Rodzice dzieci, które są wrażliwe albo doświadczają lęku, często zastanawiają się, jak wspierać dzieci w nabywaniu nowych kompetencji. Jak wspierać tak, by nie naruszać ich granic, uwzględniać potrzeby, ale jednocześnie pomagać im się rozwijać. W zadawanych przez rodziców pytaniach przewija się często wątpliwość, na ile unikać źródeł stresu i niepokoju, a na ile konfrontować dziecko z tym, czego się obawia.

 

Unikać czy konfrontować?

 

Jeśli ktoś z Was właśnie wypowiedział w myślach „no właśnie”, to chcę, żeby wiedział, że nie jest z tymi wątpliwościami sam. Jest to jedno z częstszych pytań, z którymi zgłaszają się do mnie rodzice dzieci wysoko wrażliwych albo tych, które doświadczają różnego rodzaju lęków.

Co robić? Unikać źródeł napięć i niepokoju? A może zupełnie przeciwnie?

Zacznijmy od tego, gdzie TERAZ jest Twoje dziecko, w kontekście DANEGO ŹRÓDŁA stresu. Celowo podkreślam „teraz” i to konkretne źródło, ponieważ rozpoznanie tych dwóch punktów jest kluczowe dla ustalenia, co jest dostępne dziecku w ramach jego najbliższej strefy rozwoju.

 

Najbliższa strefa rozwoju

 

Sięgnijmy po metaforę.

Kojarzysz ten moment, kiedy puszcza się kaczki na wodzie? Powstaje małe koło, potem większe i wiele kolejnych. Żeby powstały te duże, muszą powstać małe. Podobnie jest z uczeniem się nowych rzeczy przez dzieci, z ich rozwojem, który nie bez powodu określa się mianem „kumulatywny”. Coś bierze się z czegoś.

Uczenie się, gotowość do wejścia w ten proces tak, by faktycznie przynosił owoce, zawsze obydwa się małymi krokami. Pojawiają się owe kręgi, które są niezbędne dla wystąpienia tych największych. O ile w rozwoju motorycznym dzieci nikt nie ma wątpliwości co do tego, że żeby chodzić, trzeba najpierw wstać, o tyle w przypadku pokonywania wyzwań, którym towarzyszą emocje, bywa różnie.

Wróćmy do kręgów, wspomnianego TERAZ i konkretnej sytuacji.

Załóżmy, że Twoje dziecko jest wrażliwe. Ma taki typ układu nerwowego, który długo się rozkręca, potrzebuje czasu na przejście ze stanu w stan, nie służy mu presja ani nacisk. Załóżmy, że nawet, jeśli nie jest wrażliwe, czegoś się obawia. Ma już trudne doświadczenia, które spowodowały lęk, albo jeszcze ich nie ma, ale jest napięte i pełne niepokoju przed wejściem w jakąś aktywność.

Weźmy pod rozwagę np. kontakty z rówieśnikami i niech pomocą będzie dla nas poniższy rysunek.

 

 

Dorośli, czasem rodzice, czasem kadra z placówek, zauważają, że dziecko boi się kontaktów z innymi dziećmi. Tu mamy pierwszy moment, który podpowiada nam, że warto się zatrzymać. Czy to dziecko faktycznie się boi czy potrzebuje czasu, żeby w te kontakty wejść? Po czym dorośli poznają, że to lęk? Jak wyglądają inne kontakty społeczne? Co się zadziewa jak już dziecko jest w kontakcie z innymi dziećmi? Czy rozkręca się i wiele wskazuje na to, że wyzwaniem było „wskoczenie” w daną sytuację? Czy może nadal jest napięte?

Kiedy już odpowiemy sobie, że się boi czy po prostu potrzebuje więcej czasu (albo wsparcia!), żeby w te kontakty wejść, możemy ruszyć dalej. Dalej oznaczało będzie zastanowienie się, jaki rodzaj zachowań dziecka pokazałby nam, że trudności w tych sytuacjach nie ma. Załóżmy, na potrzeby tego opisu, że byłoby to względnie swobodne wchodzenie w kontakt. Mamy więc pierwszy punkt tej podróży i ostatni, największy krąg.

Gołym okiem widzimy, że droga jest długa i warto mieć gpsa, który nas i dziecko poprowadzi. Zanim jednak go włączymy, wróćmy do pytania z początku.

 

Unikać czy konfrontować?

