Jakiś czas temu wspominałam tutaj o poczuciu własnej wartości u dzieci, o konieczności dostrzegania i przyjęcia ich takimi, jakimi są. Rozważania te miały swój początek w lekturze książki „Twoje kompetentne dziecko” Jespera Juula i były pewnym wstępem do tego, o czym chcę napisać dzisiaj. W jednym z rozdziałów tej książki Juul wspomina o niewidzialnych dzieciach, czyli tych, którym brakuje owego bycia dostrzeżonym i zauważonym w swojej autentyczności, bez względu na dodatkowe atrybuty. Niewidzialne dzieci, zdaniem Juula, to te, które od najmłodszych lat wpisane zostały w jakąś rolę, dzieci z rodzin, w których głównym tematem są konflikty między rodzicami, dzieci, które mają chore rodzeństwo albo te, które na siłę obdzierane są z przywilejów dzieciństwa, bo „jakoś trzeba się zachować”. Kiedy czytałam tę część książki, to właśnie nad tą ostatnią grupą zatrzymałam się na dłużej. Temat rósł, rósł aż dorósł do tego tekstu, choć pewnie i tak nie wyczerpię go w całości.
Żyjemy w różnych grupach i w każdej z nich obowiązują jakieś normy. Norm trzeba przestrzegać, bez norm dzieci się gubią i nie można im na wszystko pozwolić. Setki razy słyszałam te i podobne zwroty, które padają w każdej dyskusji, w której podejmuje się wątek akceptacji dzieci i ich szeroko rozumianej wolności. Głosy w tych dyskusjach są zwykle takie, jakby wszystko było albo czarne, albo białe, a po środku nie było nic. Zimny chów kontra bezstresowe wychowanie, twarda ręka albo wchodzenie wszystkim na głowę. W środku jednak coś jest, coś a nawet ktoś, bo stoi tam człowiek. Mały, bo mały, młodszy, bo młodszy, ale wcale nie z mniejszą godnością i nie z mniejszym prawem do szacunku. Człowiek, który ma swoje granice i gotów jest przyjąć granice innych osób. Wszystko jednak zależy od sposobu ich podania. A tu przymus nie działa, podobnie jak naklejka, punkcik albo wielka czarna chmura. Bo jeśli chcemy tego człowieka wprowadzić w świat innych ludzi i ich granic, to musimy zacząć od podstaw.
W relacji z dzieckiem niezwykle istotna jest gotowość do podjęcia dialogu. Dialogu, w którym ten mniejszy też ma coś do powiedzenia, też jest dostrzeżony. Liczne badania na temat uczenia się i nabywania nowych umiejętności (w tym społecznych) przez dzieci pokazują, że najwięcej efektów przynosi obserwacja, naśladowanie i modelowanie oraz nauka poprzez udział w relacji i wzajemną regulację (Schaffer, 2009). Z kolei najmniej skuteczną metodą jest typowe trenowanie typu powiedz, zrób itd., bo „trawa nie rośnie szybciej przez to, że się za nią ciągnie”. W języku codziennym oznacza to tyle, że jeśli chcę, aby moje dziecko mówiło dzień dobry, do widzenia i przepraszam, to muszę zacząć od siebie. Nie tylko od mówienia tego wszystkiego mężowi, sąsiadce i panu w sklepie, ale przede wszystkim od mówienia dziecku. To niezwykle istotny element budowania relacji i uczestniczenia w niej „na żywo”, tu i teraz. W ten sposób moje dziecko dostaje bardzo ważny komunikat – jesteś ważny, traktuję Ciebie i naszą relację poważnie. I to nic, że ono nosi spodnie z króliczkiem i mieści się pod stołem w kuchni, dla mnie jest ważnym uczestnikiem każdego dialogu. Jeśli popełnię błąd, przeproszę, jeśli będę wychodzić z domu, pożegnam się, a po powrocie powitam.
Niby nic wielkiego, wszystko oczywiste, prawda? No właśnie, oczywiste to słowo klucz. Bo tam, gdzie pewne zachowania i zwroty są oczywiste, tam nie trzeba o nich przypominać przy każdej napotkanej okazji. Z tym przypominaniem jest trochę tak, że w dużej mierze decydują za nas nasze społeczne powinności i poczucie obowiązku. Bo przecież trzeba się ukłonić, przeprosić, przywitać i zachowywać różnie rozumianą przyzwoitość. W typowej scence tego rodzaju nie ma jednak otwartości na dialog z dzieckiem, a raczej chwilowe wycofanie z niego. Wycofanie na rzecz społecznej aprobaty i zadowolenia osób trzecich. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że to nie jest ważne, by dziecko umiało się odnaleźć w kontakcie z innymi ludźmi. Istotny nie jest jednak sposób, w jaki to zrobi, ale droga, którą do tego dojdzie i w której my będziemy mu towarzyszyć. Towarzyszyć poprzez trwanie w relacji i dawanie tego przykładu, który pewne zachowania czyni oczywistymi i zupełnie naturalnymi.
Kiedy więc myślę o tych niewidzialnych dzieciach, przychodzą mi na myśl takie „zaklęcia”, które rzucamy na dzieci i oddalamy je z pola naszego „widzenia”. Kojarzy mi się to trochę ze wszystkimi scenami w filmach, w których bohater już jest duchem, choć jeszcze o tym nie wie. Dziwi się niezmiernie, że wszyscy go mijają i pędzą do swoich spraw, a on choćby nie wiem jak się starał i tak jest niewidoczny. Niestety my sami też niekiedy fundujemy to naszym dzieciom, „pędząc do innych spraw”, którymi często bywa wspomniana potrzeba akceptacji albo lęk przed oceną. Zdarza się nam więc, że usilnie tłumaczymy zachowanie naszego dziecka, które „przecież umie ładnie jeść, a dzisiaj się nie stara” albo „zapomniało jak się jeździ na rowerze, ale wstyd, taki duży chłopak”. Zdarza nam się również nakłaniać je do tej całej „przyzwoitości”, do całowania cioci i przepraszania za zachowanie, którego ono nawet nie zdążyło uwewnętrznić. Bo zabrakło czasu, zabrakło dialogu, chociaż reakcja była widoczna na zewnątrz i to zwykle taka, jakiej się od nas rodziców oczekuje.
Nie rzucam kamieniem, bo sama mam wiele na sumieniu. Są chwile, w których moje dziecko może czuć się niewidzialne, a ja gubię się w naszej relacji i dostrzeganiu. Są momenty, w których jak głupia robię jej zdjęcie za zdjęciem, zasłaniając telefonem wszystkie jej aktualne sukcesy i to całe „tu i teraz”. Są też takie, w których gryzę się w język, by nie tłumaczyć się z jej zachowań, reakcji czy też decyzji. Coraz częściej towarzyszy mi jednak myśl, że warto próbować inaczej. Sama przecież nie znoszę, kiedy ktoś rozmawia ze mną i siedzi na fejsie, kiedy zbywa mnie milczeniem a moje „superważnetuiterazsprawy” uważa za błahe czy też kiedy próbuje na mnie wymusić jakieś zachowanie, którego ja sama nie czuję. I dlatego coraz odważniej odwracam tę perspektywę i chcę traktować moje dziecko tak, jak sama chciałbym być traktowana. Uczyć tak, jak sama chciałabym być uczona. Dawać w relacji to, co sama chciałabym dostać. Widzieć, bo przecież sama nie chcę być niewidzialna.
źródło zdjęcia: Gexydaf, flickrBibliografia:
Schaffer R. (2014). Psychologia dziecka. Warszawa: PWN