Do napisania tego tekstu zbierałam się już od kilku tygodni. Robiłam notatki, wybierałam myśli, które chcę przekazać i im dłużej je kolekcjonowałam, tym bardziej czułam, że mogłabym napisać książkę. Książkę „Nie bój się rodzicielstwa bliskości” z podtytułem „tylko jego wypaczeń” albo „tylko spróbuj je naprawdę zrozumieć”.

Ten tekst nie będzie formą obrony, zachęty, zaczepki. Na blogach rodzicielskich nic nie klika się tak, jak krytyka rodzicielstwa bliskości, wyrazy rozczarowania tym podejściem, deklaracje porzucenia i przy okazji określania zwolenników fanatykami albo sektą. Daleko mi do stawania za kimś, chcę jednak stanąć po stronie faktów, bo jako autorka jednego z najbardziej znanych blogów o rb, po prostu czuję, że to moje poletko. Osobną motywacją jest chęć pokazania, co nam w rozumieniu rodzicielstwa bliskości nie wychodzi, a co może sprawiać, że nasze osobiste doświadczenia zechcemy ubrać w ciuszki rozczarowania całym podejściem.

 

Po pierwsze: zrozumieć z czym mamy do czynienia

 

Alicja z mataja.pl uzmysłowiła mi jakiś czas temu, że rodzicielstwo bliskości wciąż kojarzy się wielu ludziom głównie z Searsami. Z siedmioma filarami, chustami, karmieniem i współspaniem. Wielu rodziców zakłada przy tym, że owe siedem filarów to jakiś must have i że za bycie mniej lub bardziej rb dostaje się punkty od jury niczym w konkursie Eurowizji. Tu utykamy w momencie sprawdzania u źródła, bo już sami Searsowie na początku „Księgi rodzicielstwa bliskości” piszą, że nie chodzi o wyścigi i odhaczanie filarów i że liczy się po prostu intencja bycia w relacji z dzieckiem, karmienia go ufnością, ale też uważność na swoje granice. Ten filar umyka krytykom, kiedy chcą pokazać jak bardzo rb granice gubi. Tyle tylko, że żadne podejście i filozofia nie odpowiada za moje granice, ale ja sama/sam.

Gdyby jednak popatrzeć nieco szerzej, w Polsce rodzicielstwo bliskości to już dawno nie są tylko Searsowie. To ludzie, konkretni – profesjonaliści i rodzice, małe i duże blogi, strony, profile, ośrodki, poradnie. To grono specjalistów, którzy nie wzięli swojej wiedzy z kosmosu i planety Searsowie, ale z psychologii rozwojowej, neuropsychologii i podstaw podstaw, jak np teoria przywiązania, której początki datuje się na 1952 rok, czyli rok w którym William Sears miał 13 lat. Nie o lata jednak tu chodzi, ale pokazanie, że nie ulepiliśmy z jednej koncepcji myśli, które wskazują na zasadność budowania z dziećmi bezpiecznych więzi. Nie z jednej koncepcji wyszło przekonanie, że to kapitał nie tylko dla dziecka, ale dla społeczeństwa w ogóle. W naszym polskim podwórku rb poszliśmy o wiele dalej niż „noś i przytulaj”. Mówimy dzisiaj jak budować więź, jak opiekować emocje dzieci, jak regulować ich napięcie, ale przede wszystkim ciągle kładziemy akcent na to, że rodzic też jest ważny, że jego emocje, potrzeby ale też granice są ważne. Że ważna jest cała rodzina, choć nikt nie mówi, że urządzanie się w domu pełnym potrzeb i granic jest łatwe.

Rodzicielstwo bliskości to rodzicielstwo oparte na więzi i na zaufaniu. Zaufaniu do siebie jako rodzica, który robi najlepiej jak potrafi, choć czasem oznacza to, że puszcza bajki, zamawia pizzę i popełnia masę błędów, za które może potem wziąć odpowiedzialność. To o zaufaniu, że dzieci nas nie rozliczają, nie punktują czy mówimy podręcznikowo, ale karmią się relacją z nami i tym, że każdego dnia mamy je na widoku. Czasem w głównym polu, kiedy budujemy fort z lego albo omawiamy sprawy złamanego serca, czasem gdzieś poza zasięgiem, kiedy dociska nas praca, związek, albo jak w piosence Podsiadło, po prostu codzienność.