 

W naszym przypadku mogłoby to oznaczać: Unikać kontaktów z dziećmi, skoro dane dziecko się ich boi/potrzebuje czasu? Czy może chodzić jak najwięcej na place zabaw, żeby dziecko mogło się oswoić?

Wiecie już zapewne, że ani w psychologii, ani (tym bardziej) w rodzicielstwie nie ma prostych odpowiedzi, bo nie ma dwójki identycznych dzieci, rodziców, rodzin i sytuacji. W wielkim skrócie można jednak odpowiedzieć na powyższe pytania – ani to, ani to. Dlaczego?

 

Unikanie uczy unikania, a konfrontowanie wpycha w przetrwanie

 

Wróćmy do naszego rysunku i omawianej historii. Unikanie zostawia nas w punkcie wyjścia. Nie robimy razem z dzieckiem kroku do przodu, w obawie, że doświadczy przy tym trudnych emocji albo my wszyscy doświadczymy. Czasem zwyczajnie wybieramy unikanie, bo brakuje nam albo dziecku zasobów. Bo nie mamy siły na towarzyszenie, empatia wyciekła z nas zupełnie i albo my siebie nie przeskoczymy albo dziecko. I to jest ok. Warto dać sobie do tego prawo, przyglądając się jednocześnie czy nie jest to strategia, która tak nam weszła w krew, że nawet, kiedy zasoby są, to my ciągle jesteśmy w unikaniu. Słowem boimy się puścić kaczkę na wodę, unikamy tego, bo już trochę sami nie mamy pomysłu albo wiedzy jak to zrobić.

W dłuższej perspektywie unikanie uczy unikania. Unikanie rozstań, nie wspiera nas w rozstaniach. Unikanie dziecięcej złości, nie wspiera dziecka i nas w radzeniu sobie z nią. Unikanie kontaktu z dziećmi, jazdy na rowerze, basenu itd, nie oswaja tych rzeczy, a jednocześnie często potęguje napięcie i przekonanie, że to jest naprawdę duża rzecz, jeśli nawet dorośli się z niej wycofują. Pozostając na naszym rysunku, utykamy w punkcie, który coraz bardziej staje się bezpieczny, wygodny, ale niekoniecznie „rozwojowy”.

 

 

Tu dygresja. Pisząc o rozwojowym nie mam na myśli mowy rodem z treningów motywacyjnych. Chodzi mi raczej o taką sytuację, w której możemy nie dostrzegać tego małego, najbliższego kroku, który być może byłby możliwy do zrobienia. Kroku, który uwzględniałby dziecko, a do ciemnego pokoju wpuszczał światełko „tu może się coś wydarzyć”.

Drugą sytuacją jest taka, w której w imię oswajania, konfrontujemy dziecko z sytuacją, która je przerasta. Dziecku, któremu trudno z rówieśnikami, serwujemy plac zabaw z trzydziestką innych dzieci i trzema tysiącami bodźców. Dziecku z zaparciami, które boi się sedesu i robi kupę w majtki, mówimy, że od teraz już tylko sedes. Dziecko, które nie chce się rozstawać z mamą, na siłę wysyłamy z kimś na spacer. Robimy przeskok od punktu TU do punktu BAAAAARDZOOO daleko.

 

Są dzieci, które to zniosą. Są takie, które nawet znajdą w tym radość. Jednak dzieci, które są wrażliwe albo doświadczają lęków, raczej przeniosą się w bardzo niekomfortową sytuację stresu i napięcia, który z uczeniem się niewiele ma wspólnego. Konfrontowanie ze zbyt dużymi oczekiwaniami/napięciem wepchnie je w przetrwanie i albo zareagują złością, jeszcze większym strachem, albo zamrożą się i zapadną w sobie, byle to wszystko przetrwać. Dla nich nie było małych kółek na wodzie, a już oczekuje się, że pojawi się takie od Kołobrzegu po Bornholm.

 

Co jest możliwe dla TEGO dziecka w TEJ sytuacji?

 

Kluczem we wspieraniu dzieci może być rozpoznawanie tego, jaka jest ich najbliższa strefa rozwoju. Jaki jest ich pierwszy krok do zrobienia, jakie mogą być kolejne. Czasem rozpoznanie ich nie jest możliwe bez ogromu wiedzy o danym dziecku, jaki mają właśnie rodzice. Czasem to też im jest bardzo trudno szukać tych kroków, bo już wielu rzeczy próbowali. Moje doświadczenie pokazuje, że ten pierwszy krok dobrze jest zrobić naprawdę niewielki. Krok, który naładuje, da poczucie sprawczości, ale przede wszystkim uwzględnia dziecko.

