baner(3)
GDYBAMY PSYCHOLOGIA DZIECKA

Przedszkolaki i planszówki – o co w tym wszystkim chodzi?

Jak grać w planszówki z przedszkolakami i zaufać im, że o coś w tym wszystkim chodzi? Grać według ich pomysłu czy trzymać się zasad? Dać wygrać czy uczyć przegrywać? Wspierać w porażkach czy „uczyć życia”?

Jeśli zdarza Wam się grać w planszówki z Waszymi dziećmi, pewnie zadajecie sobie czasem powyższe pytania. Jeśli zdarza Wam się grać z cztero i pięciolatkami, pewnie to „czasem” zamienia się w „często” a nawet „bez przerwy”. Wpis ten dedykuję więc szczególnie Wam, rodzicom dzieci cztero i pięcioletnich, choć część informacji przyda się wszystkim.

Z życia wzięte

Pamiętam taką sytuację, kiedy grałam z moją córką w lotki. To było kilka dni po jej czwartych urodzinach. Tarcza na ścianie, linia na podłodze, wszystko dogadane, gramy. Szło nieźle, do drugiej rundy – „Mamo, wprowadźmy taką zasadę, że jak trafię, to ja znowu rzucam, a jak nie trafię, to moja kolej”. Uczciwie postawiła sprawę, nie ma co 😉 Sytuacji, w których tworzyła swoje zasady były setki. Podobnie było wtedy, kiedy grałam w planszówki z cztero i pięciolatkami w pracy. Jesteście ciekawi dlaczego tak się dzieje?

Być może w chwili, w której Wy, mając te swoje „dzieści” lat, siadacie do gry, chcecie po prostu grać. Poznać zasady, przejść planszę, dobrze się bawić. Dzieci też chcą dobrze się bawić, to niewątpliwe. Ale w ich graniu jest coś jeszcze.

Wiemy o tym, że wyraźny skok zainteresowania grami pojawia się zwykle po 3,5 roku życia. Zdarza się jednak, że zapominamy, że samo zainteresowanie nie zawsze idzie w parze z umiejętnościami, żeby w owe granie wejść na całego. Rozwojowo pewne rzeczy nie są możliwe i przyjdzie nam trochę poczekać na chwile, w których obok nas zasiądzie gracz o podobnych potrzebach i możliwościach.

Wyzwanie nr 1: Czekanie

Większość dzieci w wieku czterech lat nie jest w stanie siedzieć i czekać na swoją kolej. Często nie są w stanie w ogóle siedzieć, wiercą się więc, kręcą, odchodzą, przerywają grę, zaczynają jeździć na hulajnodze albo układać puzzle. Dla nich samo czekanie bywa wysiłkiem ponad możliwości, nudą, stagnacją, w której jeśli one nic nie robią, to może to być czas nie do wytrzymania.

Co mogą zrobić dorośli?

Rozwoju nie przeszkoczymy, ale są pewne rzeczy, o które możemy zadbać, żeby dzieciom łatwiej było czekać. Bardzo często to one same podpowiadają nam, o co chodzi i co je wspiera. Są więc dzieci, którym pomaga stoper, przesypujący się piasek, licznik do gotowania jajek albo jakiś inny sposób pomiaru czasu, który wciąż jest dla nich abstrakcyjny. Są i takie, którym pomaga zadanie na czas czekania albo zmiana aktywności, ruch, możliwość rozładowania napięcia. Większości z nich, jeśli nie mają innych trudności, pomaga po prostu czas i „dorastanie” do pewnych umiejętności. Zwykle nie służy im natomiast oczekiwanie, że dadzą radę, ogarną się, wysiedzą. Ich cierpliwość jest bowiem trochę jak ta trawa, która „nie rośnie szybciej, gdy się za nią ciągnie”.

Wyzwanie nr 2: Zasady, „po mojemu”

Drugą ważną kwestią jest to, że czterolatki bardzo chętnie przekształcają gry pod swoje potrzeby i są mistrzami świata w ustalaniu zasad. Dzieje się tak zwykle dlatego, że dzieci w okolicy czwartych urodzin odkrywają, czym w ogóle są zasady, nie tylko te w grach. Zanim więc zaczną ich przestrzegać, potrzebują czasu, żeby trochę nimi „poobracać”. Pisząc o „poobracaniu” mam na myśli dokonywanie różnych operacji, przekształcania, przerabiania, zmiany, negocjacji, a przede wszystkim tworzenia. Tworzenie i zmienianie zasad oraz sprawdzanie „co się z nimi zadzieje” jest więc pewnym elementem rozwoju, czymś, co za chwilę pozwoli im z owych zasad korzystać. Żeby jednak to mogło się stać, trzeba zaliczyć wcześniejszy etap, w którym reguły są pewnego rodzaju konwencją. Co to oznacza w praktyce?

