baner(3)
JESTEŚMY BLISKO PSYCHOLOGIA DZIECKA

Brak reakcji to najgorsza reakcja, czyli przegląd badań nad wypłakiwaniem i metodą „cry it out”

8157264789_bbdcd07171_z

Zostaw go, niech się wypłacze. Możesz sobie płakać, mnie to nie rusza. Ja mojego tak zostawiam, on się drze, ryczy, a za jakiś czas orientuje się, że nie będzie mną rządził i przestaje.

To tylko przykładowe zdania, które przynajmniej raz w życiu usłyszy każdy rodzic. Jak przy typowej wskazówce dostaje dwie opcje – iść z tym albo iść pod prąd. Każda z tych dróg jest w sumie „rozwojowa” – płacz ponoć rozwija płuca a pochylanie się na emocjami dziecka ponoć rozwija syndrom beksy albo synusia mamusi. Mamy więc te dwie hipotezy, a razem z nimi kilka następnych, za jednym tchem wymienianych jako argumenty za „pozostawieniem niech się wypłacze” (inaczej: cry it out). Na szczęście dla dzieci (rodziców i całej ludzkości), coraz częściej i głośniej mówi się o niekorzystnych następstwach takich decyzji. Nie są to jednak żadne naukowe rewolucje, gdyż pierwsze badania w tym zakresie datowane są na lata 70. XX wieku (1). Wyniki tych, jak również wielu kolejnych, jednoznacznie obalają wszelkie teorie popierające lekceważenie płaczu. Naukowcy robią więc swoje, a rodzice stają przed ważnym wyborem i koniecznością odpowiedzi na pytania – Czym jest płacz dziecka? Czym jest dla mnie płacz mojego dziecka? Czy w płaczu dostrzegam sygnał (komunikat)? A może raczej chęć manipulacji, dominacji i ataku terrorystycznego ze strony dziecka?

Zanim powiesz „ale”

Płacz jest ok, jako reakcja organizmu na dyskomfort i jako sygnał – coś się dzieje, trzeba zareagować. Płacz pełni funkcje komunikacyjne i jest reakcją adaptacyjną, w przypadku dziecka często to jedyna możliwość powiedzenia, że dzieje się coś nieprzyjemnego czy wręcz niebezpiecznego. Badacze zajmujący się tym zagadnieniem stwierdzili nawet, że płacz dziecka ma wszystkie cechy sygnału doskonałego – jest automatyczny (odruchowy), przychodzi z łatwością, jest przenikliwy (więc zwraca uwagę opiekuna) i wreszcie modyfikowany na bazie reakcji drugiej strony. Sam płacz nie jest więc problemem i nie może być tak traktowany. „Płacz dziecka jest językiem i każde dziecko płacze w inny sposób. Naukowcy zajmujący się płaczem nazywają te wyjątkowe dźwięki „odciskami płaczu”, ponieważ są tak charakterystyczne dla niemowląt jak ich odciski palców” (1). Świadomość znaczenia tych komunikatów to jedno, ale reakcja na nie, to drugie. Artykuł ten powstał po to, by zwrócić uwagę na niszczącą (dla dziecka, rodziców i ich relacji) siłę, jaką niesie za sobą rada „niech się wypłacze”. To nie płacz jest problemem, ale brak naszej reakcji. I jest na to kilka dowodów.

Zacznijmy od fizjologii

Człowiek to ciało i dusza, nic odkrywczego. Dziecko też człowiek, a więc ma nie tylko duszę, o której dużo tutaj piszę, ale też ciało. Skoro więc płacz ma rozwijać płuca i dotleniać policzki, nie pozostaje nam nic innego jak tylko zaśpiewać „rycz mała, rycz!”. Czyżby?

