Czasami słyszę głosy. Raz ciche, jakby zahamowane, a innym razem głośne, zdecydowane, pewne. Czasem słucham ich uważnie, a czasem udaję, że nic do mnie nie dociera. I zawsze, dosłownie zawsze, chcąc lub nie, muszę im przyznać rację.
Pierwsze odezwały się wiele lat temu, teraz już nawet nie pamiętam, o czym do mnie mówiły. Ten najgłośniejszy przemówił na początku ciąży, a potem tak się rozgadał, że przestać nie może. I dobrze, niech zostanie, bo wyjątkowo go lubię. Kiedy leżałam w oczekiwaniu na bezpieczny koniec ciąży, kilka razy mówił do mnie „Jedź! Nie bagatelizuj”. Pakowałam wtedy torbę, mąż brał mnie pod rękę i jechaliśmy na romantyczną, kilkugodzinną randkę na izbie przyjęć. Położna w okienku mówiła „To normalne, pewnie nic się nie dzieje”, a ten uparciuch krzyczał „Ja wiem lepiej!”. Taką wycieczkę zafundował mi siedem razy, siedem randek na twardych krzesłach i jego siedem racji. Zastrzyki, tabletki, konieczność pozostania w szpitalu. Raz trafił na dobrego rozmówcę, wspaniałą położną, która przyznała mu rację „Lepiej przyjechać o raz za dużo, niż raz za mało”. A ten raz wyjątkowo mu się udał, bo zostałam w szpitalu na całe trzy tygodnie.
Potem był maj, 8 maja, gorący wieczór i wizyta u endokrynologa. Od rana dobijał się do mnie i męczył mnie wizją niespakowanej torby. Przy pomocy mojej mamy spełniłam jego życzenie i nie miałam pojęcia, że wszystko, co spakowałyśmy, przyda mi się za kilkanaście godzin. Wieczorem znowu dał o sobie znać „Szpital!” krzyczał, jak szalony. Pędziliśmy więc pod osłoną nocy, a on ciągle mi mówił, że to chyba już. Kiedy zapadła decyzją, że zostaję na oddziale, on nie pozwolił mi spać. Pogonił mnie na rozmowę z położną i kolejne badanie. „Zaczyna się, jedziemy na cesarkę” oznajmiła mi jedna z moich ulubienic, które były mi jak siostry podczas wcześniejszej trzytygodniowej sielanki. „Dzwoń do Piotrka, to nic, że jest 3 nad ranem, dzwoń!”. Potem już siedział cicho, razem ze mną czekał, co będzie dalej (albo gromadził energię na kolejne lata). Rano obudził mnie dreszczami „Dopytaj czy wszystko ok, bo dziwnie się trzęsiesz”. Znowu miał racje, nowe leki pomogły mi opanować ciało. Kiedy przynieśli mi Zosię, ustaliłam z nim, że potrzebuję czasu. Chcę się nauczyć bycia razem, zaufać dziecku i sobie. Mówił, że damy radę i żebym miała otwartość, by znowu mu uwierzyć. Poszłam w to w ciemno. Kiedy Zosia nie umiała ssać, kiedy ktoś podpychał mi butelkę, kiedy mówiono mi, że męczę siebie i ją. Walcz! – mówił – jesteś silna! Potem, kiedy miała sześć tygodni, była osłabiona i nie chciała jeść, jego „nie ryzykuj” przyćmiło zewnętrzne „pewnie to przez upały”. I znowu szpital, tydzień kroplówek i mnóstwo doradców. „Na siłę trzeba!” – mówiła pielęgniarka. „Co się pani tak rozczula nad nią, przecież dzieci rzygają!”. Może Ty rzygasz – podpowiadał wściekły – to dziecko wymiotuje, więc coś jest nie tak.
Iść tu, jechać tam, wybrać tego lekarza, tego unikać. W codzienności też dawał o sobie znać – czapka, bez czapki, obiad teraz, obiad po spacerze, chce spać, nie chce spać. Ilekroć udawałam, że go nie słyszę, albo pozwalałam, żeby ktoś obok go zagłuszył, zawsze wracałam z przeprosinami. „Znasz ją najlepiej, nie zapominaj o tym”. Uczył mnie też pokory. Prowadziliśmy długie rozmowy o moim wykształceniu i braku butów na nową drogę, tych butów od szewca oczywiście. Głośno wyrażał swój protest przeciwko ignorowaniu potrzeb dziecka i wysłuchiwaniu życzliwych rad „bo się przyzwyczai”. Czasem mówił „Zapytaj mądrzejszych, może coś podpowiedzą, ale pamiętaj, że warto ze mną to przegadać”. Innym razem podsyłał mi książki, wskazywał warsztaty, szkolenia, spotkania.
Lubię go. Trzymam z nim sztamę i wiem, że mogę mu ufać. „Serce matki wie najlepiej” – mówi moja mama, która nieraz miała odwagę iść pod prąd dobrych rad, a za swoim wewnętrznym głosem. Pewnie, gdyby podpowiadał mi totalną głupotę, musiałabym ostro się z nim rozmówić. Póki co nie ma we mnie takiej obawy, bo jeszcze mnie nie zawiódł.
źródło zdjęcia: Miikka Skaffari, flickr