JESTEŚMY BLISKO PSYCHOLOGIA DZIECKA

Adaptacja do przedszkola – kryzysy

skateboard-331751_1920

Pierwszy dzień jesieni, 2/3 września za nami. Dla tych dzieci, które rozpoczęły swoją przygodę z przedszkolem, kończy się trzeci tydzień zapoznawania, oswajania i budowania relacji. Być może pierwsze kryzysy już za nimi, a może jeszcze przed. Dzisiaj właśnie o kryzysach – o tym, czym są, skąd się biorą i jak można dziecko wspierać, kiedy się pojawią. Będzie też kilka słów o gotowości przedszkolnej, bo pytaliście o nią w mailach i na Facebooku.

Dynamika adaptacji

O tym, że adaptacja jest procesem pisałam już kilka, jeśli nie kilkanaście razy. Proces ten ma swój konkretny początek, jednak jego koniec jest trudny do przewidzenia i jest czymś indywidualnym dla każdego dziecka. W okresie adaptacji mogą występować lepsze i gorsze chwile, wzloty i upadki, pozytywne i trudne emocje. Wszystko to ma prawo tam być i jest niezwykle trudną sprawą przewidywanie czy, kiedy i u którego dziecka, jakie zmiany będą miały miejsce. Proces adaptacji ma więc swoją dynamikę, tak różną, jak różne są dzieci. Część z nich wchodzi do przedszkola bez problemu i w zasadzie cały czas funkcjonuje na podobnej energii. Część zaczyna z wielkim zachwytem, a kiedy dociera do nich, że to coś stałego i nie kończy się wraz z nasyceniem się nowością i atrakcjami, pojawia się opór albo niechęć. Są też takie dzieci, które zaczynają z dużą dawką trudnych emocji, a po pewnym czasie nabierają zaufania i jest im coraz łatwiej. Są wreszcie i takie, które z tych trudnych emocji nie wychodzą tygodniami, miesiącami, a przedszkole jest dla nich miejscem pełnym negatywnych doświadczeń i skojarzeń.

Kiedy piszę o tej dynamice, mam na myśli to, że z adaptacją jest trochę tak, że nic nie jest pewne i dane na stałe. Raz może być tak, raz inaczej. Mogą być zachwyty, ale też i kryzysy. Czasem ma to związek z czynnikami niezależnymi od nas (np. choroba, długi weekend), ale zdarza się i tak, że zadzieje się coś, czego można było uniknąć, a co dla dziecka ma naprawdę duże znaczenie (np. niedotrzymanie obietnicy dotyczącej pory odbioru z przedszkola). Dla czasu trwania adaptacji, tempa, dynamiki i atmosfery tego procesu, znaczenie ma tak wiele czynników, że trudno jest je wszystkie przewidzieć, a tym bardziej mieć pod kontrolą. Co ważne, adaptacja nie dotyczy tylko początków przedszkola, ale też tych sytuacji, w których dziecko doświadcza zmiany, np. po odejściu ulubionego kolegi albo po zmianie nauczyciela.

Przestrzeń dla wszystkich emocji

Rok temu, na Konferencji Bliskości, Lawrence Cohen powiedział, że dobrze jest robić przestrzeń na każdą dziecięcą emocję i przyjmować ją ze swoistym powitaniem. Jako fakt, a nie coś, czemu trzeba zaprzeczać, zagadywać, odwracać uwagę, bagatelizować albo wprowadzać jako towar handlu („jak nie będziesz dzisiaj płakać, to pójdziemy na lody”). Emocje, które towarzyszą adaptacji są tu i teraz i to, co można zrobić, żeby dziecko wspierać, to uznać ów fakt i nie próbować z nim walczyć. Jest to zdecydowanie łatwiejsze wtedy, kiedy mamy do czynienia z radością czy wielkim wyczekiwaniem na przedszkole. Nieco trudniej jest jednak wtedy, kiedy pojawia się tęsknota, płacz, a nawet totalna niechęć do wyjścia z domu.

Te trudne emocje również potrzebują przestrzeni, żeby zaistnieć. Tęsknota nie jest niczym złym, podobnie smutek, złość, a niekiedy również agresja. To nasze emocje, komunikaty na tablicy rozdzielczej, informacje o tym, że jakaś potrzeba bardzo chciałaby być zaspokojona, a być może nie jest. Emocje to informacje – wiem, brzmi surowo i odziera nieco z aury wyjątkowości, ale tak właśnie jest. Jeśli dziecko w obcym miejscu tęskni za rodzicami, to jest to jakiś sygnał. Jeśli dziecko płacze, bo nie chce się rozstać, to jest to jakiś sygnał. Jeśli denerwuje się i nie możemy się dogadać, to to też jest sygnał.

