Czasami piszę scenariusze i wyrywam się do reżyserowania filmów krótkometrażowych. Układam w głowie wątki, widzę scenografię, słyszę dialogi. Już prawie krzyczę „Akcja!”, już prawie zaczynam rejestrować dźwięk i przewidywać powodzenie nowego odcinka. Jestem blisko, bliżej, jeszcze bliżej. I wtedy wchodzi Ona, główna bohaterka, grana przez złotowłosą aktorkę o greckim imieniu wychwalającym mądrość. Z błyskiem w oku i nieskrywanym urokiem decyduje, że zagra to po swojemu. Nic nie będzie takie, jak w scenariuszu. Scena dobiega końca, a publika (zwykle dwuosobowa) szaleje. Podziw, zachwyt, duma nie mają końca. Scenarzystka siada z boku i pokornie, przed samą sobą, przyznaje, że przecież nie skończyła filmówki, a psychologię. I to całkiem niezłą psychologię, z całkiem niezłym wynikiem. Pokora, pokora, pokora.
Jedziemy kupić buty. Po fali protestów i lecie z gołymi nogami, początek września zmusza do zmiany. Buty muszą być. Nauczeni doświadczeniem, czerwienią twarzy i szerokością skali głosu, jesteśmy pewni – nie będzie lekko. Układamy plan, kto za co odpowiada, kto przejmuje płacenie, a kto ukoi nerwy (każdego członka rodziny). Dojeżdżamy na miejsce, przedstawiam sprawę sprzedawcy i spotykamy pełne zrozumienie. Titu titu, miła atmosfera, jakoś odwrócimy uwagę. A Ona? Z uśmiechem zakłada buta, jednego, potem drugiego i radośnie klaszcze w dłonie. W samochodzie prosi o założenie jej nowego nabytku i przez całą drogę uśmiecha się do widoku ubranych stóp. Przez kilka dni nie robi nic innego, poza przymierzaniem butów. Pokazuje nam, że ma, że my mamy, albo akurat w danym momencie nie. Ustawia swoje buty obok naszych i przypomina o nich przed każdym wyjściem na spacer.
Rękawiczki. Świadoma życia z dzieckiem o dużych potrzebach, drżę na myśl o zmianie pogody. Swoimi obawami dzielę się z mamą w podobnej sytuacji i wspólnie ubolewamy nad swoim losem. Jak to będzie, jak zniesiemy te protesty i jak unikniemy odmrożonych palców. Podczas zabawy, zupełnie przypadkowo, trafiam na parę rękawiczek. Trafia też Ona. Pokazuje mi palcem i prosi o nazwanie. Wyjaśniam sprawę i z lekką nutką niepewności zakładam na dłonie. Na twarzy pojawia się wielki uśmiech. Bije brawo, ogląda, dotyka jedną dłonią drugiej. Ogląda jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz. Przykłada ubrane dłonie do uszu, głaszcze nimi policzki i przegląda się w lusterku. Przez godzinę nie wychodzi z zachwytu nad nową częścią garderoby. Podczas spaceru przypomina mi gestem, że bez rękawiczek ani rusz. Niczym robot trzyma sztywno ręce przed sobą i co jakiś czas uśmiecha się do nowych, fioletowych kumpli.
Zaskakuje mnie, kiedy zakładam, że nie polubi rosołu. Z uśmiechem zajada się kaszą gryczaną i brokułami, które dotychczas były na liście „Na pewno nawet nie ruszy”. Zakłada sama leginsy, buty i czapkę. Wspina się na wózek, robi papa i oznajmia tym samym, że czas na spacer (to nic, że jest 7 rano a my przed śniadaniem. Ona idzie). Chce trzymać psią smycz, woła Nucię na spacerze, upomina gestem, gdy ta odważy się zakłócać spokój sąsiadów. Przymierza moją biżuterię i radośnie tańczy do muzyki ojca.
Taka jest Ona. Ze swoim planem, ze swoim scenariuszem, ze swoim dążeniem ku rozwojowi. Uczy mnie pokory i przypomina, że nie mogę zarażać jej obawami i napięciem. To, że coś nie udało się raz, nie stanowi reguły. Ona się zmienia, zmieniam się ja. Najlepsza scenarzystka, aktorka, nauczycielka. Królowa Życia.
źródło zdjęcia: Luke Roberts, flickr