Długo zastanawiałam się czy i jak napisać relację z II Konferencji Bliskości. Cierpię ostatnio na nadmiar zajęć, choć słowo nadmiar lekko mi uwiera, bo są to wyłącznie przyjemne zadania, spotkania i wydarzenia. Bałam się więc, że kiedy znajdę czas na ten wpis, będzie już listopad i konferencja stanie się tylko miłym wspomnieniem. A jednak. Jestem tu i teraz, zimny, czwartkowy wieczór, a część mnie nadal siedzi na sali i chłonie. Miałam to szczęście, że uczestniczyłam nie tylko w wykładach, ale też w warsztatach prowadzonych przez Agnieszkę Stein. To właśnie ten drugi, warsztatowy dzień, skłonił mnie do refleksji, które nadały kształt temu wpisowi. Mogę mówić o zachwycie nad widokiem bliskościowych rodziców, mogę rozpływać się na samo wspomnienie karmiących mam, chustujących ojców, porywających wykładowców. Moje myśli wciąż przepełnia jednak pewna myśl. Myśl o tym, ile dała mi bliskość ludzi bliskości. Brzmi dziwnie? Od początku.

Nie umiem traktować o konferencji w oderwaniu od kontekstu. Ten kontekst to moje życie, zmienione diametralnie, od kiedy zostałam mamą. Ten kontekst, to wybory, których dokonaliśmy z mężem. Ten kontekst, to pytania, na które przyszło nam odpowiedzieć. Ten kontekst, to wreszcie proces i wzrost, w którym jesteśmy. Jesteśmy, bo trafiliśmy na ludzi, którzy byli dla nas inspiracją. I trafiamy każdego dnia, szczególnie takiego, jak ten konferencyjny.

Zaczęło się od porodu w dobrym, bezpiecznym Szpitalu św. Zofii. Ja byłam tam kimś, moje dziecko było tam kimś. Najpierw na patologii ciąży, potem na sali operacyjnej i w szpitalnym łóżku. Nie byliśmy numerkiem, zapomnianym przypadkiem, nazwiskiem z tabelki. Lekarze walczyli o każdy dodatkowy dzień ciąży, położne uczyły mnie jak przystawiać, doradca laktacyjny pomógł rozkręcić karmienie. Dziś nie pamiętam większości nazwisk, ale mam w sobie mnóstwo wdzięczności za okazane wsparcie. To był nasz pierwszy krok ku bliskości.

W kolejnym „pomogła” mi Tracy Hogg. Jej poradnik i wskazówki przekonały mnie, że nie tego szukam, że nie tą drogą chcę iść. Klepanie po pleckach po ziewnięciu? Odkładanie do łóżeczka i odliczanie? Dziękuję, postoję. Postoję i przytulę moje dziecko, bo ono tego potrzebuje. Potem byli pediatrzy zalecający odstawienie od piersi ze względu na nietolerancję. Jestem im bardzo wdzięczna, bo dzięki nim, w ramach protestu i niezgody, trafiłam do dr Nehring-Gugulskiej, doradcy laktacyjnego. „Karmienie piersią to nie tylko pokarm, to przede wszystkim relacja” – te słowa brzmią w mojej głowie do dzisiaj. Karmię 17 miesięcy, dla siebie samej jestem zwycięzcą.

Potem Oni, Searsowie. Jeden rozdział, drugi, kolejny. Oni piszą o nas! A więc nie tylko my nosimy, aż się przyzwyczai? Nie tylko my śpimy z dzieckiem? Nie tylko my reagujemy na płacz i wierzymy w dobre intencje córki? Uff, są na świecie inni, tak samo zepsuci, wyrodni rodzice. A skoro Searsowie, to i Ona. Agnieszka Stein. Relacja, „nalewanie do filiżanek” i prawo do błędów. I kolejni Jesper Juul, Alfie Kohn, Lawrence J. Cohen. Pomieszkują w naszej sypialni, jeżdżą z nami na wakacje. Bujam się z nimi w hamaku i piję jesienną herbatę z imbirem. Lubię jak są blisko. Dosłownie i w przenośni.