  • badania przeprowadzone w latach 70. XX wieku wykazały, że niemowlęta, które pozostawiono „na wypłakanie” miały znacznie podwyższone tętno i obniżony poziom tlenu we krwi. Parametry te wracały do normy, kiedy tylko dziecko uzyskało ukojenie ze strony opiekuna (1).
  • podczas przedłużającego się płaczu, w układzie nerwowym przeważają procesy pobudzenia, a obniżone są te związane z hamowaniem. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest reakcja typu „uciekaj albo walcz” – wzrasta poziom adrenaliny, tętno, ciśnienie krwi, potliwość. U dziecka, które uzyska pocieszenie, aktywowany zostaje tzw. nerw błędny, który należy do swoistego systemu wyciszającego organizm, a co za tym idzie, przywracana jest równowaga w w/w reakcjach fizjologicznych (2). O ile pocieszenie przywraca równowagę, o tyle jego brak (w dłuższej perspektywie czasowej) wzmaga ryzyko utrwalenia stanu pobudzenia, co wiąże się z podwyższoną reaktywnością na sytuacje stresowe (mówiąc wprost: bliżej do „nerwusa” niż mistrza zen).

Wielu rodziców, nie wie o tym, że układ pobudzenia organizmu u dziecka rozwija się nadal po urodzeniu i że jest wyjątkowo wrażliwy na stresujące wydarzenia, takie jak płacz w samotności. Zatem zostawianie dziecka, by „się uspokoiło”, może mieć długotrwały, niekorzystny wpływ na jego ciało i mózg. Dziecko nie potrafi przywrócić autonomicznego układu nerwowego do stanu równowagi; możesz tego dokonać tylko ty.

                Margot Sunderland „Mądrzy rodzice”
  • u dziecka, które długo płacze wydziela się nadmierna ilość kortyzolu, czyli hormonu stresu. Jeżeli dziecko nie uzyska wsparcia, hormon ten utrzymuje się na niebezpiecznie wysokim poziomie. Jest to potencjalnie niebezpieczna sytuacja, gdyż ilość kortyzolu może osiągnąć toksyczny poziom i uszkodzić kluczowe struktury oraz systemy rozwijającego się mózgu. Kortyzol jest wolno działającą substancją, której stężenie może utrzymywać się przez wiele godzin, a u osób dotkniętych depresją – nawet wiele tygodni. (Sunderland, 2008)
  • płacz dziecka jest sygnałem i pewnie wielu z nas powie, że nie ma nic złego w płakaniu raz na jakiś czas. Pewnie! Kluczem jest właśnie owe „raz na jakiś czas” i reakcja otoczenia (czy będzie lekceważąca czy empatyczna, czy płacz będzie odczytywany i traktowany jako komunikat, czy spotka się z obojętnością, a konieczność samotnego wypłakiwania się potraktowana zostanie jako metoda wychowawcza). Podczas długotrwałego płaczu w mózgu reaktywowane są ścieżki bólu, podobne do tych, które dają o sobie znać podczas fizycznego zranienia (2)
  • no i wreszcie te płuca – dziecięce płuca funkcjonują w pełni już pół godziny po narodzinach. Nie ma więc co rozwijać poprzez płacz, a już na pewno nie ten lekceważony (1).

Co na to dusza?

O tym, że długi, samotny płacz dziecka jest niekorzystny dla zdrowia już wiemy. Ale co z psychiką? Przecież „z nami nikt się tak nie cackał i nic nam nie jest”. Jeden z moich ulubionych argumentów, poparty rzeszami pewnych siebie ludzi, którzy przecież nie mają żadnych problemów z emocjami i zachowaniem. Fakt, że „kiedyś nikt się nie cackał” to pokłosie mądrości z z lat 90. XIX. Wówczas to głoszono wyssane z palca tezy, w myśl których płacz dziecka jest formą manipulacji, a najlepszą reakcją jest brak reakcji. Głównym propagatorem tych haseł był pediatra Emmett Holt, a żadne z głoszonych przez niego haseł nie miało podłoża empirycznego. Ot wpadł na taki pomysł i tyle. Niestety to jego „i tyle” ciągnie się za nami do dzisiaj i za wszystkimi dziećmi, w których dostrzega się zastępy przebiegłych manipulatorów, które ciągle chcą być na rękach. Na szczęście naukowcy już dawno obalili wszelkie mity o terrorystycznych zapędach małych dzieci.

