Dobrze mieć partnera, któremu można zaufać i który darzy nas zaufaniem. Dobrze jest ufać sobie samemu i wiedzieć na co nas stać, a na co na pewno sobie nie pozwolimy. W przyjaźni bez zaufania ani rusz, w konfesjonale też nie bardzo, podobnie w gabinecie psychologa i lekarza. Zaufanie wobec rządzących to mrzonka, a na fryzjerze też można się przejechać, kiedy obieca „tylko końcówki”, a poleci 15 centymetrów. O zaufaniu mówimy dużo, chcemy by nam ufano i sami chcemy to robić. A dzieci? Jak często myślimy o zaufaniu w relacji rodzic – dziecko?
Kilka tygodni temu prowadziłam warsztaty o dziecięcej złości. Podczas spotkania jedna z mam powiedziała, że jej córka akceptuje granice, które wyznaczają jej rodzice, bo wie, że może im ufać. Oboje z mężem obiecali sobie, że nie będą jej okłamywać, również w tych najdrobniejszych sprawach. „Dogadujemy się, nawet jak musi na coś poczekać, z czegoś zrezygnować, bo wie, że może nam ufać” – powiedziała. Te słowa mocno wyryły się w mojej głowie i dokładnie zgrały z tym, co miało miejsce w naszym domu jakiś czas temu. „Ale ona jest grzeczna, tak się Was słucha” – usłyszeliśmy od naszej sąsiadki. Uśmiechnęłam się na sam dźwięk owego „słuchania się”, które do naszego rodzicielstwa pasuje jak pięść do nosa. „Tak, nasza córka nam ufa” – odpowiedziałam z pewnością, która wzrasta każdego dnia. I chyba nie ma w tym nic wielkiego, jakiegoś ą-ę z podręczników dla nowoczesnych rodziców. To taka oczywistość, jak w każdej osobistej relacji. Zaufanie.
Pewnie łatwiej by nam było trochę „fantazjować”. Że jedziemy na lody, a wpaść na pobranie krwi. Przypadkiem minąć gabinet lekarza i zarzekać się, że „nic nie będzie Ci robił”, a potem wierzyć w moc naklejki dla dzielnego pacjenta. Obiecać, że z przedszkola zabierzemy po obiedzie, a zrobić to po podwieczorku. Może jakaś historia o panu, który zabierze za płakanie w sklepie, załatwiłaby dyskusje przy wystawie z duplo, a obietnica, że mamusia przestanie kochać jak nie zjesz rosołu, wyczyściłaby cały talerz. Magicznie. Albo „ostatnią łyżeczkę” zamienić na „pięć ostatnich łyżeczek”. Magicznie i zwycięsko. Ewentualnie jakaś gra na uczuciach, coś, że będzie mi smutno, jak nie dasz chłopcu zabawki, a tatuś będzie zły jak mu powiem, że chodzisz boso. Trików jest sporo, wybór kolor. Tylko po co? Oprócz pomysłów własnych możemy jeszcze trafić na takie dobre rady, niestety wypowiadane również przez specjalistów. „Udawaj, że go nie rozumiesz, to go zmusi do mówienia”, „Nie mów dziecku, że znikasz, wyjdź po cichu, nie żegnaj się” czy też „Najlepszym sposobem na odstawienie od piersi, jest wyjazd na kilka dni, niech dziecko sobie radzi”. Takie złote myśli, idealne do publikacji „Jak powoli, ale skutecznie pozbyć się dziecięcej ufności”.
To nie tak, że nikt z nas nie popełnia błędów, nie ma gorszych chwil, nie potyka się i nie żałuje. Gorzej jak te błędy stają się sposobem, drogą do jakiegoś mylnie rozumianego zwycięstwa, sukcesu, dominacji. A kto z nas lubi być okłamywany? Przecież ciągle podkreślamy, jak ważne jest dla nas zaufanie. Nie rób więc dziecku, co Tobie niemiłe.
źródło zdjęcia: flickr, Christian Scheja