Iść. Jeść. Pić. Spać. Korzystać z toalety. Co to dla nas? Norma. Nic wielkiego, codzienność, czasem doprawiona tęsknotą, kiedy coś uniemożliwia nam szybką realizację. Pamiętam, jak pierwszy raz wypadł mi dysk. Przez trzy tygodnie byłam uziemiona, a spacer po tym okresie, był największą radością. Patrzyłam wtedy na poruszające się nogi i nie mogłam oprzeć się banalnej myśli: Jak cudownie jest chodzić! Albo to uczucie, kiedy po całym dniu pracy, bez chwili przerwy na jedzenie, wchodzisz do domu i robisz pierwszego gryza kanapki. Ten spokój, kiedy zmęczone ciało opada na łóżko, a kołdra tuli najlepiej na świecie. Czynności doceniane w przypadku braku, a na co dzień takie oczywiste, normalne, często nawet automatyczne.
Za chwilę przed nami pożegnanie z pieluchą. A może jeszcze nie teraz? Czekam na znak od Zosi i wcale nie zamierzam tego przyspieszać. Będzie to będzie, najważniejsza jest jej gotowość. W piwnicy straszy już nocnik, który dostała od kogoś z rodziny. Bo niby już czas, bo jak to, ma prawie 1,5 roku i JESZCZE nosi pieluchę. Nosi, ba! Myślę, że jeszcze trochę ponosi. Nie będzie słoneczek za hasło „mamo, siku!”, nie będzie grającego nocnika, nie będzie braw za pokazywanie, że czas na dwójkę. Nadejdzie ten czas, kiedy Zosia będzie gotowa, by kontrolować swoje potrzeby tak, jak robi to każdy z nas. Będzie normalność.
Kupiłam naszej córce dwa piękne kubki treningowe, stoją bezużytecznie w szafce. Po krótkiej przygodzie z Doidy Cup, pewnego dnia sama pokazała mi, że chce się napić ze zwykłego kubka. Była już na to gotowa. Niepotrzebne nam designerskie kubki, instrukcje krok po kroku, filmiki na youtubie. Nadszedł czas na samodzielne picie. Normalność.
Zosia zaczęła chodzić później niż jej rówieśnicy. Poszła w swoim terminowym, nie urodzeniowym, czasie. Czy kupicie jej chodzik? Czy lekarze nic nie mówią? Nie martwicie się? Nie. Nie martwiliśmy się nawet przez chwilę. Poszła, bo była na to gotowa. Normalność.
Czasem odnoszę wrażenie, że normalność nie jest już w normie. Popędzamy dzieci, przyspieszamy ich milowe kroki, atakujemy masą wspomagaczy i instruktaży. Dokąd tak pędzić? Po co tak gnać? Czy my sami lubimy być do czegoś zmuszani? W rozwój każdego z nas wpisane jest zdobywanie kolejnych szczytów. Jedne pojawiają się szybko, na drugie trzeba trochę poczekać. Każdy z nich jest do zdobycia. I jest to normalne. Mimo wszystko, z jakiegoś powodu, próbujemy tę normalność odebrać naszym dzieciom. Robimy wielkie zamieszanie, snujemy plany, układamy tabele. Bo musi być tak i tak, nie inaczej. Im bardziej oczywista rzecz, tym łatwiej można wypaczyć jej sens. Cukierek za sikanie. Nowy samochodzik za suchą noc. Łyżeczka za mamusię, za tatusia i za sąsiadkę. A jak zjesz cały obiad, to puszczę Ci bajkę. Ewentualnie zrobię Ci placki z jabłkami, w nagrodę za to, że tak pięknie chodzisz.
Warto na chwilę zatrzymać się w tym pędzie i zastanowić, czy to, co normalne i rozwojowe, musi nabierać takiej teatralności? Czy nie wystarczy, że zauważymy postęp, usłyszymy zmianę, będziemy towarzyszyć we wzrastaniu naszych dzieci? Bo czy ktoś bije nam brawo za skorzystanie z toalety? Czy my sami w ogóle tego byśmy chcieli? Czy naprawdę chcemy uczyć nasze dzieci, że jedzenie jest nagrodą lub karą, a nie przyjemnością samą w sobie?
Ufam naszemu dziecku. Wiem, że ze wszystkim da sobie radę. Kiedy poczuje, że chce, poprosi nas o pomoc. Nie chcę, by trafiała moczem w skaczące kuleczki a wydalanie kojarzyła z fanfarami i błyskiem nocnika. Nie chcę by piła z kubka z nowoczesnym ustnikiem wspomagającym język. Nie chcę, by za kilka lat, po zerwaniu z chłopakiem, zjadła trzy tony lodów i dwie pizze, na pocieszenie. Nie chcę, by szła prowadzona przez chodzik/pchacz/niepotrzebne gadżety.
Chcę, by w swoim czasie i o swoich siłach robiła to, co robimy my. Korzystanie z toalety, picie, jedzenie, chodzenie. To takie normalne.