Rano wyszły ze szpitala. Ona i jej wymarzona córka, 4200, naturalna droga, bez znieczulenia, w spokoju i w swoim rytmie. Wyszły po trzech dniach od porodu, po trzech dniach walki o mleko, z nadzieją na pierwszą kroplę i mieszanką zakupioną w pobliskiej aptece. W myślach odliczała do wizyty w poradni laktacyjnej, którą wyznaczono im na kolejny dzień. W szpitalu podano im butelkę, sponsorowany, zwyczajny smoczek. Sonda po palcu? Nikt jej nie powiedział. Dzisiaj nie ma już siły, a dziecko płacze z głodu. Wieczorem odwiedza ją teściowa, twierdzi, że się przyda, przecież dziecko trzeba wykąpać. Zmęczona, blada jak ściana, chce tylko spać. Ma w nosie teściową i cały świat. Chce tylko mleka i snu, dla siebie i dziecka. Otwiera szeroko okno, bo czuje, że jej słabo. Po policzku kapią łzy, jedna za drugą.
***
Urodziła w nocy, nagle odeszły jej wody, a myślała, że może to przegapić. Uśmiecha się dzisiaj do tej myśli, tego przecież nie da się przegapić. Lampa, lampa, lampa. Ostre, kwadratowe światło. Tak usłana była jej droga na salę operacyjną. Niech się pani nie rusza, bo wbijam igłę. Mija kilka sekund, setki mrówek przebiegają przez jej nogi i nagle nic. Nie ma nóg, są, ale ich nie ma. Leży, znowu te lampy. Trzęsie jej się szczęka, co wywołuje śmiech we wszystkich dookoła. Ona też próbuje się śmiać. Patrzy w brązowe oczy męża, jak to dobrze, że może być obok. Bezbolesne szarpnięcie i krzyk. 2950. Witaj świecie!
***
Wszystko miała zaplanowane. Szkoła rodzenia, mąż przy porodzie, wynajęta położna i przemyślany plan porodu. Regularne skurcze, jadą do szpitala. Drabinki, piłka, wanna. Dobrze, że ćwiczył masowanie – myśli sobie. Po kilku godzinach zapada decyzja: cesarka. Chłopiec, 3600. Do domu wychodzą w piątek, a już w sobotę rano zjawiają się pierwsi goście. Zgięta w pół szykuje herbatę i śniadanie, dla siebie, bo cała reszta zajęta jest robieniem zdjęć. Ona też załapuje się na kilka z nich. Prawdziwa bogini – mówi o sobie dzisiaj, kiedy przegląda te fotografie.
Agnieszka Stein napisała ostatnio, że nie ma instynktu tylko więź, a każda więź potrzebuje czasu. Przeczytałam te słowa wieczorem, a następnego dnia zadzwonił telefon. Jestem już w domu, nie mam mleka, potrzebuję pomocy, nie mam na nic siły. Słowa te zagrały na moich wspomnieniach, a mąż psychoterapeuta oznajmił, że coś we mnie zarezonowało. Zarezonowało i to bardzo! – pomyślałam. Jestem bohaterką jednej z powyższych historii. Każda z nich odnosi się do początku. Początku wszystkiego. Początku życia. Stałym czytelnikom bloga nie sprawi trudności wskazanie opisu mojego porodu. Mimo cesarki, wcześniactwa i braku mleka, do domu wypisano nas w czwartej dobie. Ta ostatnia spędzona w szpitalu była czasem oczekiwania. Tyle słyszałam o karmieniu w domu, że spokój, że cisza, że swoje kąty, wszystko będzie dobrze. I faktycznie było, ale na pewno nie na początku. Przepłakałam długie godziny, nadgarstki wołały o litość, a widok laktatora i tabelki karmień był koszmarem. Przepłakałam z bólu, niemocy, bezradności i strachu. Wszystko było nowe, nieznane, a ja rozchwiana jak trzcina na wietrze. Hormony – mówili. Minie – mówili. Będziesz wspominać tylko to, co dobre – mówili.
Nie mam monopolu na mądrość i nie uważam się za chodzącą wszechwiedzę. Ale z jednej decyzji jestem niesamowicie dumna. Dom po porodzie był tylko nasz. Mój, męża, Zosi i psa. Zero odwiedzin, zero gości. Postawiliśmy twardą granicę dwóch tygodni, wszystkim. Czy słusznie? Nie wiem. Czy warto tak robić? Nie wiem. Czy zrobię tak przy drugim dziecku? Na pewno. Znam siebie. Wiem, jak działam w stresie. Wiem, jak działam w sytuacji zmęczenia. Tu był maks. Maks przeżyć i emocji. Nie musiałam martwić się o nic, byliśmy tylko my, dziecko i walka o mleko. Kiedy chciałam płakać, płakałam. Kiedy spędzałam kolejną godzinę karmiąc, karmiłam. Pochylona z bólu po cięciu, wciąż niepewna podejmowanych decyzji, szukająca pomysłu na dalsze działanie.
Początki mogą być różne. Ten jeden początek też. Czas zmian, czas szoku, czas zdziwienia i czas poszukiwania. Z mężem czy bez. Z teściową, mamą, siostrą. To chyba nie ma większego znaczenia. Liczy się spokój, spokój wokół matki, taki, jakiego ta konkretna matka potrzebuje. Mój mąż do tej pory dziwił się, po co są doule. Wczoraj, podczas naszej rozmowy o początkach, przyznał, że już teraz wie. Że nieważne śpioszki, rożki i sterylizatory. Liczy się spokój, spokój wokół matki.
źródło zdjęcia: flickr, zoomyboy.com