Wiosna, słońce, place zabaw. Miks kolorów, miks wzorów i…miks wzorców. Tych wychowawczych, rodzicielskich i wzorców reagowania. Każdy, kto siedzi w tej „branży” placowicza, wie, że to najlepsze pole obserwacyjne i doskonały poligon doświadczalny. Pierwszy piach nasypany do oczu, pierwsza strata ukochanej piłki, pierwsze „odejdź, jesteś za mały, żeby się z nami bawić”. Dla mnie to też wiele tych pierwszych razów, od lekcji pokory, przez próby akceptacji, po refleksje dla siebie i o sobie. Te ostatnie skłoniły mnie do napisania tego postu. Ale od początku.
Niedziela, plac zabaw. Moja córka spokojnie wdrapuje się na wysoki fort, to dla niej coś nowego, trenuje wchodzenie po schodach a ja obok rosnę w zachwycie. Nagle wpada na nią chłopiec, na oko 6 lat, przesuwa ją ręką, a ona z trudem utrzymuje równowagę. „Nie widzisz, że ona tu stoi?!” wypalam pełna złości. Zdziwione chłopięce oczy na chwilę zatrzymują się na mojej twarzy. Robi mi się kiepsko na duszy i w sercu. Kurczę – myślę sobie – no to pojechałam z empatią.
Wtorek, tydzień wcześniej. Jesteśmy w piaskownicy, a ja obserwuję wszystko z ławki. Jakiś trzylatek sięga po wiaderko Zosi, a ona bawi się dalej łopatką i nie robi to na niej wrażenia. Po chwili odkłada tę łopatkę, idzie w stronę foremki, a w tym czasie „chłopiec od wiaderka” staje się „chłopcem od wiaderka i łopatki”. Zosia wraca na miejsce i zdziwiona rozgląda się, patrzy na mnie, odwraca się w stronę chłopca i tłumaczy mu (po swojemu), że chce łopatkę, bezskutecznie. Czekam na rozwój akcji i reakcję dziecka. Nic, bawi się dalej i zasłania zabawki całym ciałem. Jego babcia udaje, że tego nie widzi. Czekam jeszcze chwilę, nadal nic. Zerkam na moje dziecko, nadal coś tłumaczy, choć widzę, że traci zapał. Odpala się we mnie lampka opiekuna, który nie krąży nad głową niczym helikopter, ale też nie zostawia w potrzebie. Podchodzę do chłopca, kucam i mówię:”Hej, jak masz na imię?”. Po chwili dowiaduję się, że „ten od wiaderka i łopatki” to Borys. „Borys, widzę, że podobają Ci się zabawki Zosi. Masz tutaj wiaderko i łopatkę, a ona teraz nie ma czym się bawić”. Borys bez mrugnięcia oddaje Zosi jej rzeczy, ale ona sama decyduje, żeby dać chłopcu wiaderko. Bo przecież rzecz miała miejsce o łopatkę. Wracają do zabawy, a ja na ławkę. Ufff – myślę sobie – pierwsze koty za płoty. Pewnie rzadko kiedy pójdzie tak łatwo, ale da się? Da!
Nie lubię siebie z pierwszej scenki. Wiem, że jestem po to, żeby dbać o potrzeby mojej córki, w tym o jej bezpieczeństwo. Wiem też, że emocje i pośpiech robią swoje, ale czy naprawdę nie mogłam odezwać się inaczej? Mogłam, ale tego nie zrobiłam. Daję sobie prawo do błędów, ale nadrabiam refleksją. Bo czy język serca kierować mam tylko wobec swojego dziecka? Czy to drugie, trzecie, piąte dziecko obok też nie potrzebuje zrozumienia? Pochylenia się nad nim, otwartości, empatii. To przecież takie proste, w słowach, bo w czynach bywa z tym różnie. Dziecko ma potrzeby. Chce się bawić, wspinać, biegać. To drugie też ma te potrzeby, dostrzegamy je bez problemu. Nieco inaczej jest wtedy, kiedy zderzają się z tymi „naszymi”. Bo ty sobie bądź wolny, ale nie wchodź na moją córkę. Bo ty rozwijaj się ruchowo, ale nawet nie myśl o tym, żeby potrącić mojego syna. Bądź kreatywny i twórczy, ale od kredek mojego dziecka wara!
Poniosło mnie, wiem. Myślę sobie jednak, że to niezwykle trudne zadanie. Okazać zrozumienie innemu dziecku, zwłaszcza jeśli nasze też jest w to wmieszane. Między szacunkiem dla granic własnego dziecka a niechęcią do obcych jest jeszcze wiele odcieni. Bo tu, gdzie stykają się dwa dziecięce światy nic nie jest czarne albo białe. Najłatwiej jednak stać się sędzią, takim, który widzi tylko „moje”. Moje dziecko, moje granice, moje potrzeby. Oczywiście to wszystko jest bardzo ważne, ale nie zamyka drogi na „to drugie”. To drugie dziecko, jego granice i potrzeby. Nie będę zmuszać do dzielenia się zabawkami, bo ja też nie dzielę się tym, co dla mnie ważne. Nie będę uczyć „nietykalności” i podnoszenia krzyku, gdy tylko ktoś nadepnie mojej córce na odcisk. Ale to, czego będę uczyć na pewno, to wyjście poza „moje”, poza „nasze”. To ważna lekcja do odrobienia, zwłaszcza dla mnie. Bo choć mogę myśleć, że mówię językiem zrozumienia, to muszę pamiętać, żeby wybrzmiewał on również wtedy, kiedy ktoś zechce pociągnąć moją córkę za warkoczyk. To nie musi być język zgody, ale empatii na pewno.
źródło zdjęcia: davitydave, flickr