W relacji rodzice – dziecko niezwykle istotna jest regulacja. To, co robimy ma ogromne znaczenie dla tego, co robią nasze dzieci. To jak reagujemy lub nie również. Reakcje dzieci i ich emocje wpływają również na nasze zachowania i uczucia. Jednym słowem rodzina kołem się toczy. Jeżeli płacz dziecka uznamy za syngal i komunikat, łatwiej nam będzie podjąć trud jego interpretacji. Czy to pragnienie dosłowne, które uleczy łyk mleka czy to bliskościowe, na które najlepsze są ciepłe ramiona rodzica. Czy to strach, ból a może brudna pielucha. Zgodnie z teorią przywiązania, płacz dziecka jest jednym z zachowań przywiązaniowych, których celem jest zapewnienie emocjonalnej i fizycznej bliskości z opiekunem. Rodzaj reakcji ma ogromne znaczenie dla kształtowania modelu roboczego (więcej tutaj, tutajtutaj), a w konsekwencji więzi. Rodzina jest zatem pierwszym kontekstem, w którym dziecko nabywa wiedzy o emocjach (3). To, w jaki sposób rodzice reagują na te emocje, ma ogromne znaczenie dla rozwoju dzieci.

  • wrażliwość rodziców na dziecięce wyrazy emocji sprzyja tworzeniu się bezpiecznej więzi, zaś brak wrażliwości skutkuje brakiem poczucia bezpieczeństwa. Badacze wskazują na fakt, iż trzy podstawowe typy przywiązania, łączą się z konkretnymi wzorcami regulacji emocji (3). Bezpieczne przywiązanie – dzieci wiedzą, że okazywanie emocji, zarówno pozytywnych jak i trudnych, jest akceptowane przez rodziców. Mają one przekonanie, że oznaki cierpienia zaalarmują rodziców i wywołają z ich strony pomoc w postaci ukojenia. Dzieci te mają skłonność do adekwatnego reagowania na szeroki zakres emocji u innych osób. Dzieci z więzią unikową spotykały się często z odrzuceniem ich emocji, głównie tych trudnych. W efekcie wypracowują one strategie, których celem jest ukrywanie tych uczuć, które mogą prowadzić do bycia ignorowanym i odrzuconym. Oznacza to nic innego jak pewne zamknięcie się na emocje, a nie, jak twierdzą zwolennicy wypłakiwania, poradzenie sobie z nimi. Emocje te zostają stłumione, a nie przepracowane. Z kolei trzecia grupa, dzieci z więzią ambiwalentną, doświadczały niespójnych reakcji na swoje uczucia, przez co mogą mieć skłonność do nadmiernej ekspresji trudnych emocji (jako sposób na zwrócenie uwagi opiekuna, a co za tym idzie pewną szansę na uzyskanie pocieszenia – na zasadzie „może tym razem się uda”)
  • już w latach 70 XX. Sylvia Bell i Mary Ainsworth przeprowadziły badania w dwóch grupach złożonych z par matka – dziecko. W pierwszej grupie matki reagowały na płacz niemowlęcia z troską, zaś w drugiej były bardziej powściągliwe. W wyniku tych badań stwierdzono, że dzieci z grupy pierwszej, w wieku 12 miesięcy, rzadziej używały płaczu jako sposobu komunikacji, wykształciły natomiast lepsze umiejętności porozumiewania się, dla których bazą była bezpieczna więź. Wbrew obiegowym opiniom nie wyrastały więc na „beksy” i „niedorajdy”, a komunikat „Twoje emocje są ważne, Ty jesteś ważny”, pomagał im w kształtowaniu umiejętności radzenia sobie z emocjami. Co ciekawe reakcja matek nie pozostawała bez znaczenia również dla nich samych. Badania dowiodły, że te matki, które nie wykazywały troski w sytuacji płaczu, stopniowo stawały się mniej wrażliwe na inne sygnały wysyłane przez dziecko, co odbijało się na ich relacji (1).
