Jest pięknem. Pamiętam chwile szczęścia, kiedy jako mała dziewczynka wkładałam Jej buty i czerwoną torebkę. Pozwalała mi na to, mimo czasów „bez nadmiaru wszystkiego” i świadomości, że mogę to zniszczyć. Jej futrzana czapka wiele razy udawała kota, do którego tuliłam się godzinami. Szkatułka pełna biżuterii była dla mnie niczym skrzynia ze skarbami. Trzy jedwabne sukienki, od cioci z Paryża, leżały schowane na najwyższej półce. „Kiedyś będą Twoje” – mówiła. I są, wciąż najwyżej, ale już w mojej szafie, w moim domu.

Jest dobrem. Raczyła mnie rosołem, kiedy dopadało mnie przeziębienie i burakami na ciepło, kiedy odmawiałam innego jedzenia. Wybrała pracę, która pozwoliła Jej być z nami. Miała pomysł na siebie i konsekwentnie go realizowała, dopóki zdrowie nie powiedziało stop. Mimo pracy, zawsze byliśmy dla Niej najważniejsi. Nie znałam tęsknoty, braku, osamotnienia. Kiedy wracałam ze szkoły, czekała na mnie w oknie. Zawsze. Jej radosne machanie było dla mnie czymś oczywistym, a jednocześnie tak wyczekiwanym. Ciepły obiad, deser, godziny rozmów. Gdy dorosłam, zabierała mnie na zakupy – tajne, babskie, zwykle kosmetyczne. „Kobieta zawsze musi mieć swoje parę gorszy na rajstopy, tak mówiła mi babcia” – to jedno ze zdań, które zapamiętam na zawsze. Całe serce wkładała w dom i rodzinę, a jednocześnie ciągle krążyła wokół Niej jakaś tajemnica. Nieuchwytny urok, czar.

Jest miłością. Kiedy w nocy budziły mnie potwory, Ona zawsze zabierała mnie do swojego łóżka. W dniu, w którym „zostałam prawdziwą kobietą”, oblekła mi świeżą pościel, kazała odpoczywać, a tatę poprosiła, by kupił mi największą czekoladę. Cierpliwie głaszcząc mnie po włosach, opowiadała jak to było w Jej przypadku i czego mogę się spodziewać. Zawsze stała murem za mną i bratem, nie dawała sobie wmówić, że czegoś nie umiemy, że jesteśmy leniwi, robimy coś złośliwie lub z głupoty. Gdy w wieku 15 lat uparłam się, że chcę uczyć się poza domem, była moim największym kibicem. W dniu porodu powiedziała mi, że będzie dobrze i że dam sobie radę.

Jest siłaczką. Podczas ciąży przyjeżdżała do mnie co tydzień. 3h w jedną stronę, z torbą pełną jedzenia, gazet i niespodzianek. Jej obecność sprawiała, że nie czułam się samotna. Rozmawiała z brzuchem, podnosiła mnie na duchu, razem ze mną odliczała miesiące, tygodnie. Teraz też – w mgnieniu oka niesie swą pomoc, kiedy nadchodzi kryzys. Kręgosłup, gorączka, nagły wyjazd? Wiem, że zawsze mogę na Nią liczyć.

Jest twardzielem. Mistrzem negocjacji, pewnym zwycięzcą. „Jesteście takie same” – mówi tata, kiedy się ścieramy. Drżyjcie narody! Nikt nas nie przegada.

Jest nauczycielem. Chociaż idziemy innymi drogami, w innych czasach, wciąż z pokorą przyjmuję Jej rady. Wściekam się, kiedy wkracza za mocno, choć wiem, że zawsze chce dobrze. Kiedy szłam na studia, założyła mi zeszyt z przepisami. Wierzyła we mnie tak bardzo, że nawet rozpisała mi, jak się gotuje…parówki! Krok po kroku 😉 Plama po winie? Przepis na kluski kładzione? Jak uprać welon ślubny? Wiem, że u Niej znajdę każdą odpowiedź.