Moi rodzice, pierwsi nauczyciele, jeszcze nienazwanego, rodzicielstwa bliskości. Ela, tak daleka, a tak bliska. Myślimy podobnie, czujemy podobnie, czasem podobnie odczuwamy konsekwencje naszych wyborów. Ania, bliskościowa i bliska mi mama. Jej córka, niczym siostra bliźniaczka mojej. Jedna podgląda drugą podczas chodzenia, jedzą sobie z ręki, wymieniają się bidonami. Z pasją zaznaczają swoje terytorium, bez obaw o karnego jeżyka i słoneczko za dzielenie się kredkami. A my, mamy, snujemy plany. Bliskie i dalekie.

Blogowo – Agata. Obok dr Gugulskiej, mój piersiowy bastion i motywator. Kolejna Ania i jej twórczy, ciepły blog. Dalej – Koralowa Mama, dzięki której pożegnałam mięso i nie zbaczam z drogi świadomych wyborów żywieniowych. Ekipa Kwartalnika Laktacyjnego, facebookowa grupa Hani, dziewczyny z mataja.pl. Pewnie o kimś zapomniałam. Świat wirtualny, niby taki odległy, a pełen bliskości.

No i wreszcie Oni. Paneliści II Konferencji Bliskości. Niestety, trafiłam dopiero na końcówkę drugiego panelu i wiem już, że dużo straciłam. Mogę więc opisać tylko to, co działo się potem i co wciąż siedzi w mojej głowie. Agnieszka Stein i jej wykład. Nie ma idealnych rodziców, dzieci potrzebują tych autentycznych. Chcę wracać do tej myśli i dać sobie prawo do chwil bylejakości, zabaw bez fajerwerków i obiadu z jednego dania. Dzięki Agnieszce przypomniałam sobie o Hannie Olechnowicz, o moim doktoracie, o dzieciach z niepełnosprawnościami i ich rodzinach. Wróciłam do wszystkich tych nazwisk, dzięki którym rodzicielstwo bliskości nabrało takiego, a nie innego wymiaru. Wisienką na torcie był warsztat z Agnieszką Stein. Trzy godziny intensywnej, inspirującej wymiany myśli. Dużo dobrej energii i nadzieja na przyszłość oraz dalszy rozwój zawodowy w duchu RB. Agnieszko, nie mogę się doczekać 🙂

Henrik Norholt. Zatrzymuje mnie na dłużej i każe szukać, myśleć. Ruchome inkubatory, ruch w ciąży, ruch dziecka. Nie umiem powstrzymać myśli o trudniejszym starcie dzieci z takich ciąż, jak moja. Ciąż leżących, zagrożonych. Ale robię notatki i wierzę, że kolejna będzie bardziej świadoma. Przypomnienie teorii więzi i dalsza gonitwa myśli. Ile dzieci HNB nie jest HNB a ma więź ambiwalentną? Jak budować bezpieczną więź na potężnym zmęczeniu? Jak zrobić to w samotnym rodzicielstwie? Do jakich zasobów sięgać? To tylko część pytań, które krążą po mojej głowie.

Małgorzata Musiał. Reni Jusis. Agata Aleksandrowicz. Anna Zdrojewska-Żywiecka. Chodzące inspiracje, mijane gdzieś na konferencji. Tym dwóm ostatnim i całemu Wydawnictwu Mamania dziękuję za dwa dni pełne bliskości. Dziękuję też za możliwość spotkania z blogerkami, cieszę się, że Was poznałam!

Odliczam miesiące do kolejnej konferencji, jednocześnie ciesząc się z każdego „bliskiego człowieka”, którego napotykam na swojej drodze.

źródło zdjęcia: Cristiana Gasparotoo, flickr