Jest takie jedno pytanie, które zadaję sobie niemal każdego dnia od prawie 3 lat.

W nocy, kiedy potykam się o swoje nogi i biegnę zareagować na wybudzone i płaczące „mamo! mamo!”, chociaż śniłam właśnie o wakacjach pod palmami, a budzik zadzwoni za dwie godziny.

Rano przy śniadaniu, kiedy układam w głowie rozkład dnia i planuję, jak się nie spóźnić tu i tam, jak oddać na czas tekst, jak dopracować warsztaty i napisać opinię. Rano przy śniadaniu, kiedy papryka chrupie w ustach mojej córki, a rogal z masłem ląduje na ziemi, ku uciesze psa, nie mojej.

Potem kolejny raz. Gdzieś między jednym a drugim klockiem lego, jedną a drugą książką i stertą ręczników papierowych, które udają naleśniki, a które mocno zaburzają mój stan zen. Bo przecież przed chwilą był tu błysk, porządeczek, a teraz „znowu to samo”.

Pytanie bumerang wraca, kiedy spędzam kilkadziesiąt minut nad obiadem z jednego z tych przepisów, które dołują mnie, kiedy nie mam czasu na nic więcej niż makaron z sosem. Gotuję, zachwycam się, przyprawiam, nakładam i… Nie, mamo. Nie będę tego jadła.

Potem krąży wokół mnie jeszcze kilka razy w ciągu dnia. Na placu zabaw, kiedy zbieram spojrzenia innych rodziców i ich rzucone, niby do dzieci, komentarze typu „to, że mama tej dziewczynki pozwala jej zjeżdżać na brzuchu, nie znaczy, że Ty też możesz, przecież tak można wybić wszystkie zęby”. Na chodniku, kiedy KTOŚ chce sobie posiedzieć, a ja snuję już wizję zapalenia płuc, szpitala i najgorszych chorób świata. W sklepie, kiedy ten sam KTOŚ nie chce podać ręki naszej sąsiadce i wtula się w moje nogi. W setkach sytuacji, w których czuję, że dokonuje się ocena moich postaw i w tysiącach chwil, w których nabieram pewności, że to ja jestem ekspertem – od potrzeb i granic mojego dziecka, od moich potrzeb i granic, ale również od potrzeb i granic całej naszej rodziny.

Kilkanaście razy w ciągu dnia, kilkadziesiąt w tygodniu, setki w miesiącu i niezliczoną ilość od 9 maja 2013 roku, zadaję sobie to właśnie pytanie:

Co jest dla mnie najważniejsze?

Czy czas spędzony przy rodzinnym śniadaniu, czy plany, które układam na cały dzień?

Czy porządek, który chciałabym stale mieć pod kontrolą, czy beztroska zabawa mojego dziecka?

Czy ten idealnie zbilansowany obiad, czy spokój i brak spiny przy wspólnych posiłkach?

Czy dziecięcy luz na placu zabaw, czy nakazy dorosłych i ich pomysły na zabawę?

Czy ta ręka podana sąsiadce, czy pewność, że można ją podać, kiedy będzie się czuło taką potrzebę i gotowość?

Czy to, żeby coś na moje dziecko „działało”, czy żeby było dla niego wsparciem?

Czy potrzeby tylko jednego z nas, czy potrzeby nas wszystkich i nasza rodzinna równowaga?

Czy mam w głowie PROJEKT DZIECKO, czy podążam za tym, jaki ten KTOŚ ma projekt na siebie?

Czy moja racja czy nasza relacja?

Tych pytań są tysiące, ale wszystkie mają początek w tym: Co jest dla mnie najważniejsze? Nie skłamię, jeśli napiszę, że to pytanie, które zadaję sobie najczęściej. Nie zastanawiam się czy karać czy nie. Czy wierzyć Juulowi czy behawiorystom. Na kogo wyrośnie moje dziecko i jak sobie poradzi poza domem.

Co jest dla mnie najważniejsze?

Odpowiedź przychodzi czasem z jednym oddechem, ale są sytuacje, w których pojawia się po kilku dniach. Kiedy analizuję słowa rodzinnych doradców, pobocznych komentatorów i swoje własne refleksje dotyczące tego, że droga, którą wybraliśmy nie należy do najłatwiejszych, ale coraz częściej dostrzegamy, że „było warto” i jest warto każdego dnia.

Na początku jest czas inwestycji, a czas zbierania owoców przychodzi później. Zawsze we właściwym czasie.

                                         Agnieszka Stein

źródło zdjęcia: flickr, Kat Grigg, cc