baner(3)
CZYTAMY

„Księga wymagającego dziecka” – William i Martha Sears – recenzja

???????????????????????????????

Wiecie jakie są plusy świąt w rozjazdach? Dużo czasu na czytanie. Jeśli dołożymy do tego „na czytanie dobrej książki”, setki kilometrów mijają błyskawicznie. Tym razem zabrałam w podróż Searsów i ich nową książkę, którą dostałam od Wydawnictwa Mamania. Czekałam na tę pozycję już od dawna, byłam bliska sięgnięcia po oryginał, ale zawsze coś stawało na mojej drodze. Kiedy otworzyłam „Księgę wymagającego dziecka” przepadłam na dobre. Czytałam w trasie, przed snem, w czasie drzemek Zosi. Dzisiaj zamknęłam ostatnią stronę i z głową pełną refleksji usiadłam do napisania tego tekstu.

Zanim urodziła się nasza córka, wydawało mi się, że o dzieciach wiem wszystko. Doświadczenie zawodowe szybko okazało się niczym wobec wielkiej osobowości tego małego człowieka. Intuicyjnie, metodą prób i błędów szukaliśmy pomysłów na nasze rodzicielstwo. A ono było intensywne tak, jak intensywna była nasza córka. Doskonale pamiętam dźwięk tego słowa, którym opisywaliśmy nasze dziecko, kiedy ktoś pytał „jaka jest?”. Bez wahania odpowiadaliśmy: intensywna. Nie męcząca, nie marudna, nie-jakaś-negatywnie-brzmiąca, ale właśnie intensywna. Duża potrzeba bliskości, niekończące się sesje ssania, nieodkładalność itd. itd. Co robię źle? Czy ja tak zawalam, czy tak właśnie ma być? Czy jestem jedyną matką, która nie daje rady się ubrać, posprzątać i odłożyć dziecko na drzemkę? Podczas jednego z takich kryzysów trafiłam na artykuł Ani Siudut. Podesłałam go mężowi, rodzicom, koleżance z „podobnym” dzieckiem, a sama wracałam do niego kilka razy. Są takie matki, są tacy rodzice i wreszcie są takie dzieci. Wymagające.

Moja motywacja do przeczytania tej książki Searsów była więc ogromna. Rzuciłam okiem na spis treści i uśmiechnęłam się widząc tytuł ostatniego rozdziału „Opowieści tych, którzy przetrwali”. Napełniona nadzieją, że to możliwe, zaczęłam lekturę „Księgi wymagającego dziecka”. Pozycja ta składa się z trzech części i adresowana jest do rodziców dzieci od narodzin do piątego roku życia. Pierwsza część „Początek podróży” to wprowadzenie w problematykę, ale też w świat wymagających dzieci i ich rodzin. Czytając kolejne zdania, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ktoś nas podglądał, bo przecież tak doskonale opisał pierwsze miesiące naszej rodzicielskiej przygody. Tym, co kupiło mnie już na początku, była narracja prowadzona przez rodziców o podobnych doświadczeniach, a nie przez wielkich specjalistów (czwarte dziecko Searsów okazało się być wymagające, co nie tylko motywowało ich do poszukiwania nowych rozwiązań, ale też było inspiracją do napisania tej książki i podejmowania innych działań w duchu rodzicielstwa bliskości).

Hayden nie była przeciętnym dzieckiem, tak więc rady dotyczące przeciętnych dzieci sprawdzały się bardzo przeciętnie (…) Przestaliśmy wyżalać się osobom, które nie miały dziecka takiego jak Hayden. Zamiast tego poszukiwaliśmy wsparcia u tych, którzy naprawdę rozumieli nasze dziecko i styl wychowania.

Kiedy czytałam pierwszą część tej książki, czułam zrozumienie. Ogrom zrozumienia. Bo ktoś też to przeszedł, bo też postawił na bliskość, bo też wierzył, że płacz jest komunikatem a nie manipulacją. Rozdział o płaczu jest zresztą tym, który w całej książce zachwycił mnie najmocniej. Przede wszystkim są tam badania, a więc konkrety, które dowodzą, że wypłakiwanie się nie jest metodą, a sam płacz nie jest czymś, co trzeba tłumić i zwalczać. To niezwykle ważne przesłanie, nie tylko dla rodziców, ale też dla wielu specjalistów pracujących z dziećmi (chętnie podesłałabym to wszystkim psychologom, położnym, nauczycielom itd.). Searsowie nie tylko opisują znaczenie płaczu, ale też podpowiadają jak odczytywać taki komunikat i na niego reagować. Co ważne, nie zapominają w tym wszystkim o matkach, które wychowując wymagające dziecko, mogą często doświadczać kryzysów i wypalenia. Wnikliwie opisują także inne kwestie, które znane są wszystkim rodzicom intensywnych dzieci, a więc problemy ze spaniem i wydłużone sesje karmienia. Owa wspólnota doświadczeń jest zresztą tematem jednego z rozdziałów.