Rodzicielstwo bliskości to też rodzicielstwo oparte na zaufaniu do siebie i do tego, na co mam w sobie zgodę, a na co nie. Co mi służy, a co nie. Jakie moje wybory pomogą mi być w kontakcie z dzieckiem, ale też nie stracić siebie z oczu. Jakie moje decyzje będą pogłębiać naszą relację, a jakie moją frustrację. I tu brutalnie wdziera się nam fakt, że nikt nie obiecuje, że to będzie łatwe. Że zaufanie, podążanie i otwartość na dzieci „zadziała” niczym przycisk on/off. Że nie będzie wybuchów złości, odmowy, kryzysów. Że nasz dom wypełni współpraca, śpiew, zapach lawendy i wieczne porozumienie. No nie, to nie w bajce pt. Rodzina.

Kiedy mówię, żeby zacząć od zrozumienia rodzicielstwa bliskości, mam też na myśli to, żeby je poczuć sercem, a wzbogacić głową. Żeby szukać u źródeł, a nie wśród przekonań. Żeby sprawdzać, ile jest prawdy w plotkach na mieście, że to rb to bez granic, bez złości, że „spece od rb” rozdają medale i można wygrać puchar rodzica bliskościowego albo spłonąć na stosie ocen. Oceny nie płyną z tego, że chcemy być blisko z dziećmi i traktować je jak ludzi JUŻ a nie ludzi W TRAKCIE. Oceny płyną od człowieka, do człowieka, a czasem najmocniej może dokopać nam ten w lustrze, który czasem wyobraża sobie, że wokół wszyscy wiedzą jak rozmawiać z dziećmi i z sobą samym, tylko nie on.

 

Po drugie: miejsce na granice

 

To jest mój hit. Przekonanie, że w rodzicielstwie bliskości nie ma granic. Że dzieci skaczą nam po głowach, plują w twarz, a za kilka lat wsadzą nóż w plecy, bo tak się z nimi cackamy. Gubi się gdzieś fakt, że granice każdy z nas po prostu ma, my i dzieci też, a w relacjach uczymy się, jak się o nie troszczyć. Nie oszukujmy się, to jedno z trudniejszych zagadnień, ale tu wracamy do tego, że nikt nie obiecywał nam łatwości. Kiedy mówię trudne, nie oznacza to, że niemożliwe. Wyzwanie zaczyna się jednak tam, kiedy wiemy, że te granice nie mają wyjść z władzy, dorosłego wszechwiedzącego oraz dzieci i ryb. Że mają wyjść z miłości i szacunku takiego, jak wobec innych ludzi. I tu wracamy do tego, że dzieci są ludźmi. Truizm, ale w kontekście granic wart przypomnienia.

Chcielibyśmy, żeby dzieci z nami współpracowały i brały nas pod uwagę. Żeby to dało się włączyć. Jest w tym oczekiwaniu coś nadludzkiego, jeśli weźmiemy pod uwagę, że rodzina to talerz pełen smakołyków. Granic, potrzeb, emocji, każdego tak i każdego nie. Fajnie się sięga po TAK, ale NIE często już nie smakuje. Mamy więc kawałek pracy do wykonania, który w kontekście naszych granic zaczyna się od nas, nie od naszych dzieci. One mają swoje granice i swoją robotę na całe życie.

Rodzicielstwo bliskości jest jak rejs łodzią po rzece codzienności i decyzji. Na jednym brzegu są potrzeby dzieci, na drugim są te dorosłe. Statek, który płynie przy jednym brzegu może się poobijać. Czy jednak będzie to „wina” owego brzegu? Instrukcji pływania? To dryfowanie jest szukaniem swojego pomysłu, nie na całość, ale na tu i teraz. Na to, że czasem chcę wybrać potrzeby dzieci, bo tak właśnie teraz mogę i chcę. I że innym razem chcę wybrać swoje, bo tam znosi mnie nurt. Ale też wybierając swoje, mogę wybrać też dzieci i odwrotnie. To nie walka i poligon, ale dryfowanie własnie. Jeśli będę płynąć przy jednym brzegu, mogę się złościć na tych, którzy pokazali mi cel, sposób w jaki do niego dopłynę wybieram jednak sama.