  • niedostępność emocjonalna matek stanowi niepokojące przeżycie dla dzieci. Badacze wskazują nawet, że jest ona bardziej bolesna niż chwilowa nieobecność fizyczna matki (3). „Matka musi być dostępna, by zaoferować dziecku optymalny poziom stymulacji, modulować poziom jego pobudzenia i kształtować przebieg jego dalszego rozwoju emocjonalnego poprzez odwzajemnienie jego reakcji uczuciowych” (Schaffer, 2009).
  • brak reakcji na płacz dziecka często nazywany jest uczeniem. „Uczę go, jak radzić sobie z emocjami” albo „uczę go, że nie będę na każde zawołanie”. Takie podejście zakłada, że (pozorny) brak reakcji zaprowadzi do wyciszenia płaczu, czyli usunięcia go jako objawu. Następuje to poprzez zastosowanie różnych technik behawioralnych w postaci wzmocnień pozytywnych (pochwały za brak płaczu albo punkty, słoneczka np. za rozstanie w przedszkolu bez płaczu), wzmocnień negatywnych (kary w reakcji na płacz – izolacja i time out („time out of positive reinforcement”, czyli czas bez pozytywnego wzmocnienia, „karny jeżyk”, „niech sobie przemyśli”), warunkowania uczuć („nie będę Cię przytulać, jak będziesz tak płakać”) albo braku uwagi, który też może być karą (np.jeśli rodzic na siłę przyjmuje kamienną twarz i nie nawiązuje kontaktu wzrokowego z płaczącym dzieckiem). Każda z tych technik ma na celu wygaszenie niepożądanego zachowania albo wzmocnienie pożądanego. W przypadku płaczu będzie to zatem wygaszenie płaczu i wzmocnienie jego braku. Podejście to nijak ma się do budowania relacji z dzieckiem, a już na pewno nie do tej bezpiecznej. Stosując techniki behawioralne nie tylko nadajemy naszej relacji element warunku („będzie ok, jeśli…”), ale przede wszystkim uznajemy ów płacz za coś, co jest problemem i czego trzeba się pozbyć. Tymczasem doskonale wiemy, że to nie sam płacz stanowi problem, ale nasze niewłaściwe reakcje. Płacz to sygnał, a tylko od nas zależy jak go odczytamy i jaki język emocji przekażemy naszym dzieciom.

Człowiek składa się z duszy i ciała, psyche i soma. Wypłakiwanie się czy też cry it out, w ciągu dnia albo przed snem to działanie wbrew naturze, matki, ojca, dziecka i ich relacji. Tam, gdzie w grę wchodzą ludzkie emocje, ich rozwój i ekspresja, tam, gdzie rozwija się młody mózg, ufność do świata i podejście do relacji, tam nie może być miejsca na takie działania. Czy to będzie słynne 3-5-7 przed snem czy też obojętne „rycz ile wlezie, na mnie to nie działa”, konsekwencje będą poważne.

Do poczytania

Dr Ferber kontra dr Sears, czyli o zasypianiu inaczej – świetna polemika z tezami głównego propagatora wypłakiwania się przed snem

Crying It Out Causes Damage to the Brain

Cry It Out: The Potential Dangers of Leaving Your Baby to Cry

„Księga wymagającego dziecka” W.M. Sears (szczególnie w temacie rozdział „Płacz dziecka – co oznacza i jak go słuchać”)

Bibliografia:

(1) Sears W.M. (2015). Księga wymagającego dziecka. Warszawa: Mamania

(2) Sunderland M. (2008). Mądrzy rodzice. Warszawa: Świat Książki

(3) Schaffer R. (2014). Psychologia dziecka. Warszawa: PWN źródło zdjęcia: Pekka Nikrus, flickr

Poleć ten tekst znajomym
  • asia

    Dziękuję za kolejny, genialny, pełen treści i rzetelnej wiedzy wpis! Miałaś genialny, bardzo merytoryczny insight kochana!

