Jutro mam urodziny. 31 jako ja, 2 jako matka. Równo dwa miesiące po moich świętować będziemy drugie urodziny Zosi. Niesamowite, już dwa lata. Kiedy rozmawiam ze znajomymi matkami, często słyszę, że datę narodzin swojego dziecka traktują też jako symboliczne swoje odrodzenie. Coś w rodzaju wzrostu, nowej jakości, zmiany, której towarzyszy przepotężna siła i emocje. I chyba coś w tym jest. Z każdym mama wypowiedzianym pod moim adresem pojawia się we mnie uczucie ciepła, totalnego odprężenia. Rozczula mnie nawet to mama pełne żalu, czasem złości albo zniecierpliwienia. Bo to moje mama. Mama to ja.
Czasem nachodzi mnie taka myśl, że zazdroszczę naszemu drugiemu dziecku tego, czego nie dostała Zosia. Tego doświadczenia, pewności, świadomości w pierwszych tygodniach jej życia. Tego przekonania, że mleka nie może być za mało, że chusta pokona kolki lepiej niż suszarka, że ja wiem, co dla niej najlepsze, nie moi zewnętrzni doradcy. Jedno tylko się nie zmieni, bo zmienić się nie może. Nie doświadczę porodu siłami natury, nie poczuję pewnie kontaktu skóra do skóry (chyba, że coś się zmieni w polskich szpitalach). Pogodziłam się z tym i wiem, że nie może być inaczej. Ale czasem coś mi „zatyka”. Bo o ile dużo się mówi o „cesarkach na życzenie”, o sile i pięknie naturalnego porodu, o tyle o „cesarkach jako jedynym wyjściu” mówi się tylko tyle, że „pewien odsetek kobiet nie może urodzić naturalnie z przyczyn medycznych”. Jestem w tym odsetku i mimo deklarowanej akceptacji, nie zawsze pamiętam o owej zgodzie z tym stanem rzeczy.
Są przypadki i przypadki, te lekkie i te bez wyjścia. Ja jestem tym drugim. Lekarz prowadzący, ordynator oddziału, położna, nikt nie dawał mi cienia nadziei na poród siłami natury. Ja też go sobie nie dawałam mając wizję kiepskiego końca dla mnie albo dla dziecka. I uciszałam te głosy w mojej głowie, które mówiły, że przecież skoro natura coś wymyśliła, to musi być możliwe. Że to dla dziecka i matki najlepsze, że szybciej dochodzi się do siebie, łatwiej o pokarmi itd. itd. A ja za ten poród naturalny oddałabym wiele. Za rękę męża, za piłkę, za masaż, za wannę. Za nerwy, stres i ból. Pewnie ktoś pomyśli, że nie wiem o czym piszę, bo tego nie przeszłam. Być może. Ale bardzo, bardzo tego chciałam.
Gdzieś w mojej głowie kołacze się myśl o tych wszystkich czynnikach ryzyka, jakie niesie cesarka. Daleko mi od niektórych wizji z sieci, gdzie cesarka = wyłącznie gorszy start. Wiem jednak, że w wielu sytuacjach dzieci cesarkowe mogą mieć pod górkę, mogą, ale nie muszą. Za to matki cesarkowe mają pod górkę często. Mogą usłyszeć, że są leniwe, że nie są prawdziwymi kobietami, że one nie rodziły dzieci, tylko im je wyjęto. Taki poród, to nie poród. Chcieć, to móc. Niestety nie jest to takie proste, kiedy medycyna mówi „nie”. Wpadasz wtedy w odsetek, po prostu. Ale za tym po prostu czasem stoją emocje. Żal, jakaś tęsknota, niespełnione marzenie o tej bliskości po, zamiast ostrych lamp i dziury w brzuchu. Na szczęście ja rodziłam w szpitalu, w którym mąż może być obok również w trakcie cc. To ociepla mi wspomnienie tej całej sterylności i surowości. Widzę jego brązowe oczy, ostre lampy są gdzieś w tle.
Kiedy nie ma wyboru, nie ma nad czym się zastanawiać. Nie oznacza to jednak, że nie ma miejsca na trudne emocje. Na tęsknotę, która się nie wypełni, na wyobrażenie, które się nie ziści. I te emocje też mają prawo dojść do głosu. Ożywić się po porodzie i czasem przypomnieć o sobie, kiedy słyszy się o kolejnym pięknym porodzie, magicznej chwili i długim kontakcie skóra do skóry. To wszystko jest ważne, obiektywnie i subiektywnie. Bo obok tych cesarek ze względów psychologicznych i tych nagłych, które są efektem przedłużającego się porodu naturalnego, są też te „odsetki”. Odsetki zmuszone do cc z przyczyn medycznych.
Z każdym mama wypowiedzianym pod moim adresem pojawia się we mnie uczucie ciepła, totalnego odprężenia. Bo to moje mama. Najbardziej wyczekane i wręcz niewyobrażone jeszcze 22 miesiące temu, kiedy o 5 rano zostałam sama na sali pooperacyjnej z myślą, że nawet nie zdążyłam dobrze przyjrzeć się swojemu dziecku. Trzęsącymi się palcami napisałam do Piotrka, który był przy Zosi przez cały czas. „Jest piękna” odpisał i przesłał mi zdjęcie. Wgapiałam się w nie przez kolejne kilka godzin, w ten mały nos, tak niepodobny do naszych „kulfonów”. Wgapiam się w niego i teraz, każdego wieczoru, dzisiaj. I wiem, że dla niego nie jestem odsetkiem. Jestem mama.
źródło zdjęcia: flickr,Beatrice Murch