I o tym są granice. Nie o tym, co rodzicielstwo bliskości robi z granicami, ale o tym, jak ja rozumiem co wybór tej drogi oznacza dla mnie i moich granic. I tu dochodzimy do podsumowania: w rodzicielstwie bliskości granice są, po prostu. Można je mieć i się o nie troszczyć, rozwijać się w tym, żeby była to troska a nie walka i frustracja. Szukać wsparcia i podpowiedzi, kiedy sami nie wiemy jak się do tego zabrać. Można granice widzieć u dzieci, troszczyć się o nie i wspierać w tej trosce dziecko. Ale można tez się pogubić i albo zmienić mapę, albo się wściekać, że coś poszło nie tak.

 

Po trzecie: złość jest ok

 

W rodzicielstwie bliskości można się złościć, zupełnie jak w każdym innym podejściu. Złość to nasza ewolucyjna siła napędowa, nasza lampka kontrolna, nasz informator o dyskomforcie. Można się złościć będąc rodzicem, można tę złość pokazać, ale nade wszystko można i trzeba wziąć za nią odpowiedzialność. i to nie jest eureka rb, ale bycia dorosłym w ogóle. Czy to łatwe? Oczywiście, że nie. Można potknąć się setki razy, wypuścić żmiję z kieszeni i zranić wszystkich dookoła. Ale ważne jest, jak się po tym posprząta. Czy pojawi się przepraszam, czy pojawi się refleksja, że to nie dzieci nas wkurzają, ale my się wkurzamy, bo szef, bo mąż/żona, bałagan i ileż można im powtarzać.

W rodzicielstwie bliskości nie trzeba tłumić złości. Nie trzeba zachwycać się każdym pomysłem dziecka, współdzielić radości z sukienki wymazanej pastą do zębów albo z odwracania się od nas na pięcie. Dobrze jest łapać kontakt z tym, co się czuje i dawać sobie do tego prawo. Dawać prawo nie oznacza jednak, że mogę tą złością wszystkich zniszczyć, ale że mogę ją czuć, mieć, nie chować.

Rodzicielstwo bliskości to nie tłumienie, ale branie odpowiedzialności za swoją złość. Pamiętanie o tym, co nas trzyma, co jest naszą intencją. Jeśli jest nią bycie w relacji z dzieckiem, to ugryziemy się w język, żeby nie powiedzieć mu, że to przez nie ta złość, że mamusi jest przykro itd itd. A nawet jak powiemy, to posprzątamy po sobie, a nie będziemy przekonani, że to wszystko nam się należało, bo była w nas złość.

 

Po czwarte: komunikacja, a nie komunikaty

 

W rodzicielstwie bliskości liczy się intencja. Moja intencja widzenia dziecka, widzenia siebie, dryfowania w tej relacji, bez konieczności ocierania łódki z jednej strony. W komunikacji z dziećmi nie chodzi o okrągłe słowa, wystudiowane dialogi, gotowce. To jest przepływ i na nim warto się skupić. Gotowce mogą być pomocne na start, ale tym, co najbardziej wspiera jest otworzenie się na to, żeby usłyszeć, a wtedy zwykle się wie czy i co można odpowiedzieć.

Nie ma nakazu mówienia do dzieci „kiedy rozrzucasz zabawki, jest mi trudno, czuję, że…”. Nie ma. Tu wracamy do intencji i do tego, że dzieci to ludzie, już teraz, nie za 20 lat. Możemy doskonalić się w komunikacji, ale nie musimy być w niej sztywni. Niech nas wspiera i wspiera nasze dzieci, niech nie wynosi nas ponad i nie tłami tych, co młodsi. Tyle i aż. Naprawdę.

 

Po piąte: odpieprz się od siebie

 

Serio, to dobrze robi. Gdybym mogła wypisywać recepty, każdy rodzic dostałby taką ode mnie już na starcie. Odpieprz się, kiedy porównujesz się z czyimś instagramem, dobrym dniem, zasobami i językiem komunikacji. Odpieprz się, kiedy nie masz wsparcia, a pod opieką dwójka dzieci i tylko niania Netflix ratuje sytuację. Odpieprz się, kiedy popełnisz błąd, potkniesz się, nie będzie Ci się chciało. Odpieprz się i przytul dzieciaka w sobie, a potem pomyśl, co chcesz mu dać.

Rodzicielstwo bliskości to nie jest gotowość i bycie w gotowości. Rodzicielstwo bliskości to nie są posągi i ideały. Myślisz, że „topowe” nazwiska rb nie mają kryzysów? Że spece od rb nie krzykną, nie pomylą się, nie potkną? Że nie są ludźmi z krwi i kości?