Czterolatki grają po swojemu i same tworzą zasady. Zmieniają je 150 razy w ciągu minuty, zwykle na swoją korzyść. Ta „swoja korzyść” też wiąże się często z ich wiekiem, w którym lubią dbać o siebie i ładować swój kubeczek mocy (czy też przekonania o owej mocy). Wprowadzają więc rozwiązania, które trudno zrozumieć, a w których nasza rola staje się wręcz marginalna (np. jesteśmy potrzebni do podawania kostki).

Co możemy zrobić z tą wiedzą? Wydaje się, że mamy dwa wyjścia. Pierwsze z poziomu lęku – „nie jest gotowy na gry”, „nie umie przegrywać”, „nie rozumie zasad”, „tak się nie da grać”, „nie potrafi się dostosować”, „przecież musi nauczyć się reguł/przegrywania/czekania na swoją kolej”. Drugie z poziomu zaufania – „o coś w tym wszystkim chodzi”, „czegoś chce się nauczyć”, „o coś ważnego dla siebie zadbać”. Wybór zostawiam już każdemu z Was, a pewnym pocieszeniem może być fakt, że w okolicy szóstych urodzin sensem gry staje się częściej sama gra niż zabawa zasadami.

Co mogą zrobić dorośli?

Jeśli widzimy, że nasze dzieci bawią się zasadami, możemy spróbować w te zasady wejść. Widząc, że nasze dzieci lubią ustalać reguły, możemy wspierać je w owym ustalaniu i razem z nimi decydować, według jakich zasad dzisiaj gramy. Znam dzieci, dla których pomocne bywa już samo wchodzenie w świat ich zasad, dopytywanie przez rodzica, ciekawość na to, co dziecko wnosi.

„Jaki masz pomysł na tę grę?”

„Co właśnie odkryłeś?”

„Opowiesz nam o tym?”

To też taki moment, w którym możemy wyciszyć w sobie wszystkie te myśli, które mówią nam, że wychowamy egoistę, który nikogo nie będzie brał pod uwagę i będzie wiecznie chciał narzucać swoje zdanie. Naładowany telefon nie piszczy co chwilę, że bateria się kończy. Dziecko, które doświadcza autentycznego bycia uwzględnianym, ma naładowaną baterię, która pozwoli mu w przyszłości uwzględniać innych. Pamiętajmy przy tym, że mając cztery lata dopiero się tego uczy, dopiero nabywa tych umiejętności i nie oczekujmy od niego mistrzowskiego poziomu.

Wyzwanie nr 3: Ciągle to samo i to samo

Znacie ten moment, w którym dziecko proponuje Wam grę, ale tę samą, co wczoraj, przedwczoraj i od dwóch tygodni? Albo zabawę, też niemal identyczną do tych z ostatnich dni? Wy pewnie też macie w swoim życiu takie doświadczenia, że jak coś Was „wkręca”, to na całego. Chcecie oglądać kolejne odcinki serialu, chociaż rano trzeba wstać do pracy. Gotujecie wciąż tę samą potrawę, bo jej smak tak Was zachwycił. Zarywacie noc, by dokończyć porywającą lekturę. Dzieci mają tak samo i gry, zabawy są tego najlepszym przykładem. Trening czyni mistrza – to zasada, która zdaje się przyświecać przedszkolakom po czwartych urodzinach. Im więcej obycia na jednym poziomie, tym więcej odwagi, by wskoczyć na kolejny. Jak dodamy do tego „obycie” z własnymi zasadami, to już w ogóle robi się sama przyjemność.

Co mogą zrobić dorośli?

Jednym z rozwiązań jest poszerzenie repertuaru gier. Wymaga to jednak pewnej uważności na to, że początek nowej gry, to powrót do ustalania zasad, grania po swojemu, zapoznawania się z ową nowością. Czasami wspierająca bywa też pewna łagodność dla tego czasu grania. Czy chcemy razem pobyć, czy za wszelką cenę grać? A może chodzi o zabawę, kontakt, relację, wymianę, wspólnotę? Znam rodziców, którym pomaga wspólne projektowanie gier, rysowanie, wycinanie, pisanie instrukcji.