Bardzo często jest tak, że owe sygnały oznaczają zmianę. Coś się dzieje, czegoś doświadczam, próbuję sobie z tym poradzić. Jakieś moje potrzeby dają o sobie znać, więc czuję się tak, a nie inaczej. Szukam strategii, żeby te potrzeby zaspokoić. Jestem w procesie, oswajam się z nim, uczę się siebie i wszystkich wokół mnie w takiej właśnie sytuacji. Takie spojrzenie na dziecięce emocje może być pomocne nie tylko w zrozumieniu tego, co się dzieje, ale też w szukaniu dróg wsparcia. Nie porad, zagłuszania, albo obiecywania gruszek na wierzbie, ale bycia obok, nazywania, wspólnego szukania tego, co mogłoby być pomocne.

Czasem zdarza się jednak tak, że te trudne emocje są i w zasadzie nic się nie zmienia przez kilka tygodni, miesięcy. Ani ich siła, ani natężenie w ciągu dnia, ani sposób wyrażania. Wówczas tęsknota za rodzicami nie mija, kiedy pojawi się okazja do zabawy, a płacz nie ustaje, kiedy dziecko otrzyma wsparcie od nauczyciela. Dobrze jest wtedy przyglądać się tym emocjom, być może porozmawiać o nich z nauczycielami albo innymi rodzicami i być czujnym na to, jakie mają znaczenie dla dziecka, jego funkcjonowania i relacji, w których ono uczestniczy.

Relacja ponad rytmem dnia

Kilka razy wspominałam już o tym, że w adaptacji do przedszkola niekoniecznie chodzi o to, żeby dziecko poznało budynek i polubiło zabawki, ale żeby nawiązało relację z dorosłym (nauczycielem), który przejmie nad nim opiekę. Pokuszę się tu o termin „przeniesienia” w takim znaczeniu, że dziecko przenosi zaufanie i potrzebę bycia w kontakcie, bliskości, wsparcia itd. z rodzica na nauczyciela. To moje przenoszenie nie oznacza, że coś odejmuje się z relacji z rodzicem, ale że na jej bazie tworzy się nową, z kimś dotąd obcym, a teraz być może znaczącym. Kiedy to piszę, to sama widzę tę odpowiedzialność po stronie tego dorosłego, który w tę relację wchodzi i może ją umacniać poprzez dawanie bezpieczeństwa i podstaw do zaufania.

Wracam do tego cały czas, bo ma to dla mnie ogromne znaczenie nie tylko w całej adaptacji, ale również w kryzysach. Bez złapania kontaktu, bez zalążków owej więzi, te kryzysy mogą być bardziej dokuczliwe albo trudniejsze do przezwyciężenia. Jest też trochę tak, że bez tej relacji, mówienie o dalszych etapach jest trochę takim wróżeniem z fusów. Kiedy zostawić dziecko na dłużej? Kiedy zostawić na leżakowanie? Kiedy i czy w ogóle wprowadzać mu rytm dnia? Itd. itd. Odpowiedź: „Kiedy poczuje się bezpiecznie” to spore uproszczenie, ale coś w tym jest. To nie data w kalendarzu, albo jakiś narzucony dzień będą dobre na późniejsze odbieranie itp. To raczej przekonanie, że dziecko czuje się na tyle bezpiecznie w relacji z nauczycielem, że może i chce zwracać się do niego po pomoc, że da mu znać o swoich potrzebach i że w kryzysowym momencie poszuka u niego wsparcia. Oczywiście, jeśli ów nauczyciel też jest na to wszystko otwarty, ale to już osobny temat.

