„Co zrobić, żeby dziecko zaczęło po sobie sprzątać?” – to jedno z tych pytań, które słyszę bardzo często. Pada podczas konsultacji, pada podczas warsztatów, pada też często…w mojej osobistej, własnej, co-z-tego-że-psychologicznej głowie. Co zrobić? Jak zmotywować? Szukamy narzędzi, recept, gotowców. Tymczasem, chociaż sama łapię się na tym poszukiwaniu, coraz częściej mam poczcie, że to pytanie trzeba zadać inaczej. Nie szukać metody, ale powodu. Nie szukać recepty, ale przyczyn. Te, jak na złość, rzadko kiedy są oczywiste i proste do rozpoznania. Czasem trzeba pogłówkować, czasem wziąć pod uwagę kilka czynników, a czasem po prostu posłuchać dziecka. Zapytać, popatrzeć, zejść do jego świata i spróbować spotkać się w jednym punkcie.

O tym spotkaniu się w jednym punkcie nie piszę bez powodu. Jakiś czas temu, wrzuciłam na Facebooka wpis o mojej wymianie zdań z córką. Rzecz dotyczyła klocków Lego i brzmiała tak:

 

 

Była to dla mnie jedna z tych lekcji, w której krok w tył przyniósł odpowiedź na to, co myślałam, że nastąpi po. Bo ja już szukałam metod, już myślałam o słowach, już układałam w głowie plan „jak przekonać do posprzątania”, a nawet przez myśl mi nie przeszło, że nie o przekonanie chodzi, ale o zrozumienie. Z tym zrozumieniem to jest trochę tak, że dobrze jest je znaleźć, ale „nie samym zrozumieniem człowiek żyje”, a już na pewno pokój się od niego nie posprząta. Rozumiem takie głosy i też znajduję w sobie podobny. Myślę sobie jednak, że to trochę tak, jakby mieć przetarte spodnie i ciągle naszywać tylko łaty. Jedną za drugą. One pewnie zakryją owe przetarcie, ale czy ono zniknie, czy gdzieś tam nadal będzie, tylko przykryte? Rodzicielskie gotowce są trochę jak te łaty. Co zrobić, żeby dziecko jadło cały obiad? Jak zmotywować do nauki? Jak sprawić, żeby szybciej się ubierało? To przecież sprawy dnia codziennego i przydałyby się takie wzorce reagowania. Jeśli nie chce jeść, zrób to i to. A jak dalej nie chce, to może jeszcze to. Podobnie z nauką, ubieraniem, myciem zębów i sprzątaniem pokoju. Pytanie czy to na pewno tędy idzie droga do zrozumienia?

Kilkanaście minut temu skończyłam czytać córce książkę. „Basia i bałagan” ze znanej serii o małej dziewczynce. Niby nic wielkiego, książka jak książka, ale w niesamowity sposób oddaje to, jak kwestię porządków i bałaganu mogą rozumieć dzieci. Bo przecież niewykluczone, że ich patrzenie na te sprawy jest zupełnie inne niż nasze. Owa Basia też zdaje się widzieć inaczej. Niby sprząta naczynia ze zmywarki, ale chowa do szafki brudne. Wie, że tak robi, jednocześnie pamięta, że w poniedziałki jej zadaniem jest rozładowanie zmywarki. Nie wnika, robi, co jej wyznaczono. Niby bawi się z bratem i buduje dla niego wspaniałą bazę, jednocześnie słyszy zaraz, że robi wokół siebie dużo bałaganu. Dochodzi wreszcie do tego, że chowa się pod kołdrą i zastanawia:

basia

Jest w tym pytaniu coś bardzo ważnego: Jak sobie z tym poradzić? Sama miewam takie chwile, kiedy załamuję ręce nad stertą prania, górką naczyń w zlewie albo nad ścieżką z błotnych śladów naszego psa. Wiem, że jakoś to ogarnę, bo nie z takiego bałaganu można wyjść, ale i tak pojawia się pytanie: Jak mam się za to zabrać?

Myślę więc, że szukając recepty na względny porządek w pokoju dziecka, warto pomyśleć o kilku kwestiach. Pierwszą, zasadniczą wręcz, jest dla mnie odpowiedź na pytania: O co mi w zasadzie chodzi? Co jest dla mnie ważne? Czy chcę mieć czysto tu i teraz, czy myślę o tym, żeby moje dziecko porządku nauczyć? Czy zależy mi na życiu we względnym ładzie, czy snuję czarne wizje „wychowania brudasa”? Czy porządek (cokolwiek oznacza) ważny jest dla mnie, czy np. dla mojej teściowej albo jest istotnym elementem wizerunku „matki, która dobrze sobie radzi”? Ta pierwsza opcja jest o tyle bezpieczniejsza, że po prostu się dzieje. Tzn. jeśli ja sprzątam, to jest duże prawdopodobieństwo, że sprzątanie zacznie być częścią dziecięcej codzienności. Jest taki moment w życiu dzieci, w którym bardzo chcą się wszystkim zajmować. Wrzucają pranie do pralki, godzinami przecierają coś ścierką, chcą zamiatać itd. itd. Ciekawe jest jednak to, że one nie chcą pomagać, ale one chcą coś robić. Czujecie tę różnicę? Chwytam się każdego takiego „pędu”, bo to dla dziecka doskonała okazja do bycia częścią normalnego świata. Normalnego, czyli tego, w którym robi się różne rzeczy, nie tylko te „przeznaczone dla dzieci”. To też taki moment, o którym pisze Jesper Juul, w którym dzieci mogą się uczyć, jak to jest być dorosłym, a nie tylko jak być dzieckiem.

