Na środku pokoju leży wielki kawał szarego papieru. Miałam zamiar (jak połowa blogerów;)) zapakować prezenty minimalistycznie, ale ze smakiem. Skończyło się na tym, że cała rolka zamieniła się w kolorowankę. Dumne, śmiałe kreski, kilka rodzicielskich dodatków i dziurki zrobione długopisem (przy akompaniamencie radosnego pisku). Do wszystkiego nam daleko. Po weekendowych porządkach nie ma już śladu, segregacja zabawek sprawiła, że teraz jest ich jeszcze więcej, a część ubrań „do wywiezienia” zdobi misie i lalki. Daleko nam, ale blisko bardziej niż zwykle. Święta z dzieckiem są dla nas boskie, a raczej Boskie, bo o tym wymiarze Najwyższym tu mowa.

Może nie będę popularna, może zasłużę na bojkot i pogardę, ale nie chcę tych przygotowań i świąt z dzieckiem przetrwać. I kiedy czytam na kolejnym portalu „poradniki przetrwania”, to jest mi zwyczajnie z tym nie po drodze. Owszem, z dzieckiem jest inaczej, czasem przygotowania są bardziej czasochłonne, ale czy trudniejsze? Na mojej tablicy fejsbukowej wyświetla się ogłoszenie o opiekunce na godziny „dla rodziców, którzy chcą w spokoju przygotować się do świąt”. Może spokojem nie jest pakowanie prezentów przy 1,5 rocznym dziecku. Może nie są nim porządki przy dwulatku, ani pieczenie ciast przy raczkującym niemowlaku. Ale ja wcale za owym „spokojem bez dziecka” nie tęsknię. Gdy z ust znajomej słyszę, że „pozbyła się dziecka na weekend, bo musiała kupić prezenty”, to myślę sobie, że chyba coś tu jest nie tak. Ja wiem, że to mogą być żarty, ironia, a ja jestem taka sztywna. Ale naprawdę, nawet trochę nie śmieszy mnie stawianie dziecka w roli problemu, przeszkody, zawracaczagłowy.

Mam wielkie szczęście, największe. Mam zdrowie, męża, córkę, wspaniałą rodzinę. Nie latam na Seszele i nie jadam zbyt często na mieście. Ale wiem, że mam naprawdę dużo. Znam ból oczekiwania na dwie kreski, znam potęgę cierpienia po stracie, znam lęk odliczania do porodu i łzy ulgi po pierwszym krzyku już po bezpiecznej stronie brzucha. Nie zapominam o tym zwłaszcza teraz. I to nic, że na naszej choince nie ma łańcucha, bo Panienka Zosia uznała, że to będą jej korale. To naprawdę nic wielkiego, a jedynie symbol zmian, które są i na które czekałam jak na nic innego.

Dwa lata temu, podczas rekolekcji, siedziałam na ławce w kościele z bólem brzucha. Nie był to może mój najlepszy pomysł, ale czułam, że tego chcę. Nie ukrywam i nigdy nie będę, że wiara ma w moim życiu ogromne znaczenie. Te dwa lata temu, podczas kazania, ksiądz mówił o cudzie oczekiwania. Tego, którego doświadczała Maryja i tego, którego co roku doświadczają chrześcijanie na całym świecie. Całą sobą wierzyłam wtedy, że i moje osobiste oczekiwanie przyniesie cud, Mały Cud. Rok później nosiłam ów Cud na rękach, a dzisiaj razem z nim ubieram choinkę, śpiewam kolędy i opowiadam o istocie czasu, który przed nami.

Hania z Dookoła nas napisała kiedyś mądre zdanie „nie zapominajmy o tym, że jest to Boże Narodzenie, nie święto karpia czy ryby po grecku”. I ja Wam takiego Bożego Narodzenia życzę, w każdej ze sfer. A oprócz tego czasu z bliskimi i w bliskości, spokoju i uważności. Niech będzie to dla Was czas przeżywania, a nie przetrwania, czas ludzi, a nie rzeczy. Wesołych Świąt!

źródło zdjęcia: Kevin Dooley ,flickr