Jest wzorem. Uczę się od Niej każdego dnia. Od kiedy jestem matką, patrzę na Nią z jeszcze większą czułością. Widzę miłość, poświęcenie, mądrość i dobro. W najczystszej postaci. Marzę o tym, by z moją córką stworzyć taką relację, jaką Ona ma ze ze mną.

Dzisiaj kończy 59 lat. Moja Mama.

***

6 października 2012 roku zobaczyłam na teście dwie kreski. Radość i lęk zderzały się w każdej mojej myśli. Po poronieniu nie tak łatwo odpłynąć w sferę marzeń, urządzania pokoiku i wybierania wózka. Tego dnia przyjechała do mnie mama, nie miałam dla niej prezentu, ale to, co usłyszała chyba zastąpiło wszystko. Dzisiaj jest ukochaną babcią Zosi, a dla mnie jednym z największych zasobów. Niezwykle trudno jest wychowywać dziecko z dala od „sieci wsparcia”. Wiem, że w takiej sytuacji są tysiące kobiet, ale daję sobie prawo, by pisać tylko o sobie. Podczas każdego z tych dni, kiedy jestem sama z dzieckiem, od rana do nocy, myślę ile szczęścia mają te kobiety, które mają w sąsiedztwie kogoś bliskiego. Oczywiście sama obecność nie wystarczy, jeśli nie ma dobrej relacji i zaufania. Myślę sobie jednak, że to, co uznajemy za trudności, tak naprawdę jest niczym wobec samego faktu, że ktoś może nam pomóc. Mówię tu o takich sytuacjach, w których rady i wskazówki ze strony otoczenia wydają nam się nie tyle zbędne, ile bezczelne, naruszające nasze terytorium, drażniące. Oczywiście nie można przejść obojętnie nad dokarmianiem dziecka słodyczami czy podważaniem zdania rodzica, ale jestem przekonana, że spora cześć z nas może zrobić problem z prawdziwej drobnostki. Ja na pewno tak robiłam, ale każdego dnia z tym walczę. Pamiętam swoją złość, kiedy mama, mimo mojej prośby i 30 stopni za oknem, założyła tygodniowej Zosi skarpety. Pamiętam wściekłość, kiedy przykryła ją dwoma kocami na listopadowym spacerze. Pamiętam bunt, kiedy kupiła jej kilka różowych ubranek. Dzisiaj śmieję się z tej wersji mnie i cieszę się z każdego najmniejszego gestu w naszą stronę. Ja to ja, babcia to babcia, podstawowe zasady są uznawane, a to jest najważniejsze.

Niestety nie mam tego szczęścia i nie mogę „podrzucać dziecka” rodzicom, kiedy chcę wyjść na zakupy. Nie pójdę z mężem na randkę, bez zaplanowania całej wyprawy moich rodziców i ich opieki nad Zosią. Nie położę się, kiedy dopadnie mnie przeziębienie, a babcia nie zajmie się dzieckiem. Dlatego doceniam każdy gest, każdą chwilę, każdą chęć i potrzebę niesienia pomocy. W rodzicielstwie bliskości często naprawdę dużo trzeba dać od siebie, a bez perspektywy odpoczynku bardzo łatwo o wypalenie. Tydzień temu odwiedziła nas moja mama i zabrała Zosię na spacer, a ja mogłam spełnić moje marzenie. Nic wielkiego – godzina pod kocem, z ciepłą herbatą i książką. Dla mnie to był relaks lepszy od pobytu w SPA.

Za ten spacer, za obecność, wsparcie i za to, że zawsze jesteś – dziękuję Ci Mamo! Wiem, że od zawsze jesteś moim największym kibicem i wiem już też, co czujesz, kiedy opowiadasz o bezgranicznej miłości do swoich dzieci.