W tych rozważaniach o porządku, warto poruszyć kilka kwestii. Pierwsza z nich, to wiek dziecka i związane z nim potrzeby rozwojowe, możliwości i ograniczenia. Zdarza się tak, że to jest pierwszy moment, w którym to, co „nasze” może rozmijać się z tym, co dziecka. Weźmy takiego 2,5 latka i jego pewność co do geniuszu własnej wizji świata. Jak ma się jego wyobrażenie o porządku do mojego? Dla mojej córki bałagan kończy się wtedy, kiedy dywan jest czysty. Oznacza to mniej więcej tyle, że jeśli położy zabawki na łóżku, a na dywanie nie zostanie nic, to znaczy, że jest czysto. Rozmawiałam z nią kilka razy na ten temat i jej argumenty wydają się mieć sens. A już na pewno jest sens w tym, żeby brać je pod uwagę.

Z tymi rozbieżnościami wiąże się coś jeszcze – moje interpretacje tego, co zastaję. Wchodzę do pokoju i widzę zwykle: straszny bałagan, nieziemski bałagan, okropny bałagan itd. itd. Zdarzyło się raz, że powiedziałam o tym mojej córce, na co ona oznajmiła mi, że to nie jest straszny bałagan, bo leżą tylko trzy gry i dwie książki. I miała rację! Straszny, okropny, totalny są moją oceną, fakty mogą być jednak zupełnie inne. Z ocenami jest tak, że bardzo ryzykuję, kiedy od nich zaczynam dialog z dzieckiem. Jeśli wystartuję z poziomu „strasznego bałaganu”, pewnie szybciej poszybuję na sam wierzchołek swojej frustracji i jest duże prawdopodobieństwo, że nie znajdę w sobie energii na spokojną rozmową. Kiedy jednak zacznę od faktów, wciąż mam szansę na konkrety, rozmowę o tych konkretach i szukanie równie konkretnych rozwiązań.

Są jeszcze sprawy czysto techniczne, ulokowane gdzieś w samej przestrzeni wokół nas i dzieci. Być może jest coś w samym pokoju, co utrudnia zachowanie porządku. Bardzo często mówię o tym, jak wielką zmianę wniosło w nasze życie urządzenie pokoju córki według zasad Marii Montessori (więcej o tym tutaj). Oczywiście nie jest on dokładnie taki, jaki powinien być zgodnie z duchem Montessori, ale jest nim mocno inspirowany. Zasadniczą sprawą jest to, że każda rzecz ma w nim swoje miejsce, jest w zasięgu rąk dziecka i przede wszystkim – przedmiotów nie jest dużo. Uporządkowanie zabawek według kategorii i przypisanie ich do konkretnego miejsca, to był strzał w dziesiątkę. Wiem, że to właśnie to „zrobiło” nam porządek w pokoju, bo wcześniej mieliśmy system wolnościowy, a więc każda zabawka żyła sobie swobodnie, bez skrępowania i poczucia przynależności. A jak nie było konkretnego miejsca, to zwrot „odłóż na miejsce” nie miał racji bytu.

Inną sprawą jest kwestia konkretnej pomocy i podesłania pewnych strategii. Nie jest jednak tak, że chcę tu pisać poradniki, bo przecież od tych gotowych wskazówek staram się uciec. Myślę sobie jednak, że poszukiwanie strategii oznaczać może próbę odpowiedzi na pytanie, co jest trudnością. Czy ogarnięcie książek, czy nadmiar zabawek, czy 4573 rozsypane klocki, a może zupełnie coś innego? A skoro jest jakaś trudność, to czego potrzebuje dziecko, żeby sobie z nią poradzić? Odpowiedzi na te pytania zwykle najlepiej znają dzieci, dobrze jest wiec szukać u źródła.

Jest jeszcze coś. Racja czy relacja. Mam czasem coś takiego, że jak dopadnie mnie tryb porządnisi, to wszyscy schodzą mi z drogi. Mogę się z tego pośmiać, ale w gruncie rzeczy nie jest mi do śmiechu, bo przecież to moje najbliższe osoby, a z tą wersją mnie czują się na tyle dziwnie, że wolą nie rzucać się w oczy. Ja w sumie też tej wersji nie lubię, bo strasznie mnie spina i nawet, jak już posprzątam, to cały dzień chodzę wściekła jak osa, bo a to ktoś już coś rozrzucił, a to ktoś wszedł w butach itd. itd. Ten mój tryb porządkowy psuje mi nastrój nie tylko przed, w trakcie ale też po. Czy warto? Na pewno nie. Bo mój nastrój to jedno, ale zamęt, jaki sieję wtedy wokół siebie, to drugie. Na całe szczęście mam też takie dni, w których nie chce mi się robić nic, a sterta rzeczy do ogarnięcia rośnie w niesamowitym tempie. I myślę sobie, nawet mam pewność, że dzieci przecież mogą mieć podobnie. Im też może się nie chcieć, po prostu, bez złej woli, buntu i chęci doprowadzenia rodziców do szału.

źródło zdjęcia: flickr, Jessica Lucia, cc