nas miało takie myśli. Jak trzymać, jak umyć, jak przebrać. Pomocne mogły być szkoły rodzenia, filmiki z sieci, podpowiedzi doświadczonych rodziców. Ale „żywy materiał” to już zupełnie inna bajka. Wtedy zaczyna się przygoda, nauka i wielka niewiadoma. I dobrze jest mieć w tym towarzysza, nie asystenta, ale równorzędnego kompana.
Słyszę już te głosy „łatwo Ci mówić” albo „tylko co zrobić, jak facet nie chce pomagać”. Nie wiem, ale pierwsze, co przychodzi mi do głowy to weryfikacja wyobrażeń. Kilka miesięcy temu przeczytałam uwalniające słowa „mnie już naprawdę wystarczy odpowiedzialność za moją własną relację. Za moje własne wysiłki, starania, potknięcia. I chcę brać tę odpowiedzialność za coś, na co realnie mam wpływ”. Pochodziły z tego tekstu, a ich autorka, Małgorzata Musiał, prowadzi jeden z moich ulubionych blogów o świadomym rodzicielstwie (Dobra Relacja). W tamtym czasie te słowa pozwoliły mi zrzucić z siebie ciężar oczekiwań, które pokładałam w kilku osobach z otoczenia Zosi. To dzięki tym kilku zdaniom zrozumiałam, że nie da się kogoś zmusić do bycia „dobrym” – dziadkiem, wujkiem, babcią czy wreszcie ojcem. W odniesieniu do tego ostatniego określenie dobry w ogóle jest trudne. Bo dobry, to w sumie jaki? Ten, co „nie pije i nie bije”? Czy ten, co czyta ze mną Juula i nosi dziecko w chuście? A może dobry to ten, który wstanie do dziecka o czwartej nad ranem i powie „Hej, widzę, że miałaś ciężką noc, śpij ile chcesz, a ja zajmę się wszystkim”. Kim właściwie jest ten wyobrażony, dobry ojciec?
Wchodzimy w relacje z różnym pakietem. Dobrych i trudnych cech, obciążeń, oczekiwań, rozczarowań. W tym swoim plecaku chowamy przeszłość, doświadczenia poprzednich związków i „prezenty” z własnego dzieciństwa i relacji rodzinnych. Czasem te bagaże bywają niekompletne, czegoś im brak. Ale bierzemy je ze sobą i wnosimy do nowego domu, nowej rodziny. Mniej lub bardziej staramy się je wypełnić, nadrobić, zrównoważyć. I na pewno nie jest nam łatwo, kiedy nagle stajemy się jedną ze stron, kiedy mówi się o nas, „bo oni…” albo „bo one…”. Bo one to biorą wszystko na siebie, bo siedzą w domu, bo tylko dziecko i dziecko, bo mogłyby o siebie zadbać. A oni, wszystko trzeba im mówić, nic się nie domyślą, nie zostaną sami z dzieckiem, bo nie daliby rady. I jak tu mówić o równowadze? Chill, zen, luz – chciałoby się rzec poradnikowo. Ale wiem, że to nie jest proste. Uczę się tego każdego dnia, a marząc o równowadze, sama chcę ją dawać. W oczekiwaniach, wyobrażeniach, obrazach rodziny, które rysuje w mojej głowie. Tu i teraz buduje się moja relacja z dzieckiem, tu i teraz Twoja, tu i teraz ojcowska, babcina, dziadkowa itp. Moja odpowiedzialność i wyobrażenia są tu i teraz, w obszarze coraz bardziej wyraźnych granic, które sama wyznaczam. Nie chcę stawać w opozycji, budować obozów, dzielić się. W rodzinie wszyscy doświadczamy zmian, jesteśmy systemem, tańczymy na jednej sali. „To jest Wasza nowa norma” powiedział kiedyś William Sears i myślę sobie, że w tej normie dobrze jest zachować równowagę wzajemnych wyobrażeń.
źródło zdjęcia: flickr, kylesteed