Kilka dni temu dostałam maila od jednej z Czytelniczek. Zmartwiona zastanawiała się czy fakt, że jej 16 miesięczne dziecko chce spędzać czas tylko z rodzicami, jest czymś złym. Oczywiście mama nie wpadła na to sama, ale pomogli jej w tym zewnętrzni doradcy. W mailu tym poruszyła temat zabawy, intuicyjnie sama odpowiadając sobie, że „przecież na zabawę z rówieśnikami przyjdzie jeszcze czas”. Przypomniało mi to o tych wszystkich sytuacjach z pracy, kiedy przychodzili do mnie rodzice trzylatków i przyznawali, że martwi ich to, że ich dzieci bawią się same, niby w grupie, ale same. Pomyślałam więc, że warto poruszyć ten temat, żeby rozwiać wątpliwości, ale też uspokoić wszystkich tych, którym wmawia się, że już od pierwszych miesięcy trzeba dziecko „socjalizować” (co za słowo!) z rówieśnikami. Ten wpis będzie więc pewnym wstępem do krótkiego cyklu o zabawie – etapach jej rozwoju, formie i roli rówieśników.
Jakiś czas temu odświeżyłam sobie film „Bobasy”. Oglądaliśmy go jeszcze przed pojawieniem się Zosi, a ponowny seans pozwolił mi na wychwycenie kolejnych „perełek”. Film ten zachwycił mnie już za pierwszym razem. Ilekroć zaczynam zastanawiać się nad jakimś gadżetem, zajęciami z angielskiego dla bobasów albo ingerencją w rytm dziecka, przypominam sobie wolność dzieci z Namibii (to tam kamera towarzyszyła jednemu z bohaterów filmu). Beztroskie zabawy obok rówieśników, rodzeństwa, kolegów, w naturalnym rytmie. Nikt nie mówił o ich socjalizacji, ani usilnym „wdrażaniu do życia w grupie”. Wszelkie takie zabiegi są bowiem zwyczajnie bez sensu, a najlepszą lekcją, jaką mogą dostać dzieci, jest lekcja życia, tu i teraz. Przypuszczam, że w Namibii nikt nie ma dylematów dotyczących czasu spędzanego z dzieckiem, nie rozpatruje go w kategoriach nadmiaru bądź niedostatku. Podobnie w wielu kulturach tradycyjnych, dzieci były i są ich częścią, naturalnie. Jednocześnie na drugim krańcu stoją ci, którzy mówią, że można przesadzić. Że trzeba dziecko wpychać do grupy, że trzeba dawać mu okazje do kontaktu z rówieśnikami, że trzeba uczyć zabawy z kimś innym niż rodzice. I choć kontakty społeczne są niezwykle cenne, to wszelkie zabiegi określane jako „trzeba” nasycone są sztucznością. Dzieci są częścią społeczeństwa, różnych grup, mniejszych lub większych „wiosek”. Uczą się żyjąc ich rytmem, obserwując, naśladując, doświadczając. „Nawiązanie kontaktów z innymi ludźmi jest jednym z głównych zadań życiowych człowieka” – twierdzi Schaffer (1), a ja dodałabym, że tego człowieka wcale nie trzeba do tego przekonywać, ani wdrażać. On sam, już od pierwszych chwil, dąży do tego ze wszystkich sił.
Pierwsze trzy lata życia to intensywny czas kształtowania się więzi (o czym pisałam tutaj i tutaj). Przywiązanie spełnia nie tylko biologiczną funkcję (przetrwanie), ale przede wszystkim psychologiczną (poczucie bezpieczeństwa). Bowlby, twórca teorii przywiązania, opisywał je jako system kontroli, który można porównać do termostatu – jego zadaniem jest utrzymanie pewnego stabilnego stanu, którym jest bliskość z rodzicem. Kiedy wszystko jest w porządku, dziecko eksploruje świat i oddaje się zadaniom rozwojowym, kiedy jednak coś zaburza tę równowagę, maluch całym sobą dąży do jej odzyskania. Mechanizm ten wydaje się być prosty. Z jakiegoś powodu pojawiają się jednak głosy sugerujące, że odpowiadanie na te podstawowe potrzeby małego dziecka i bycie blisko jest czymś złym, przesadnym. W miejsce realnych, rozwojowych potrzeb próbuje się wkładać te, które właściwe są dla kolejnych etapów (jak na przykład zabawa z rówieśnikami). Faktem jest jednak, że choć są one ważne, to w pewnym okresie życia nie najważniejsze, a już na pewno nie można ich traktować jako czegoś, co trzeba narzucić, stworzyć, zorganizować na siłę.
Małe dzieci potrzebują bliskości rodziców. To czas ładowania baterii, do 100%. Nie da się naładować więcej, nie można być za blisko dziecka. Można być tak blisko, jak ono, to konkretne dziecko, tego potrzebuje.
źródło zdjęcia: flickr, Hobo Mama