Wyzwanie nr 4: Przegrywanie i wygrywanie

Być czterolatkiem i przegrać – brzmi groźnie. Czterolatki rozwojowo są intensywne, więc nic dziwnego, że ich emocje po przegranej również bywają intensywne. Dlaczego tak się dzieje?

Bardzo fajnie opisuje to Isabelle Filliozat w książce „Próbowałam już wszystkiego”:

„Gdy wygrywamy, w mózgu rośnie poziom dopaminy, powodując ekscytacje. Rozczarowanie aktywuje centra bólu w mózgu. Kora nowa u dorosłych łagodzi porażkę: „to nie jest nic poważnego”. Jednak dziecko nie potrafi jeszcze spożytkować strefy skojarzeń w mózgu, by ocenić sytuację. Dla niego to „wszystko albo nic”. Przegrałem = jestem nikim we wszystkim i na zawsze… Czterolatek potrzebuje Twojej pomocy, aby nauczyć się rozróżniać działania dotyczące jego osoby i aby radzić sobie z intensywnymi emocjami. To nie jest komedia, ale prawdziwa udręka mózgowa”.

Pięciolatek wcale nie ma łatwiej, bo oprócz tego, że nie ma jeszcze zbyt wielu możliwości odraczania gratyfikacji, to on rozwojowo po prostu chce wygrać. O ile więc większość czterolatków gra, żeby pobawić się zasadami i poprowadzić je tak, żeby wygrać, o tyle pięciolatki chcą już głównie…wygrać. Stajemy więc przed wyzwaniem, że dzieci chcą wygrać, czasem my chcemy wygrać, ale też bardzo często chcemy je tymi grami „wychować”. Bywa więc tak, że w tym wspólnym czasie grania myślimy o dalekiej przyszłości, o radzeniu sobie z porażkami w ogóle i o tym, że „w prawdziwym życiu nikt nie da naszym dzieciom wygrać”. Tymczasem patrząc na to, co jest ich „tu i teraz”, co jest w ich najbliższych możliwościach rozwojowych, możemy znaleźć odpowiedź na pytanie: czy dawać dzieciom wygrywać?

Przyznam szczerze, że nie lubię tego pytania. Dużo bliższe jest dla mnie szukanie w konkretnej sytuacji i u konkretnego dziecka powodów, dla których ono tak bardzo chce wygrać. Czy to jest jeszcze rozwojowe? Czy potrzebuje doświadczyć, jak to jest wygrywać? A przy okazji, co robią ci, którzy przegrali? A może to wygrywanie zaspokaja mu jakieś inne potrzeby? Uznania albo wpływu? Zabawy albo spontaniczności? Może bezpieczeństwa, kontaktu albo akceptacji? Co mu daje to wygrywanie i o co chce zadbać, kiedy tak bardzo do niego dąży? Może chce wygrać kilka razy właśnie z nami, bo to bezpieczne i dopiero za jakiś czas będzie gotowe doświadczyć przegranej?

Kiedy myślę o tych pytaniach, to mam wrażenie, że odpowiedzi są w dziecku, w naszych relacjach i obserwacjach. Czasem są też po prostu w rozwoju, w tym, co przyszło i co po coś jest (tak, jak chęć wygrywania u 4 i 5 latków).

Co mogą zrobić dorośli?

Jeśli odpowiecie sobie na któreś z powyższych pytań, być może znajdziecie też strategię, która będzie adekwatna do potrzeb Waszego dziecka. Czasami pomocne bywa zaczynanie od gier, w których każdy w jakimś sensie wygrywa, np. kooperacyjnych. Na rynku jest kilka naprawdę godnych uwagi, angażujących całą rodzinę i wspierających rozwój współpracy i współdziałania.

Mając na uwadze to, że dzieci potrzebują „poobracać” zasadami, poćwiczyć pewne umiejętności, przerobić niektóre gry od początku do końca, warto wybierać takie, w których jest to możliwe. Czasami są to gry zręcznościowe, czasami gry bez konkretnej struktury, np. spontaniczne, ruchowe, te, w których na bieżąco tworzymy zasady (stawiając raczej na zabawę, a nie wynik).

Ważną kwestią jest też nasze przegrywanie i to, co my z nim robimy. Ile naszej uwagi kładziemy na tę część grania i jak radzimy sobie z porażką. Nie bez znaczenia jest również to, na ile z empatią i uważnością podchodzimy do przegranych dziecka. Czy dostrzegamy to, co dzieje się po stronie dziecka, czy nadajemy temu nasze, dorosłe, czasem wyobrażone znaczenie? Czy jesteśmy ciekawi, jak dziecko doświadcza przegranej, czy jej umniejszamy albo ją wyolbrzymiamy? Czy widzimy i robimy przestrzeń na jego uczucia, czy im zaprzeczamy, negujemy, wyśmiewamy, umniejszamy?