  • Ilona Dąbrowa

    Rzeczywiście pokutuje to przekonanie, że jeśli się będzie zawsze reagować na płacz to dziecko wyrośnie na małego egoistę, terrorystę, manipulatora i Bóg wie kogo jeszcze. To strasznie niebezpieczne no i strasznie smutne, bo rodzice, z lęku przed wychowawczą porażką, próbują w ten sposób „utwardzać” swoje dzieci. Niestety jedyne czego dziecko w ten sposób może się nauczyć, to tego, że nie może liczyć na pomoc osób które są mu najbliższe. Bardzo ważny artykuł. Zapraszam też do siebie 🙂
    http://psycholognamacierzynskim.blogspot.com/

  • Kiedy mój młody miał wyjść do domu wszyscy mówili, że jako wcześniak będzie nerwowy. Część mówiła, że do płaczu trzeba się przyzwyczaić. Teraz wiem, że jego płacz był wynikiem niedojrzałości układu nerwowego. Dużo pracy wkładałam w to żeby zrozumieć jego potrzeby. Ale teraz widzę, że naprawdę dało mu to dużo. Wszyscy, którzy się nami opiekują są zdziwieni, że jest tak radosnym i pogodnym dzieckiem. Ja wiem, że to zasługa tego, że on się po prostu czuje bezpiecznie. Wie, że mama jest i zawsze będzie. A jego układ nerwowy miał czas, żeby dojrzeć w warunkach bez kortyzolu.
    Moja mama ma taki sam pogląd na wychowanie dzieci. Moja teściowa stosowała metodę cry it out. I efekt jest taki, że po tak traumatycznym przeżyciu jakim był przedwczesny poród ja po kilku miesiącach sama się z tym uporałam a mój mąż wpadł w depresję. To dodaję tak dla rodziców, którzy nie wierzą w to co napisałaś wyżej.

  • Dorosłe dziecko „cry it out”

    Jestem dorosłym – 30 letnim nieukojonym dzieckiem… I mogę powiedzieć, że nie ma nic gorszego niż brak reakcji rodzica na płacz dziecka…
    Mam dobrych i kochających rodziców, jednak mój płacz w dzieciństwie nie miał wielkiego znaczenia. Byłam 4m z kolei dzieckiem i mój płacz nie robił już na rodzicach wrażenia…
    Spowodowało to we mnie uczucie wewnętrznego rozdarcia, bo ten brak ukojenia w płaczu jawił mi się jako brak miłości rodziców i brak akceptacji, z drugiej strony czułam i wiedziałam, że mnie kochają… Zrodziło to wewnętrzny konflikt. Podkopało ogromnie moje poczucie własnej wartości. Przerodziło się w działania autodestrukcyjne. Nie umiałam w pełni zaakceptować siebie, ani siebie pokochać.
    Jestem ogromnym wrażliwcem po dziś dzień, łatwo mnie zranić i doprowadzić do łez. Sprawia to, że nigdy nie pozostaję obojętna na płacz innych, zwłaszcza mojego własnego dziecka. Więc jest w tym wszystkim jakiś plus. Widok ludzkich łez wzbudza we mnie chęć niesienia pomocy.
    Nadal nie umiem panować nad własnymi emocjami, nie umiem sobie z nimi radzić. Uwielbiam spokój i harmonię, jednak wybuchy mojej złości są tak silne, że zmiatają wszystko z powierzchni ziemi… Wiem, że to dlatego, iż nikt nigdy nie pokazał mi jak sobie z tym radzić, nie zagwarantował mi bezpieczeństwa emocjonalnego. Jako dorosła osoba boleśnie odczuwam jego brak…
    Szybko tracę cierpliwość, gdy nie udaje mi się pocieszyć mojego dziecka… Jednak bardzo się staram, by nie doświadczyło tego uczucia odrzucenia. Jest to trudne, przecież sama nie wiem jak poradzić sobie z własnymi emocjami, a co dopiero z emocjami dziecka, których dodatkowo nie rozumiem… Myślę, że moi rodzice mieli ten sam problem…
    Oddałabym wszystko za ukojenie tego płaczącego dziecka, które żyje we mnie…