Bez planu kroków trudno je robić. Przydaje się więc taki gps, który podpowie, że np. w sytuacji trudności we wchodzeniu w kontakt z innymi dziećmi, dostępne będzie (na teraz) oglądanie przez okno tego, co dzieje się na placu zabaw. Albo oglądanie zabaw dzieci na obrazkach w książkach. Albo wychodzenie na jeden, znany, bezpieczny plac zabaw w godzinach, kiedy jest tam jedno dziecko. Albo oglądnie dzieci na placu zabaw z poziomu wózka czy też ławki w parku. Albo dostarczenie takiego rodzaju wsparcia od dorosłych, które pomoże dziecku wejść w kontakt (część wrażliwych dzieci potrzebuje takiego pośrednika, który wprowadzi je w jakąś sytuację, bo to właśnie „wskoczenie w nią” jest większym wyzwaniem niż bycie „w środku”). Cokolwiek nie wybierzecie, pamiętajcie, że krok ma być mały.

 

Mamy już plan. Tu doświadczenie pokazuje, że warto zaplanować maksymalnie dwa, trzy kroki, bo dzieci potrafią nas zaskoczyć i same z siebie zrobić trzy do przodu albo bez długi czas rozgrzewać się do zrobienia pierwszego. W planie, jeśli już jesteśmy przy metaforze gpsa, dobrze jest uwzględnić to, że czasem pojedziemy mocno do przodu, a innego dnia może przyjść kryzys i wrócimy do punktu wyjścia.

 

Jak wcielić plan w życie?

 

Na zasobach. Inaczej może być to bardzo trudne. Na zasobach własnych i dziecka, wtedy kiedy my mamy choćby 17% rodzicielskiej baterii, która zaraz nie padnie. Wtedy, kiedy dziecko jest w komforcie, który czasem będzie oznaczał poranek po dobrej nocy i spokojnym śniadaniu, a innym razem popołudnie po dużej dawce przytulania i porządnej drzemce. Pojęcie bycia „na zasobach” będzie tutaj indywidualne dla każdego dziecka, rodzica i rodziny. Warto jednak o nim pamiętać, ponieważ jeśli myślimy o zrobieniu kroku do przodu, to dobrze mieć siłę, żeby ten kamyk na wodę rzucić i jednocześnie mieć jasność, że to jest kamyk, który ma na to energię.

W przypadku dzieci wrażliwych i tych, które mają w sobie podwyższony poziom lęku, wprowadzanie małych kroków w życie może wymagać czasu. Przede wszystkim wymaga jednak uważności na dziecko i ewaluacji całego planu, elastyczności a nie sztywności.

Tym, co pomaga może okazać się też zatroszczenie o siebie i własne niepokoje. Trudno towarzyszyć dziecku, które ma zrobić krok, kiedy w nas jest napięcie, presja, niepewność. Często zajęcie się tymi emocjami, może okazać się pierwszym etapem w planie, który ma dotyczyć dziecka. Będzie to więc pewnego rodzaju usuwanie przeszkód, które ma sens wszędzie tam, gdzie już, teraz, koniecznie chcemy działać.

Model kręgów, czy też małych kroków, warto jest przekładać na różne sytuacje, w których dzieciom jest trudno, albo w których czujecie, że utykają w miejscu. Czasami utykanie ma swój sens i może być wyrazem kompetencji dziecka. Warto jednak zawsze przyglądać się, na ile zarówno my i jak i dziecko dostrzegamy tę najbliższą strefę rozwoju, a na ile wybieramy unikanie bądź nadmierne konfrontowanie.

Moje doświadczenie pokazuje, że małymi krokami można oswajać sytuacje lęków przy rozstaniu, lęków w kontaktach społecznych, przed zabiegami medycznymi, przed wypróżnianiem (jako element wsparcia, bo tu przyczyny mogą być różne) i w wielu innych sytuacjach. Warto przy tym pamiętać, żeby zawsze sprawdzać czy pierwszym krokiem dla nas wszystkich nie będzie zaopiekowanie dorosłych emocji. Może bowiem zdarzyć się tak, że to one zablokują możliwość zrobienia kolejnych kroków, a my będziemy przekonani, że to po stronie dziecka coś „nie idzie do przodu”.

 

zdjęcie główne: Levi XU, unsplash