Kroczy dumna i ciekawa świata. Byle do przodu, byle przed siebie. Idę krok dalej i układam w głowie myśli. Kiedyś kilka milimetrów i bijące serce na usg, dzisiaj prawie metrowy Wielki Człowiek. Kiedyś lęk i walka o każdy dzień, dzisiaj duma w głowie i niemiłosierne zmęczenie w ciele. Spełniony sen.

W październiku złocą się liście i spadają żołędzie. W październiku czas zmienia się z letniego na zimowy. W październiku tysiące rodziców zatrzymuje się na chwilę, by wspominać, choć strata z ich myśli nie znika nigdy. Zatrzymuję się i ja, choć nie czekam na datę i nie puszczam w niebo baloników. Zbliżam się jednak myślami do każdego z tamtych dni i jeszcze bardziej doceniam te obecne. Nie chcę karmić się banałem, pisać wzniosłych poematów, oczekiwać współczucia. Czas leczy rany, choć nie zmazuje blizn.

„Ze swojej drogi zejdę, będę z Tobą”

Kiedy dwa lata temu, po raz drugi w swoim życiu, ujrzałam dwie kreski, wiedziałam, że nie będzie łatwo. Każdego dnia, w każdej trudnej chwili i przy każdej wizycie na izbie przyjęć, prosiłam Boga by był z nami. Och, jakie to niepopularne. Teraz dobrze jest powiedzieć, że kościół jest be, mohery to ciemnogród, a każdy ksiądz to pedofil. Nie oceniam, ale mówię: Tak, ja mam inaczej. Tak, czytam książki teologiczne i szukam głębiej niż w Faktach TVN. Tak, głęboko wierzę w Boga i to w Nim znalazłam siłę. A było mi jej trzeba naprawdę dużo. Liczyła się tylko jedna myśl – zdrowo i bezpiecznie, do końca, do możliwej dla medycyny granicy. Doktorat? Poczeka. Wakacje? Jeszcze będzie ich setki. Praca? Nie zając. Leżałam potulnie, napędzałam przemysł farmaceutyczny i czekałam.

„I w najlepszej z chwil i najgorszej też. Będę z Tobą”

Kiedy Maleńka Zosia trafiła pierwszy raz do szpitala, wyłam wniebogłosy. Lęk nie skończył się wraz z porodem. Tak bardzo bałam się, że coś może jej się stać. Nie pomagały mi hormony, nie pomagał trudny czas zdrowotny i dotychczasowy, skumulowany pod skórą stres. Jedak tym razem czas leczył i uczył. Z każdym dniem stawałam się lepszą matką, coraz bardziej pewną siebie i tego, że wszystko się ułoży.

Jak smakuje macierzyństwo po poronieniu? – zapytała mnie kiedyś znajoma. Emocjonalny miks. Walczę, by nie przelewać na Zosię moich lęków. Kiedy czuję, że to poza mną, robię krok wstecz i szukam pomocy Piotrka. Tam, gdzie ja się boję, on wchodzi bez cienia strachu. Znacznie częściej niż lęku, doświadczam jednak wdzięczności. Bez wstydu i głośno mówię, że moje dziecko jest dla mnie największym Cudem. Oczy, nos, ręce, nogi – to tylko ciało. Ale ono jest, to fizyczność, konkret, namacalne zapewnienie, że szczęście istnieje. To, co nieuchwytne, jest jeszcze piękniejsze. W jej uśmiechu widzę spełnienie. W pierwszym „MAMA” usłyszałam najpiękniejszą z melodii. Po pierwszym kroku przybijałam piątkę z losem. Udało się, na przekór wszystkiemu!

„Gdziekolwiek się zwrócisz, cokolwiek powiesz”

Dzisiaj nie napiszę o kryzysach. Dzisiaj nie powiem, że miewam dość, a kręgosłup chce dublera. Dzisiaj, 17 miesięcy po porodzie, wlewam w siebie litry szczęścia. Za 6 dni, razem z innymi rodzicami, zatrzymam się na chwilę i spojrzę na bieszczadzkiego anioła. Wyryty w drewnie, z ciepłym, ufnym spojrzeniem. Przypomina mi tamten czas, czas straconej nadziei i bólu, którego nie da się opisać słowami. Tymczasem nucę pod nosem „naszą” piosenkę. Puszczałam ją Zosi jeszcze w brzuchu, puszczam i teraz.

* 15 października obchodzimy Dzień Dziecka Utraconego. Informacje o nabożeństwach i obchodach w całej Polsce znajdują się tutaj

 

źródło zdjęcia: Jenny Downing, flickr