…jest tylko cygarem i niczym więcej” – powiedział kiedyś Freud. W odniesieniu do jego teorii można to oczywiście zrozumieć dwuznacznie, jednak uniwersalność tego zdania nie przestaje mnie zadziwiać. Większość mojej dotychczasowej pracy miała charakter diagnostyczny i nie ukrywam, że bardzo to lubiłam. Cieszę się więc, że powoli wracam „na rynek”, nie zapominając przy tym, że diagnoza psychologiczna to sztuka obarczona ogromną odpowiedzialnością.
Żyjemy w czasach, w których wszystko się jakoś nazywa, pasuje do jakiejś kategorii, a często ma już nawet wyrobiony certyfikat. W tym nazywaniu i klasyfikowaniu nie pomijamy też naszych dzieci. Grzeczne, lękowe, wycofane, nadpobudliwe. W opisach dorosłych dzieci często są „jakieś”. Pół biedy, chciałoby się rzec, jeśli to pozytywne cechy, które nie tworzą nic poza złudną, zewnętrzną motywacją i podatnością na aprobatę społeczną. Niestety mundurek grzecznej Marysi może uwierać równie mocno, jak diabelskie różki i inne nicponie, łotry i szatany. Niekiedy ta potrzeba nazwania jest tak silna, że sięga do podręczników psychiatrii i psychologii klinicznej. Ruchliwy staje się „tym z ADHD”, nieśmiały „tym z lękiem społecznym”, a niechętny do pieszczot „tym od zaburzeń integracji sensorycznej”. Z każdym takim określeniem pojawia się ryzyko utraty dziecka z pola widzenia. Postawienia objawu przed osobą, etykietki przed właściwym imieniem, kryteriów diagnostycznych ponad potrzebami, możliwościami i ograniczeniami.
Nasz dostęp do wiedzy jest coraz większy, jedno słowo w wyszukiwarce i już wiemy wszystko. Nie ma chyba objawu, który nie zaprowadziłby nas do najcięższej postaci nowotworu i opisu setek tysięcy przypadków „takich, jak nasze”. Nie dotyczy to wyłącznie objawów somatycznych, ale również tego wszystkiego, co wiąże się z naszą psychiką. Chcemy wiedzieć, rozpoznać i bardzo często na tym się zatrzymać. Uff, odetchnąć z ulgą, to przecież ADHD, nie mogę nic zrobić. Tyle dzieci to ma. Aspergera, obsesje, społeczne fobie. Tymczasem wskaźniki epidemiologiczne większości zaburzeń pokazują coś zupełnie innego. Bo czasami cygaro jest tylko cygarem, niczym więcej, a wszelkie wątpliwości najlepiej rozwiać w bezpośrednim kontakcie ze specjalistą (pisałam o tym tutaj i tutaj).
Dla specjalistów – diagnostów cytat z Freuda powinien być równie ważny jak „primum non nocere”. Wszystko bowiem kręci się wokół rozwoju, o którym nigdy nie można zapominać. Dziewięciomiesięczne dziecko może nie chcieć rozstania z mamą, choćby nie wiem ile osób chciało je przekonać, że „to już jest niezdrowe”, a matka „dała się temu dzieciakowi”. Półtoraroczne dziecko ma prawo ssać pierś i na próżno szukać naukowych dowodów o „uzależnieniu od matki” albo „zaburzonej relacji”. Dwulatek ma prawo mówić „nie”, a my tej pewności „swojego” możemy mu szczerze zazdrościć. Dwuipółletnie dziecko może nie chcieć się dzielić, bo ono dopiero uczy się, co to znaczy posiadać i nie oznacza to, że „wyrośnie na egoistę” albo „osobowość aspołeczną”. I tak dalej, itd. Żadna wiedza tajemna, lecz baza do wszelkich hipotez i ich dalszej weryfikacji. Bo przecież nie wszystko musi mieć jednostkę chorobową, wymagać leczenia i wielkich planów naprawczych.
***
Jedna z moich koleżanek zapytała mnie kiedyś, jak to jest być rodzicem i psychologiem dziecięcym jednocześnie. „Przekichane” odpowiedziałam jej wtedy szczerze. Potrzebowałam dwóch lat, żeby poukładać to sobie tak, by czerpać z tej studni, kiedy potrzebuję, a na co dzień trwać w stanie luzu i zachwytu jednocześnie. Luzu, z przekonaniem, że nie bagatelizuję, ale też nie szukam na siłę. Zachwytu ze wspomnieniem tego pierwszego spotkania z moją córką i przekonania, że nic się nie liczy poza faktem, że ona po prostu jest.
źródło zdjęcia: flickr, greg westfall