„Szu­kaj włas­nej dro­gi. Poz­naj siebie, za­nim zechcesz dzieci poz­nać. Zdaj so­bie sprawę z te­go, do cze­go sam jes­teś zdol­ny, za­nim dzieciom poczniesz wyk­reślać zak­res praw i obo­wiązków. Ze wszys­tkich sam jes­teś dziec­kiem, które mu­sisz poz­nać, wycho­wać i wyk­ształcić prze­de wszystkim”.

Janusz Korczak

Rodzicielstwo bliskości to zaczynanie od siebie, ogarnianie siebie, zaufanie sobie, praca nad sobą. Czasem słońce, czasem deszcz, ale zawsze możemy przybijać sobie piątkę, że nam się chce, że próbujemy.

 

Po piąte: zbilansowana dieta

 

Decydując się na dietę bez mięsa, trudno jeść same jajka i dziwić się, że ma się niedobory. Nie jest to jednak kwestia diety wege, ale bilansu. Będę mieć niedobór siebie, kiedy siebie nie zauważę i nie wpiszę do rodzinnego menu. Ale to nie „wina” męża, że „mnie nie nałożył”, ani tym bardziej moich dzieci. Będę mieć niedobór komfortu, jeśli upcham złość tak głęboko, że niby nikt jej nie zauważy, ale jak już wybuchnie to ooooo. Będę mieć niedobór odpuszczenia, łagodności i wielu innych rzeczy, jeśli będę komponować dietę na bazie tego, co przeczytałam na forum albo usłyszałam w dietetycznym klubie od znajomej. To wszystko mogą być przecież jej przekonania o tej diecie i o tym, że jajko to sens życia bez mięsa. A co jeśli ja wolę soczewicę? Mogę czy nie?

 

Po szóste: możesz

 

Naprawdę możesz jako rodzic wybrać rodzicielstwo bliskości i to, co Tobie i Waszej rodzinie w nim służy. Możesz przyglądać się temu, dlaczego akurat tą drogą chcesz iść i czy Ty faktycznie ją czujesz. Możesz nie wiedzieć, mylić się, szukać wsparcia i wiedzy, kryzysować, kiedy trudno i świętować, kiedy się udaje.

I na koniec:

Dla mnie w pracy z rodzinami ważne jest jedno: wsparcie. Wsparcie dawane rodzicom, ale też takie, które oni sami mogą sobie dawać. Wszystko, co robimy dla rodziców robimy też dla dzieci, a to co robimy dla dzieci, robimy też dla siebie.

Wiecie, że wciąż jest wielu rodziców, którzy boją się przyznać, że bliskie jest im rb? I wiecie, że to jest strasznie smutne? Zadziało się coś takiego, że łatwo jest się pośmiać, wypaczyć, skrytykować. W naszym środowisku często mówi się: róbmy swoje. Mój tata nauczył mnie jednak, że jak się na coś nie zgadzam, nie mogę milczeć.

Dzisiaj tym tekstem i tym podsumowaniem nie zgadzam się na to, żeby rodzice dowalali rodzicom. Żebyśmy stawali po stronach rb i nie rb. I że my to coś tam, a wy to coś innego. Jesteśmy w rodzicielstwie na 15683730 procent, każdego dnia od rana do nocy. Czasem dzieci dadzą nam radość, a czasem dadzą w palnik. A i tak jak pójdą spać spojrzymy na ich długie rzęsy i zrobi nam się cieplej.

Nie bójcie się rodzicielstwa bliskości, a raczej jego wypaczeń i braku zrozumienia. Rodzicielstwo bliskości to nie moda, metoda, zbiór trików. To horyzont, na którym widać dziecko, ale też całą rodzinę. To droga, którą można wybrać lub nie. Ja wskoczyłam na tę łódkę prawie 7 lat temu, kiedy moje dziecko pokazało mi, że trening zasypiania to farsa, ale też że JA NIE CHCĘ treningu zasypiania. Nie uczyniło mnie to lepszą, ani gorszą mamą, ale taką, jaką ja zdecydowałam się być.

To moja wina, moja bardzo wielka wina, a tak naprawdę to mój świadomy wybór. Potykam się, podnoszę, bywa ciężko, bywa pięknie. I to wszystko dało mi rodzicielstwo bliskości. Rodzicielstwo bliskości czyli moja droga do miłości. Ty możesz mieć inną i to jest piękne.

źródło zdjęcia: unsplash, Simon Matzinger