Są takie dni, że nic się nie chce. No kompletnie nic. Obiad po najmniejszej linii oporu, hektolitry kawy i marzenia o rajskiej plaży. Są też takie, w których nawet jak się chce, to brakuje energii, zapału, klimatu, wolnej głowy. Bo kręgosłup zawodzi, bo głowa pęka albo przytłacza nas tona problemów. Wiecie co najbardziej lubię w „takich dniach”? To, że mijają. A w zasadzie to, że jak miną, to w powietrzu wisi zapach nowości. Ok, trzeba wziąć się w garść, nadrobić czas, wrócić do świata żywych. Można pójść pobiegać, zaliczyć nocny seans filmowy, zjeść tonę lodów albo zacząć kolejną dietę. Symboliczny początek, gruba kreska, nowy rozdział. Nieco trudniej jest, kiedy ten nowy rozdział chcemy zacząć w relacji z dziećmi. Nie chodzi mi tu o wielkie zmiany, rewolucje i terapie, a raczej o zwykły powrót do dobrej, zapomnianej jakości, która czasem schodzi na drugi plan. A naprawdę nie trzeba wiele. Zwykłe przeziębienie, nadmiar obowiązków, albo zachwianie równowagi, mogą sprawić, że „coś się zepsuje”. Nie będzie to może wielka usterka, a raczej mała rysa. Czasem widać ją w zachowaniu dziecka, czasem w rekcjach na naszą osobę, a jeszcze innym razem to gdzieś wisi w powietrzu. Coś nie gra, po prostu. Chwilowo zapewne, ale nie gra. I właśnie wtedy lubię zejść na podłogę.

Kilka dni temu Wydawnictwo Mamania przysłało mi książkę „Nie strach się bać”, którą napisał Lawrence J. Cohen. Jego „Rodzicielstwo przez zabawę” pochłonęłam w dwa wieczory, więc nie mogłam się doczekać kolejnej publikacji. Nowa książka Cohena kradnie mi każdą wolną chwilę. Podkreślam, zaznaczam, wracam myślami, odnoszę treści do swoich zawodowych doświadczeń. Lada dzień napiszę o tej książce więcej, bo zdecydowanie warto ją mieć. Podobnie warto jest wsłuchać się w słowa i podejście Cohena i czasem po prostu zejść na podłogę.

W życiu zdarzają się takie momenty, kiedy więź ulega zerwaniu (…) Oddzielamy się od dziecka, kiedy idziemy do pracy, a ono odkleja się od nas, wyruszając do szkoły. Zerwanie zachodzi też wtedy – w sposób bardziej bolesny – kiedy odczuwamy złość wobec naszych dzieci, kiedy są one złe na nas, kiedy się boją albo kiedy czują się samotne (…) Skoro sytuacja zerwania więzi jest faktem, musimy stać się specjalistami od jej odbudowywania. Zabawa jest jednym z najlepszych sposobów na ponowne połączenie rodzica z dzieckiem, bo jest radosna, przyjemna i wymaga od nas, abyśmy weszli do świata dziecka (…) Ja nazywam to wejście do świata dziecka „zejściem na podłogę”. Wielu problemów można uniknąć albo znaleźć dla nich rozwiązanie, kiedy spojrzymy dziecku w oczy i weźmiemy się do zabawy.

Lawrence J. Cohen „Nie strach się bać”

Schodzimy na podłogę po weekendzie. Intensywnym, zabieganym, zamałorodzinnym. Zejście jest strome, bo mam za zadanie odpracować siebie i męża jednocześnie. Patrzę w wielkie brązowe oczy i czekam. Uprawiam rodzicielstwo lenistwa, przyznaję się bez bicia. Lubię zabawy niedyrektywne, ja gdzieś obok, trochę w tle, czasem według scenariusza Zosi. Rzadko podpowiadam, podaję instrukcję albo wytyczne. Siedzę więc i czekam. Po krótkim rozeznaniu i szalonym biegu po domu, dostaję latarkę. Małe stopy wędrują do kuchni, by z najniższej szuflady wyjąć sitko. Uśmiecham się, bo to nasza feryjna zabawa, a więc dobrze się kojarzy. Zasuwam rolety, zapalam latarkę i zakładam na nią sitko. Łaaaaa! – rozlega się głos Zosi. Setki małych świetlików na suficie. Latarka plus sitko. Łaaaa!

Lubimy zabawy bez zabawek. Poza paroma hitami, które nasza córka uwielbia, większość gadżetów mogłaby nie istnieć. Co innego kuchenne sprzęty, narzędzia taty i szczotki do zamiatania. Jeśli dodamy do tego amarantus, łyżki i sitko, mamy pewność, że ugotujemy obiad, a czasem nawet upieczemy ciasto. Kuchenne (nowe) gąbki, apaszka babci, piórko. Ścierka, pojemnik po jajkach, lejek. I masażyki, koniecznie masażyki, takie, jakie robiła mi mama.

Mini konkurs

Tym wpisem chciałabym zaprosić Was do zabawy, tej bez sklepowych zabawek oczywiście. Podzielcie się ze mną i Czytelnikami, Waszymi pomysłami (albo pomysłami Waszych dzieci) na zabawy, w których wykorzystujecie tylko to, co macie w domu (i mielibyście nawet, gdyby nie było w nim dziecka). Propozycje zostawcie w formie komentarza pod tym wpisem (wpisy na facebooku nie będą brane pod uwagę). W komentarzu napiszcie koniecznie, w jakim wieku jest dziecko, z którym w ten sposób się bawicie. Najciekawszy pomysł nagrodzę książką „Rodzicielstwo przez zabawę”, której sponsorem jestem ja sama 😉 Tak naprawdę to chciałabym poznać Wasze patenty na dobrą zabawę bez zabawek, a jednocześnie komuś z Was sprezentować naprawdę świetną książkę. Na wpisy czekam do 11.02 (środa) do 23:59, a wyniki ogłoszę następnego dnia. Do dzieła!:)

Wyniki

Ale macie wyobraźnię, Wy i Wasze dzieci! Nie mogłam się zdecydować, gdybym miała kosmiczny budżet, każdy z Was dostałby tę książkę i jeszcze zaproszenie na kawę, bo byłoby o czym rozmawiać 🙂 Niestety, musiałam wybrać tylko jedną osobę i książkę otrzymuje ode mnie Agigi. Proszę o przesłanie adresu na kontakt@bycblizej.pl (czekam do niedzieli 15.02 do 23:59, w przypadku braku kontaktu, wyłonię nowego zwycięzcę). Dziękuję Wam za wszystkie propozycje! Te komentarze to inspiracja dla wielu rodziców, ja już przemyciłam kilka pomysłów do nas 🙂

zdjęcie: flickr, Loving Earth