Byłam wczoraj z Zosią u lekarza. Podejrzenie reakcji alergicznej i wywiad dotyczący żywienia. Pewnie czekolada! – oznajmił lekarz. Moje dziecko nie zna jeszcze smaku czekolady – odpowiedziałam. A to przepraszam… Dalej rozmowa szła już bezpiecznym, empatycznym torem. O diecie roślinnej, o unikaniu mleka krowiego, o mandarynkach, które okazały się być dla nas zdradzieckie. Kiedy wracałam do domu, myślałam o tej czekoladzie, a jeszcze bardziej o tych przeprosinach. I zaczęłam się zastanawiać czy kiedykolwiek ktoś przeprosi mnie za ogrom zdziwienia, z którym spotyka się moje wyznanie, że jeszcze karmię piersią. Bo przecież nie mam się czego wstydzić, pierś to nie czekolada, prawda?
Na Facebooku należę do pewnej grupy, w której dość często padają pytania o polecanych lekarzy. Pediatra, ortopeda, endokrynolog „taki, który nie komentuje długiego karmienia piersią”. Poszukiwani są też specjaliści, którzy nie oceniają decyzji o spaniu przy dziecku/noszeniu w chuście/unikaniu mięsa/reagowaniu na potrzeby i sygnały dziecka. Wymieniamy się więc namiarami, czasem dziwiąc się negatywną reakcją sprawdzonego lekarza, innym razem dziękując sobie wzajemnie za polecenie kogoś, kto nas rozumie. Tworzymy taką małą bazę kontaktów, bezpieczną bazę, w której możemy poczuć się akceptowani. Bez wstydu.
Kiedy jednak myślę o tym wszystkim dłużej, to nachodzi mnie pełna wątpliwości refleksja – w zasadzie czego mamy się wstydzić? Uczuć, bliskości, empatii, mlecznych kropli? Dawno temu (czytaj: kilka lat) byłam na pewnym szkoleniu. Uczono nas, jak przeprowadzać wywiad diagnostyczny, a jedno z pytań brzmiało „jaki system kar i nagród funkcjonuje w Państwa rodzinie?”. Kiedy zadawałam to pytanie rodzicom, z którymi musiałam przeprowadzić ćwiczeniowy wywiad, bez skrępowania opowiadali mi o karnym jeżyku, czarnych chmurkach i stawianiu do kąta. Inni z kolei nie mieli oporów, by przyznać się do klapsów, bo przecież „ja dostawałem i wyrosłem na porządnego człowieka”. Ci drudzy prezentowali tak powszechny i często spotykany nurt „ja to miałem i nic mi nie jest”. Jego przedstawiciele jedli parówki/danonki/cukierki/tłuszcze trans i nic im nie jest. Dostawali klapsy, kary, po łapach i nic im nie jest. Rodzice trzymali ich krótko, nie zawracali sobie głowy ich uczuciami, nie poświęcali czasu i nic im nie jest. Mówią o tym głośno, odważnie, bez wstydu, próbując obalić w ten sposób każdy głos, który upomina się o szacunek dla dzieci /zdrowe odżywianie/ bezpieczne i akceptujące otoczenie.
Nie wiem dlaczego tak jest, ale czuję, że „po bliskiej stronie mocy” tego wstydu i obawy przed oceną jest znacznie więcej. Tworzymy bazę lekarzy, bo nie chcemy słuchać komentarzy. Na rodzinnych spotkaniach przemilczamy długie karmienie piersią, a o wspólnym spaniu wiedzą tylko nieliczni. Czujemy się odpowiedzialni za swoje wybory, ale jednocześnie część z nas, przynajmniej raz, poczuła, że musi się tłumaczyć, wyjaśniać, usprawiedliwiać. Na całe szczęście coraz więcej osób decyduje się mówić głośno o bliskości i świadomych, rodzicielskich wyborach. Telewizyjne twarze, naukowcy, blogerzy, matki i ojcowie spotkani na placu zabaw. Raz na jakiś czas ktoś zburzy nasz spokój. Bo gdzieś na końcu świata dziecko wypadło matce z nosidła, bo ktoś pijany spał z dzieckiem i prawie je udusił, bo jakaś matka karmiła piersią trzylatka, ku „obrzydzeniu” gawiedzi. Noszą te dzieci i krzywią im kręgosłupy – oceniali znawcy. Wpuścisz dziecko do łóżka i po seksie – mówili miłośnicy nudy i rutyny w związku. To publiczne karmienie jest obleśne! – krzyczeli komentatorzy.
Niczym stopklatki zatrzymuję w mojej głowie chwile bliskości. Zapach włosów i pocałunek w czoło podczas noszenia, ciepłe stopy i rozpychanie się na całej szerokości łóżka. ufne, pełne czułości spojrzenie podczas karmienia. Bliskość z dzieckiem nie może być obleśna. Bliskość nie powinna być tajna i krępująca. Uprawiajmy i propagujmy bliskość, bez wstydu.
źródło zdjęcia: flickr,desireefawn