Kilka dni temu napisałam na facebooku, że poszukuję dentysty dla Zosi. Byłam właśnie na etapie przeglądania ofert stołecznych gabinetów i na jednej ze stron trafiłam na cennik, a w nim dopisek „Dopłata do dziecka niewspółpracującego – 50 zł”. Zatrzymałam się na chwilę na tej stronie – kolorowy gabinet, fotel przypominający zwierzaka, uśmiechnięte (na zdjęciach) dentystki. Miejsce przyjazne dziecku. Hm…ale chyba tylko temu współpracującemu?
W pracy z dziećmi są takie dni, kiedy marzy się tylko o chwili ciszy i powrocie do domu. Są takie dni, a nie taka codzienność. Być może nie jestem obiektywna, bo z racji pasji i zawodu, dostrzegam w dzieciach wyłącznie dobro. Nie wiem jednak, jaką logiką należy się kierować, aby dojść do stwierdzenia, że w relacji specjalista – dziecko, to drugie może być „niewspółpracujące”. Chcąc to zdefiniować, należałoby zatem użyć określenia „nie wykonuje poleceń, nieposłuszny, a może nawet rozpieszczony, istny bezczelny gówniarz”. Mówiąc językiem zrozumienia, widzielibyśmy w nim raczej „dziecko ze swoim zdaniem i potrzebami, dbające o swoje granice, doświadczające trudnych emocji w nowej sytuacji”. Za tego pierwszego „można” więc wziąć 50 zł dopłaty, za drugiego już niekoniecznie – wszystko zależy od sumienia i przyjętej perspektywy. A przecież to nadal to samo dziecko. Przeglądając stronę tego gabinetu, wyobraziłam sobie naszą córkę – 18 miesięcy, pierwsza wizyta u dentysty. Lęk, dużo lęku. Płacz, próba wyrywania się itp. Czy to jest właśnie brak współpracy? Ideałem pewnie byłoby dziecko, które szeroko otwiera buzię i prosi o więcej? A może takie, które powie „Hej rodzice! Przytrzymajcie mnie mocno, a pani niech na siłę zajrzy mi w zęby. Chcę współpracować, nawet kosztem strachu!” Ups, chwileczkę. Chyba ktoś tu zdecydował się na pracę z dziećmi?
Stomatolog, neurolog, alergolog, ortopeda. Z dopiskiem: dziecięcy. Kolorowy gabinet, dwie maskotki i naklejka „dzielny pacjent”. Tyle? Czyli nic. W ciągu 1,5 roku kontaktów z różnymi specjalistami, niejednokrotnie zastanawiałam się – po co w ogóle kobieto/ mężczyzno pracujesz z dziećmi? Trafiliśmy raz, dosłownie raz na lekarkę, która od początku do końca zasłużyła na miano profesjonalisty od dzieci. Na wizycie u niej Zosia nawet nie poczuła, że jest u lekarza. Czary mary? Nie, podstawy wiedzy i nastawienie ku dziecku. Mierzenie głowy? Ok, ale najpierw zmierzmy ją misiowi. Sprawdzanie kręgosłupa? Jasne, ale zacznijmy od tego na obrazku. Ocena sposobu chodzenia? Tak, ale najpierw pozachwycajmy się zosiowymi butami. Niby nic, kilka zwykłych zachowań, choć niezwykłych w swojej autentyczności. Specjaliści z gabinetu, o którym wspomniałam na początku, pewnie uznaliby, że dziecko było współpracujące. A ono po prostu czuło się bezpiecznie. Oczywiście nie twierdzę, że sama atmosfera pozwoli bez lęku przejść np. przez bolesne zabiegi. Myślę sobie jednak, że kładzenie nacisku na postawę dziecka z góry prowadzi do porażki. Kiedy nasza córka miała 6 tygodni, trafiliśmy do szpitala. Jedna z pielęgniarek próbowała na siłę wlać jej lekarstwo. Mój protest skomentowała tylko „Siłą trzeba, inaczej się nie da”. Dało się bez siły, naprawdę się dało. Po jakimś czasie, ale się dało.
Pracuję z dziećmi od 7 lat. Dla kogoś krótko, dla innego nie. Czasem jestem skreślona już na starcie. Po prostu. Coś dziecku we mnie nie zagra i ma do tego prawo. Czy jednak ja, jako specjalista z przymiotnikiem „dziecięcy”, mam prawo robić to samo? Nadpobudliwy, apatyczny, z dysleksją, zdolny. Każdy z nich przychodzi do mnie ze swoim pakietem. Szukam w sobie zasobów, by nawiązać porozumienie. W sobie. Czy zatem wyznawcy teorii dzieci niewspółpracujących, biorą pod uwagę, że to w nich może tkwić część tego problemu? Można przecież poświęcić czas na wizyty adaptacyjne, a można też badać dziecko siłą. Można mierzyć głowę bez nawiązania kontaktu, a można też uczynić z tego zabawę. Można wreszcie wymuszać na rodzicach przemocowe (tak, przemocowe) zachowania, a można dać im narzędzia do jednoczesnego wsparcia dziecka i działań specjalisty.
Dzieci są dobrem w najczystszej postaci One nie muszą współpracować, robić czegoś według oczekiwań obcych, często spieszących się i oschłych specjalistów. One nie muszą być przedstawiane swoim rodzicom jako problem, trudność, za którą trzeba ponosić konsekwencje (w opisanej sytuacji finansowe). One potrzebują czuć się bezpiecznie. Tyle.
źródło zdjęcia: Lili Vieira de Carvalho, flickr