Mój syn ma Aspergera, mój ADHD, a mój jest nieśmiały. Bo ten pierwszy lubi bawić się kolejką, drugi potrzebuje dużo ruchu, a trzeci czasu, żeby rozkręcić się w nowym towarzystwie. Wklepane w google objawy mówią, że tak właśnie jest, więc diagnoza zapada. Czasem potwierdzi ją inny internetowy ekspert, innym razem kuzynka albo kobieta w kolejce w sklepie („co on się tak wierci? pewnie ma ADHD”). Tylko do tego specjalisty trochę za daleko i terminy odległe, ale co mi będzie ktoś obcy wchodził z butami w życie. Ja przecież widzę, ślepa nie jestem, wiem, że mam dziecko z… No właśnie, z czym?
Diagności są wszędzie. Najwięcej ich w sieci. Jedni nadmiarowo nadają etykiety i kategoryzują do jednostek chorobowych. Drudzy wiedzą, że ADHD nie istnieje, bo przeczytali dwa artykuły. Nie wierzą w dysleksję, bo kiedyś jej nie było. Nie uznają zaburzeń integracji sensorycznej, bo to tylko zbijanie kasy. Ich zdaniem wszystkie dzieci powinny iść do szkoły w wieku 6 lat, bo w przeciwnym razie są pozbawiane szansy na edukację i skazane na nudę. Diagności. Tak chętni do podejmowania decyzji, tacy jednomyślni. Cpyk, przyłożona linijka. Masz – nie masz. Oni zdiagnozują i orzeką. I tylko to dziecko, gdzieś w tym wszystkim się zgubi.
Jakiś czas temu natknęłam się na wpis, na bardzo popularnym blogu, podważający istnieje ADHD i dysleksji. Wśród komentarzy wyłoniły się dwa obozy. „Kiedyś tego nie było” zebrał w swoich szeregach mocnych zawodników. Nie umiałeś pisać, to dostawałeś po łapach, a nie jakąś opinię. Dostałby w dupę, to by nie łaził po klasie. Druga strona krzyczała, to wszystko jest i jest tego znacznie więcej. Pojedyncze głosy podsyłały symptomy, linki i internetowe testy. Z jednego z nich dowiedziałam się, że mam Aspergera. Po 31 latach. Chyba powinnam się cieszyć, przecież to teraz modne?
Dałam sobie prawo do napisania tego wpisu jako diagnosta. Szkoliłam się w diagnozie, pracuję diagnostycznie, prowadziłam zajęcia z diagnozy dla studentów psychologii. Mimo wiedzy i znajomości kilkudziesięciu metod badawczych, zawsze widziałam jedno: dziecko. Zmęczone lub wypoczęte, głodne albo z katarem, w szczycie formy lub po nieprzespanej nocy. Dziecko z pełnej rodziny i z tej w konflikcie. Dziecko po kłótni z przyjacielem i to w poczuciu osamotnienia. Dziecko będące barometrem wszystkiego, co dzieje się wokół niego. Czasem diagnoza okazywała się dla niego wybawieniem. Nagle świat zaczynał je rozumieć, otaczać odpowiednią opieką, dostarczać wsparcia i pomocy. Innym razem rozpoznanie stawało się ciężarem. Nagle ten sam świat przestawał widzieć dziecko, a dostrzegał wyłącznie objaw i wszystko z tym objawem wiązał. Bo on ma ADHD, bo on już taki jest, bo to ten z Aspergerem, no typowy Asperger.
Kiedy „zdiagnozowałam” sobie Asperegera, w 15 minut, wcale nie było mi do śmiechu. Przed moimi oczami stanęły te dzieci, z którymi spotkałam się na swojej drodze zawodowej. Te, które rzeczywiście Aspergera miały, jak również te, którym na siłę próbowano go wcisnąć. Moje myśli powędrowały też do dorosłego ADHD, który dzisiaj robi zawrotną karierę w medycynie, a bez pomocy żony i asystentki, nie jest w stanie ogarnąć podstawowych spraw. Do tego sześciolatka, który w listopadzie „cofał się” do przedszkola, bo w jego przypadku szkoła okazała się falstartem. Widziałam też wszystkich tych mądrych maturzystów, którzy rozkładali cząsteczki na atomy, ale słowo „żołnierz” potrafili napisać w najrozmaitszych kombinacjach błędów. Każdy z nich, każdy z opisanych powyżej, był wyjątkową osobą, która doświadczała realnych trudności. Kto spojrzy im w twarz i powie, że ich problemy nie istnieją, bo kiedyś tego nie było? A może ktoś, z tych internetowych diagnostów, zamieni się z nimi miejscami i odważy się zmierzyć z jednostkami, w które tak łatwo upycha dzieci?
Diagnoza, trafna i rzetelna, rzadko bywa oczywista. Diagnoza jest procesem, a postawiona w trakcie jednego spotkania może budzić niepokój. Zaburzenia i trudności (np. specyficzne w uczeniu, czyli dysleksję) rozpoznawać powinien zespół specjalistów. Zespół! Nie jedna Anita psycholog od dzieci albo jedna Krystyna logopedka czy Anna pedagog. Tam, gdzie mowa o poważnej diagnozie, musi być poważny zespół wielospecjalistyczny (oczywiście nie dotyczy to diagnozy integracji sensorycznej, gdzie potrzebny jest jeden specjalista, ale taki przez duże S – po odpowiednich szkoleniach i z doświadczeniem). Szukając pomocy, warto zasięgnąć opinii znajomych, przeszukać fora internetowe, zadzwonić w kilka miejsc. Szukać namiarów, ale nie rozpoznania. Warto też zadać sobie pytanie o cel. Czy szukam diagnozy, bo chcę dziecku pomóc? A może naciska na mnie szkoła, a ja chcę mieć spokój? Czy to dla mnie furtka, coś w rodzaju „ja już nic nie poradzę, bo on ma zaburzenie”? Pytanie o cel, pytanie o dobry zespół diagnostyczny, pytanie o dalsze postępowanie – to takie minimum. Minimum, kiedy zaczynamy szukać realnej pomocy, a nie tej w gabinecie dr Google.
P.S. W procesie diagnostycznym zmierzającym do rozpoznania opisanych przeze mnie trudności, bardzo ważną rolę odgrywa psycholog. Jakiś czas temu napisałam tekst odczarowujący ten zawód, do przeczytania tutaj
źródło zdjęcia: flickr, Pete Prodoehl