Pierwsza część była dla mnie w pewnym sensie podsumowaniem czegoś, co już za mną, ale też tak ważnym głosem zrozumienia i akceptacji. Do drugiej, opisującej życie ze starszym dzieckiem, podeszłam z dużą dozą ciekawości. Bo każdy, kto ma dziecko o dużych potrzebach wie, że one wcale nie maleją, kiedy kończy się okres niemowlęcy.

Wymagające dziecko może być prawdziwym skarbem, ale też ciężarem. W zależności od twojej postawy, życie z wymagającym dzieckiem może się stać okazją do rozwoju, doskonalenia rodzicielskich umiejętności, zwiększania wrażliwości, a nawet wyrównywania kantów twojej osobowości. Jednak może też być negatywnym doświadczeniem, wypełnionym frustracją i zmaganiem się z ukształtowaniem dziecka tak, jak byście chcieli, zamiast docenić je takie, jakim jest.

Konkrety. To słowo najlepiej oddaje istotę drugiej części. Jest w niej opis większości sytuacji, z którymi spotykają się rodzice małych dzieci – od adaptacji do żłobka, przez niechęć do jazdy samochodem, aż po wyznaczanie granic w codzienności. Chciałabym więcej, a raczej szerzej, bo choć poruszono wiele zagadnień, to część z nich sprawia wrażenie niedomkniętych (jak np. kwestia pochwał i tablic motywacyjnych, które większości z nas kojarzą się z metodami behawioralnymi, a o których Searsowie dosłownie wspominają, jednocześnie dając do zrozumienia, że w pewnych sytuacjach to się sprawdza). Autorzy wielokrotnie rozprawiają się z powielanym przez krytyków mitem, iż sama nazwa „wymagające” zwalnia z odpowiedzialności, a dla rodziców jest tylko wymówką. Oprowadzając po świecie wymagających dzieci (już nie niemowląt) dużą uwagę skupiają na kwestii granic i równowagi w rodzinie, czyli wszystkim tym, co jest jedną z podstaw rodzicielstwa bliskości. Ostatnią, trzecią część, stanowią historie tych, którzy przetrwali. „Są tacy?” – zapytała moja znajoma. Są. I w każdej z tych historii odnalazłam część naszej.

„Księga wymagającego dziecka” to książka, której zabrakło mi prawie dwa lata temu. Dzisiaj porządkuje w mojej głowie myśli i wątpliwości, które pojawiły się w czasie bezsennych nocy, godzin noszenia, poranków z niekończącym się ssaniem i intensywnością jakże odmienną od tej opisywanej przez poradniki i specjalistów z programów śniadaniowych. To też dobry drogowskaz na dalszą podróż z wymagającym dzieckiem i ogromne wsparcie, dzięki któremu rodzice mogą poczuć się bezpiecznie i mieć więcej wiary w siebie i swoje dziecko.

To ważne, by mieć na tyle dużo pewności siebie, by stanąć w obronie swojego wymagającego dziecka i jego potrzeb.

Jeśli więc brakuje Wam owej odwagi albo po prostu chcecie stać się dobrymi towarzyszami tej podróży, koniecznie sięgnijcie po „Księgę wymagającego dziecka” Searsów.

Poleć ten tekst znajomym
  • O tak, zdecydowanie czas na czytanie dobrych książek to jest jeden z najwiekszych plusow długich swiatecznych podrozy. Ale czy ksiazka jest dobra czasem trudno, ciezko ocenic. Ja na szczęscie czytam ksiazki, ktore wybiera specjalnie dla mnie zaprzyjazniona sprzedawczyni w anktykwariacie. Dokladnie wie co lubię, co mi się spodoba.
    A o ksiazce z wpisu jeszcze nie slyszalam, ale moze rowniez kiedys wpadnie mi ona w rece.

  • Rewelacyjna recenzja! Mam wrażenie, że napisałaś to, co ja chciałabym powiedzieć, tylko że wspaniale to ograłaś i uporządkowałaś. No i dobry kawał książki nam się trafił, prawda? 🙂

  • Asia

    Wielka szkoda, że nie wiedziałam o tej książce wcześniej. Starałam się intuicyjnie odpowiadać na potrzeby dziecka, ale to było jak studnia bez dna – płacz przeplatany krzykiem i stała konieczność intensywnego zajmowania się. Rodzice w takiej sytuacji szukają problemów zdrowotnych u dziecka, winią siebie za złą opiekę – a to dziecko po prostu takie jest. Świetne określenie – intensywne. Moje dziecko nigdy nie kwiliło – od razu był płacz na cały regulator. Dziś ma prawie 5 lat i jest wyjątkowo ciekawy świata, energiczny, bystry, kreatywny i nadal intensywny ale już w bardziej kontrolowany i ukierunkowany sposób, a przy tym bardzo wrażliwy. Da się z nim negocjować i rozmawiać, jest bardzo opiekuńczy wobec maluchów na placu zabaw. Chętnie przeczytałabym jakąś książkę o wymagających starszakach.

  • Pingback: Mam dziecko o dużych potrzebach, mam wyjątkowe dziecko. - Dookoła nas blog()