Mamy w naszej rodzinie taki kuponowy zwyczaj. Zamiast rzeczy, dajemy sobie kupony. Kupon na śniadanie do łóżka, kupon na długi poranek pod kocem, kupon na święty spokój. Banały, które czasem są luksusem.

Zaraz po porodzie dostałam kilka takich kuponów od moich bliskich koleżanek. Nie były to ładne bileciki ani drukowane deklaracje. Kilka słów w smsach – „może przyjechać posprzątać Ci dom?” albo „zaraz jadę, wiozę ciepły obiad”. Moja mama przyjeżdżała (ponad 100 km) często tylko po to, żeby zabarać Zosię na spacer. „Tylko leż, odpocznij, nic nie rób” – mówiła.

Taki status zamieściłam na facebooku kilka dni temu. W ciągu kilkunastu godzin doczekał się ponad 170 polubień i kilkudziesięciu udostępnień. Przyglądałam się temu z uwagą i pewną refleksją. Nie dotyczyła ona samych liczb, te są i ich nie ma, nic wielkiego. Moje myśli krążyły jednak wokół komentarzy, zarówno pod moim jak i każdym z udostępnionych wpisów. „Oj tak”, „Zamawiam taki kupon!”, „Może ktoś się domyśli”. Gdybym mogła, to sama wysłałabym taki kupon każdej z tych kobiet. Kupon, a najlepiej szansę na jego realizację. Na ten ciepły obiad, przespane 4 godziny, możliwość poleżenia pod kocem albo wypicia kawy zaraz po jej zaparzeniu. Pewnie dla wielu osób brzmi to jak zlepek frazesów, kpina albo masa „niemożliwości”. Bo „niemożliwe jest, aby nie mieć chwili dla siebie”. „Niemożliwe, żeby nie przespać nocy albo wypić spokojnie kawy”. A jednak są takie matki, są tacy rodzice i wreszcie są takie dzieci, przy których możliwe staje się naprawdę wiele.

W rodzicielstwie bliskości jedną z kluczowych kwestii jest równowaga. Równowaga potrzeb i szacunek wobec każdego z członków rodziny. Nie da się jednak ukryć, że są okresy, kiedy bardzo łatwo tę równowagę stracić. Opieka nad noworodkiem, maratony karmienia, brak wsparcia i kogoś do pomocy, ząbkowanie, kolki itd itd. W „Księdze Rodzicielstwa Bliskości” przeczytałam, że Martha Sears pyta swoje klientki o to, kiedy ostatnio brały prysznic. Czytałam to na świeżo po kolejnym łazienkowym koncercie, który w pewnym momencie życia Zosi, był dla mnie jedyną opcją na odzyskanie świeżości. Leżaczek, pasy, prysznic i ciągłe śpiewanie (z bardzo konkretnym repertuarem). Nie powiem, żeby był to jakiś wyjątkowo relaksujący czas, ale niewątpliwie był niezwykle cenny dla mojej równowagi. Komuś, kto ma wsparcie w codziennej opiece nad dzieckiem, może się wydać to śmieszne, ale naprawdę są takie matki (jak ja), dla których nawet prysznic jest wyzwaniem. Prysznic, ciepła kawa, obiad, zrobienie prania. Wystarczy jednak mieć dziecko o dużych potrzebach (więcej tutaj), aby zrozumieć, że dotychczasowe oczywistości, mogą nagle przenieść się do sfery marzeń i fantazji.

W pierwszych miesiącach po porodzie, nie wiedziałam, jak się nazywam. Luksusem było śniadanie przed 12, obiad i chwila przerwy w noszeniu podczas kolek. Otoczona gadżetami, które miały mi ułatwiać macierzyństwo, śmiałam się w twarz do tej wersji mnie, która kompletowała wyprawkę. Setki źle ulokowanych złotówek daleko rozmijały się z moimi faktycznymi potrzebami. Chciałam coś zjeść, przespać cztery godziny, nie słyszeć szumu suszarki podczas kolejnego ataku kolki. Piękne kocyki nie przynosiły ulgi, ładna bielizna nie ułatwiała maratonów karmienia, a karuzela nad łóżeczkiem nie zajmowała uwagi na tyle, bym mogła iść ugotować obiad. W tamtym czasie moje potrzeby były na podstawowym poziomie – jeść, spać, umyć się. Gdyby nie wsparcie bliskich, pewnie już dawno bym oszalała. Nigdy nie zapomnę tych wszystkich propozycji pomocy, ciepłych obiadów przywożonych nam do szpitala dziecięcego i urywania się z pracy, żeby być ze mną w trudnych chwilach. Nie zapomnę też szalonych pomysłów, tych nieco dalszych sercu, które w smsach brzmiały „kiedy mogę wpaść na kawę i ploteczki?”. Każdy z nich uruchamiał we mnie lawinę myśli. Pewnie, wpadnij ale pozmywaj, zaparz kawę też dla mnie (ups, nie piję przecież kawy, więc nie znęcaj się nade mną zapachem), zaraz potem pomóż mi w prasowaniu pieluch i ponoś chwilę Zosię. Myśli te jednak nigdy nie wychodziły poza moją głowę. Bo przecież to niemożliwe, żeby się nie wyspać. Niemożliwe, żeby nie pić kawy, bo dziecko ma po niej kolki. Niemożliwe, żeby mieć takie banalne potrzeby. A ploteczki?

Zainteresowanie ostatnim wpisem na facebooku, pokazało mi, że potrzeby rodziców często są bardzo oczywiste. Chcemy naładować akumulatory, wyjść z domu, odpocząć. Nic wielkiego. Zjeść ciepły obiad, dostać od innych (i dać sobie) prawo do błędów, spędzić dzień w dresie i nie myśleć, choć przez kilka godzin, że trzeba być taką idealną. Jutro nasza córka skończy 19 miesięcy, od dwóch tygodni przesypia noce. Gdybym mogła, każdej z mam, która to czyta, wysłałabym kupon na nieprzerwany sen. Póki co, mogę jednak wysłać nadzieję, że takie noce nadejdą, choć sama nie chciałam w to wierzyć. Wrócą ciepłe obiady, wypita w spokoju kawa, wieczory bez kolek i zasypianie bez suszarki. Może znajdzie się ktoś, dla kogo już sama taka świadomość będzie upragnionym „kuponem”.

P.S. Zdjęcie nie jest przypadkowe. Nasza córka, kangurowana przez dobrych kilka tygodni, do dzisiaj uwielbia tę pozycję. Co wieczór zasypia tak wtulona we mnie, a ja nie mogę się nadziwić, jak szybko to 51 cm zmieniło się w 90. I już nawet nie pamiętam, że kiedyś chodziłam niewyspana i głodna (bo nadal zdarza mi się chodzić przez cały dzień w szlafroku i wcale nie mam już wyrzutów sumienia).

źródło zdjęcia: Tomas Hellberg, flickr