Jest jeszcze coś. Czasem rodzice zadają pytania dotyczące tego, co może burzyć dziecięcy rytm (odbieranie przed czasem, w innych godzinach w zależności od dnia itd.). Ja osobiście bliska jestem temu, żeby nie dać się usztywniać obawom i planom na przyszłość (np. takim, że owszem wrzesień mam na adaptację, ale w grudniu wracam do pracy, więc na wszelki wypadek zacznę przyzwyczajać dziecko do rytmu dnia). Część specjalistów wyznaje zasadę, że rytm dnia to świętość i że dzieci bardzo go potrzebują. Z tą drugą częścią się zgadzam, ale dodałabym tu element elastyczności. W niektórych rodzinach jest bowiem tak, że poniedziałki, wtorki, środy itd. różnią się od siebie i raz rodzice kończą pracę o 18, a innego dnia nie idą do niej wcale. Byłabym bardzo ostrożna, żeby zalecać takim rodzinom trzymanie się sztywnego rytmu, dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że rytm dnia nie jest jedyną strategią na potrzebę bezpieczeństwa u dzieci. Po drugie, jeśli już go mamy, możemy być w nim elastyczni i po prostu każdego dnia mówić dziecku, jak będzie dzisiaj. Nie jak będzie już zawsze, ale jak będzie tego konkretnego dnia. Po trzecie, bardzo lubię zadawać sobie pytanie, co ja jako rodzic mogę i chcę zrobić. A jeśli już je sobie zadam i okaże się, że mogę i chcę spędzić dzień z moim dzieckiem, albo odebrać je wcześniej, to nie zrezygnuję z tego w obawie przed zburzeniem rytmu dnia. Jestem przecież po to, żeby to dziecku ponazywać, powiedzieć, że czasem jest tak, a czasem inaczej i pokazać, że z tymi zmianami (przegadanymi) można się czuć bezpiecznie. To jest moje zdanie i też trochę wynika z tego, że w czasach, kiedy tak wielu ludzi ma elastyczny czas pracy, wydaje mi się czymś nienaturalnym mówienie im, ile czasu mogą spędzać ze swoimi dziećmi, a ile będzie już „niszczycielskie dla rytmu dnia”.

Czy dzieci mogą być niegotowe na przedszkole?

Mogą. Termin „gotowość przedszkolna” jest znaczeniowo tak sztywny, że aż trudno mi się z nim zgodzić. Za gotowe uznaje się bowiem te dzieci, które są otwarte na nowe kontakty społeczne i potrafią robić wiele tych rzeczy, które podchodzą pod „czynności samoobsługowe”. Z perspektywy psychologicznej, dziecko gotowe to takie, które ma w sobie gotowość nie do umycia rąk i podciągania spodni, ale do budowania relacji z kimś innym niż mama, tata, dotychczasowi opiekunowie. Gotowe do zaufania, do mówienia o swoich potrzebach, do szukania wsparcia, dzielenia się radościami i troskami. I z tej perspektywy patrząc, pewna część dzieci może nie być przygotowana na tyle, żeby w tę adaptację wejść i pokonać napotkane kryzysy. Czasem dzieje się tak, że dzieci te przerywają ten proces, potrzebują kilku tygodni, miesięcy, może zmiany przedszkola, nauczyciela. I nie jest to porażką ani dziecka, ani rodzica, a raczej czymś, co ma prawo się zadziać i jest bardzo, ale to bardzo indywidualną kwestią, której nie da się ująć w jakieś ramy wiekowe albo punkty do odhaczenia.

Teraz prywata

Obserwuję proces adaptacji naszej córki. Nie będę pisać o nim dużo, bo to jest jej i chcę, żeby takie zostało. Napiszę tylko o pewnej sytuacji, która miała miejsce kilka dni temu, a która była moim rodzicielskim „ufff”. Bawiłyśmy się Lego, a Z. zaproponowała zabawę w przedszkole. Zbudowałyśmy salę, jedną, potem kolejną. Dzieci wyszły na spacer, trzymały węża i coś sobie śpiewały. Na ławce w parku usiadła jedna z figurek, której Z. dała bardzo konkretne imię – takie, jak ma jedna z jej nauczycielek. Już wtedy wiedziałam, że to ważna sprawa, bo do tej pory figurkami były tylko najbliższe osoby i było tak, że własna postać z Lego, była wyrazem naprawdę znaczącej relacji. Owa figurka nauczycielki siedziała na ławce i coś mówiła do figurki Z. Za chwilę z ust naszej córki padły słowa „To jest (imię). Ona mnie pociesza i czuję się z nią bezpiecznie”. I właśnie to było moje „ufff”. Że z tego wszystkiego, co jest nowością, z tych zabawek, sal, spacerów i przestrzeni, zaczęły wyłaniać się relacje.

Bo w adaptacji chodzi właśnie o relacje.

Poleć ten tekst znajomym