    • Wiki

      Doskonale Cie rozumiem.
      Czytałam Twoje słowa jakby były o mnie.. Ja jako wcześniak, 30 lat temu,
      pozostawiona już w szpitalu (z wielka strzykawka wbita w czolo), lezalam
      samotnie w izolatce, plakalam calymi dniami, tata opowiadal, ze rodzicow nie
      wpuszczano wówczas na sale do wczesniakow. Po prostu przychodzily
      „piguly”, karmily z zegarkiemw reku..i wychodzily..A ze dziecko
      potrzebowalo tulenia, noszenia, bliskości…Ostatnie czego noworodek (a już na
      pewno wcześniak) potrzebuje to być samemu w sali z dala od matki, od piersi…
      Mój tata mowil, ze plakal ze mna za szyba…Slyszac mój krzyk samotności…
      Dostalam przepukliny z tego placzu… Masakra ogolnie.. I jeszcze jak człowiek
      pomyśli, ze tak kiedyś dzieci odlaczano okrutnie od rodzicielki… I czemu to
      miało sluzyc? Bo nie jego zdrowiu psychicznemu i budowaniu poczucia bezp. na
      tym swiecie… Przerazajaca była glupota personelu medycznego kiedyś.. Dzis na
      szczęście do „akcji” wkracza rodzicielstwo bliskości, dużo się mowi o
      emocjach dziecka. itp.. Tak wiec ja mam swiadomosc, ze już od pierwszych dni
      mój placz był (sila rzeczy) niewysłuchany, wiadomo, potem rodzice nadrabiali
      jak mogli w domu już po powrocie z tej dwutygodniowej meki szpitalnej (choc tez
      nie byli ekspertami od czulosci i bliskości), ale skonczylo się to jak
      skonczylo i co moje ciało zapamietalo z tej traumy to zapamietalo..). Tak jak u
      Ciebie…Ogromna wrazliwosc, przewrażliwienie wręcz… Na ludzi, na zycie..
      Plus wieczne poczucie samotności.. „samotność w tlumie”. Poczucie, ze
      jestem sama ze wszystkim. Że nie mam na kogo liczyc.. Że nie mam co mowic
      o sobie, bo i tak drugiej osoby to nie zainteresuje..albo ze nie jestem wazna
      dla drugiej osoby.. Poczucie ze nawet majac 30lat musze walczyc ze swoimi
      emocjami..Że one mna rzadza.. że jak się wpienię, nie radze sobie z wyciszaniem
      myśli, uspokajaniem ciala…Że jedno slowo może mnie do zywca zranic i potem
      trzy dni przezywam i nie mogę sobie tego poukladac.. Generalnie niestabilny
      układ nerwowy..Choc bliscy by nie powiedzieli.. Widza we mnie spokojna,
      opanowana obserwatorke rzeczywistości (a tymczasem to ja się mocno pilnuje,
      „pracuje nad soba”, żeby ten spokoj nosic w sobie bo tylko on mnie
      ratuje..). Od lat pracuje nad emocjami, i ciagle z nimi pod gorke.. Poczucie
      wartości w wieku 18 lat -100. Stany depresyjne, zamykanie się w sobie,
      nienawidzenie swojego ciala.. Dzis w wieku 30 lat powiedzmy +80
      🙂 Ale to wypracowane dzięki mnie samej, oraz kilkuletniej terapii-pracy
      z psychologiem.. Bez tego bylabym destrukcyjna wobec siebie osoba. A tak, dziś
      dużo się uśmiecham, lubie siebie, mam dużo pozytywnych afirmacji
      na swój temat wbitych w glowe tak gleboko i skutecznie, ze nikt
      już mi mojego poczucia wartości nie obniży;-) Tez mam dziecko,
      aktualnie w ttrudnym emocjonalnie wieku (2,5) i jego emocje powodują
      czasem we mnie zmrożenie, bo nie wiem jak do nich podejść (z moimi
      nikt się nie „cackal” 😉 ), ale czytam, ucze się, edukuje… Przyswoilam
      calym sercem rodzicelstwo bliskosci, jest wspaniale. Kazde dziecko zasluguje na
      rodzica „w bliskosci”.. Jestem z moim malcem z jego emocjami, nigdy nie
      krytykuje, nazywam emocje, pokazuję, że rozumiem, tulę, nigdy nie zostawiam
      samego.. Wypłakanie sie w samotnosci? Nie u nas.. To katorga dla dziecka
      zgotowana przez nieswiadomych krzywdzenia rodzicow…Niewyedukowanych,
      bezrefleksyjnych, niemyslacych, nieczulych, samych ze soba majacych wielkie
      nierozwiazane problemy i konflikty wewn…. Ja mam pod gorke z emocjami synka z
      racji mojego bagazu, ale to tez sprawia, ze na 200% staram sie go nie zawiesc i
      dac mu wszystko to czego sama nie dostalam: wiare w siebie,, zdrowa milosc,
      poczucie bezpieczenstwa i bycia chcianym, upragnionym i rozumianym J Czy myslala Pani o
      terapii leczącej rany dziecinstwa? Polecam z całego serca :* Pozdrawiam
      serdecznie!