Czasami kuszące bywa dawanie dzieciom forów, ale tutaj też liczy się intencja. Większość dzieci dosyć szybko wyczuwa, że o coś w tym chodzi, że to nie jest autentyczne. Oczywiście nie chodzi o to, żeby cisnąć na całego i korzystać z tego, że jesteśmy starsi, to wygrywamy za każdy razem. Zdecydowanie bardziej wspierające jest przyglądanie się, o co dziecku chodzi i szukanie sposobów, jak o to zadbać bez konieczności „dawania wygrać” albo „uczenia przegrywania”.

Wyzwanie nr 5: Oszukiwanie

Oszukiwanie to określenie z naszego dorosłego języka, bowiem dzieci dopiero ok 6 urodzin uczą się, że w grach można zrobić coś tak, żeby osiągnąć sukces. Wcześniej również mogą robić różne rzeczy z kategorii „oszukiwanie”, ale większość z nich ma charakter sprawdzania zasad. Co się stanie, jak zrobię tak i tak? Co będzie, kiedy zmienię to i to? Bardzo pomaga mi taka perspektywa, w której widzę w dziecku badacza zasad, testera reguł, a nie małego „cwaniaka, oszusta, kombinatora”. Za dziecięcymi pomysłami „ubarwiania” gry, zwłaszcza w przypadku czterolatków, stoi również często ogromna wyobraźnia i fantazja, która karmi się wyobrażonymi przygodami i ciekawością „co będzie, jeśli…?”.

Co mogą zrobić dorośli?

Oszukiwaniu warto więc przyglądać się tak samo, jak wygrywaniu. O co w tym chodzi? Czy to jakieś potrzeby dziecka, czy może jego pomysł na zaspokojenie naszych? Czy to obawa przed porażką, czy chęć sprawdzenia reguł? A może to pomysł na konfrontację ze zbyt trudnym zadaniem albo zbyt wysokim poziomem oczekiwań?

W przypadku odkrycia dziecięcych kłamstw, oszukiwania czy fantazji z regułami, pomocna bywa…tak, tak, empatia. Empatia rozumiana jako ciekawość – co tam jest po Twojej stronie? Dla dzieci dużo bardziej wspierające są rozmowy, w których pytamy o ich punkt widzenia, a nie startujemy z pozycji surowego oskarżyciela, który przyłapał kogoś na kłamstwie. Dla tych z Was, których temat empatii w relacjach z dziećmi jest ciekawy, polecam ten tekst i ten.

Wyzwanie nr 5: Zabawa, relacja, kontakt a nie wychowanie

To wyzwanie dla nas dorosłych. Wyzwanie, w którym chcę zaprosić nas wszystkich do dostrzegania we wspólnym graniu strategii na wiele potrzeb. Na zabawę, na spontaniczność, na rozwój, kompetencje, ale też bliskość, relacje, wpływ, kontakt. Zapraszając nas do gier, dzieci chcą o którąś z tych (albo jeszcze inną) potrzeb zadbać. Bywa więc tak, że chcą szaleć i śmiać się. Bywa, że chcą spędzić z nami czas i może przy nas podoświadczać przegrywania i zdobywania nowych umiejętności. Może być też tak, że chcą nauczyć się czegoś nowego, np. liczenia w Monopolu albo skupienia w Jendze. A może być i tak, że chodzi im o coś zupełnie innego.

Tymczasem to nam zapalają się wówczas lampki wychowawcze. Pewnie, że gry są świetnym poligonem do nauki – zasad, przegrywania, wygrywania, czekania na swoją kolej itd. itd. To wszystko dzieje się, kiedy po prostu gramy. Bez taktyki, bez planowania na przyszłość, bez obaw, że ten „oszukujący” czterolatek nie odnajdzie się w życiu, a rzucający pionkami pięciolatek już zawsze będzie impulsywny. Na wszystko w ich życiu przyjdzie czas, jeszcze wiele doświadczeń je umocni albo osłabi. My możemy po prostu spędzać razem ten czas, być blisko, dobrze się bawić, obserwować, a niekoniecznie wychowywać i bać się, co będzie dalej.

 

zdjęcia: pixabay, cc

Bibliografia:

Filliozat I (2015). Próbowałam już wszystkiego. Kraków: Esprit

Matejczuk J (2015). Rozwój dziecka. Wiek przedszkolny. Warszwa: IBE

Poleć ten tekst znajomym