Lubię latać. Zwykle robię to wieczorami, kiedy obok mnie słyszę dwa miarowe oddechy. Podsumowuję wtedy dzień i myślę o kolejnym, czasem pełna napięć, planów, obowiązków, innym razem wolna, wdzięczna, spokojna. Często podczas tych lotów nachodzą mnie myśli o czasie. Tym, który mija, tym, który jest przed nami, tym tu i teraz. Nie lubię się spieszyć, poganiać i być poganiana. Może dlatego nie robię też tego innym, bo po sobie wiem, że nie ma to najmniejszego sensu. Nie poganiam więc Zosi, ani w codzienności, ani w osiąganiu kolejnych kroków milowych. I właśnie dzisiaj, po porannej kawie i rozmowie z mężem, po raz kolejny dochodzę do wniosku, że najlepsze, co można dać swojemu dziecku, to zaufanie. Że może, potrafi, najlepiej zna swoje „już czas”.
„Wysadzasz Zosię na nocnik, bo już czas?” – usłyszałam ostatnio. Wysadzać to ja mogę kwiatki na działce – pomyślałam. Ugryzłam się jednak w język, obiecałam sobie nie wypowiadać ocen i spokojnie odpowiedziałam, że to ona zadecyduje, kiedy będzie jej czas. W odpowiedzi dostałam milczenie od rozmówcy i wyobrażone przybicie piątki od córki. Ja nie wiem, co ludzie mają z tym nocnikiem. To jakiś wyimaginowany szczyt rozwoju, coś jak Mount Everest dziecięcych możliwości. Siadasz na nocnik, jesteś zwycięzcą! W okresie świątecznym dostałam cztery maile z pytaniem o odpieluchowanie, każdy (!) zaczynał się od historii, w której rodzice są przepytywani albo naciskani przez otoczenie – już czas, bo będzie za późno! Serio? Czy znacie zdrowego maturzystę, który chodzi w pieluchach?
Nocnik w naszym domu pojawił się kilka tygodni temu. Stoi sobie w łazience, czasem w salonie, bywa też w kuchni i w przedpokoju. Nie przenoszę go ani ja, ani Piotrek. To dumna właścicielka spaceruje z nim po całym domu, sadzając kolejno lalki, maskotki i samą siebie. Od kilku dni pokazuje nam, że nocnik to sprawa poważna i ona wie, co trzeba tam zrobić. Nieśmiało i wciąż bez stuprocentowej pewności. Bez okrzyków entuzjazmu, słoneczek i tematycznych książek wspomagaczy. Gdzieś sobie ten nocnik stoi, czasem jest w użyciu, czasem nie. Ale nie jest bogiem, o nie. Nie mówimy o nim, nie zachęcamy, wyjaśniliśmy tylko raz (na samym początku), co to jest i do czego służy, resztę zostawiliśmy Zosi. Lenistwo plus przemyślenia wzięły górę. Wszystko w swoim czasie, jej czasie.
Nie mamy projektu na dziecko. Nie musi zaliczać punktów kontrolnych w biegu po złoto. Ona i tak jest najlepsza, dla nas. Z ufnością i wiarą obserwujemy kolejne kroki, towarzysząc im, a nie prowokując czy wymuszając. Picie z kubka, jedzenie łyżeczką, siadanie na nocnik. Przyszło samo. I jakoś tak bardziej naturalnie brzmi, kiedy mówię, że siada a nie jest wysadzana. Za tym wszystkim idą kolejne umiejętności, które mają początek w nas, w tym, co my sami na co dzień robimy. Mamy więc pomocnika w ładowaniu zmywarki, wieszaniu prania, myciu podłogi. To dzieje się gdzieś obok, w nucie życia, bez nauki i instrukcji, naturalnie. Ziarno, które samo się sieje.
źródło zdjęcia: flickr, arnie2105