  • Pingback: Z rodziną to dobrze na zdjęciu. | Tata na wychowawczym()

  • Pingback: Nie zamykaj za mną drzwi!()

  • mmamma

    Moim zdaniem artykuł opisuje jedynie jedną stronę medalu, mianowicie sytuację kiedy dziecko płacze bo potrzebuje zmiany pieluchy, przewróciło się itp. Brakuje spojrzenia na ten problem w momencie kiedy dziecko wykorzystuje płacz do wymuszenia na rodzicu porządanych zachowań.

    • Gabriela Oleszek

      Problemem jest własnie to, że w naszym społeczeństwie nie jesteśmy uczeni sobie radzić z takimi sytuacjami.

      A metoda „cry it out” od najmłodszych lat wpaja nawyk „udawajmy że nic się nie stało”

      Dziecko trzeba uczyć dialogu, rozmawiać i tłumaczyć.
      Oczywiście czasem nie ma na to czasu, ale wtedy trzeba się zatrzymac i powiedzieć „W domu wytłumaczę Ci dlaczego robię tak i tak. Pamiętaj że Cię kocham.”

  • Pingback: Rzecz o zasypianiu małego dziecka – tym samodzielnym i nie tylko… – potrzebnyblog()

  • Pingback: Rzecz o zasypianiu małego dziecka – tym samodzielnym i nie tylko… – wordpressplus()

  • Gabriela Oleszek

    A ja absolutnie się zgadzam! Jestem pełna podziwu.
    Doskonale zebrane słowa dotyczące płaczu, będę przekazywać często i gęsto mamom, ponieważ wiele obawia się płaczu, mając wpojone że to coś złego.

    I kiedy po długiej próbie tłumaczenia w rozmowie dot. niemowlaka słysze „Bo ono płacze” w końcu nie wytrzymuję i pytam „a co? Ma klaskać i śpiewać? NIE UMIE przecież”

    W punkt ++++