Nazywaj uczucia. Proponuj przytulenie. Bądź obok. Bądź blisko. Nie narzucaj się. Dostrajaj się. Podążaj, towarzysz, po prostu bądź.

Jeśli jesteście rodzicami i szukacie sposobów na wspieranie dzieci w emocjach, prawdopodobnie robicie to wszystko albo jeszcze więcej. Zdarza się, że to nasze robienie, a gotowość skorzystania z niego przez dzieci, w ogóle nie idą w parze. W takich sytuacjach rodzice bardzo często mówią: to nie działa, ono tego nie chce, to nam wcale nie pomaga.

Przyczyn takiego stanu rzeczy może być wiele, ja skupię się na pięciu szczególnie ważnych.

 

Po pierwsze: Wejdź w buty dziecka

Mentalizacja to bardzo poważne słowo, a w rodzicielstwie oprócz powagi na też dużą wagę. Jak mówi A. Bateman „Mentalizowanie to widzenie siebie z zewnątrz oraz patrzenie na innych od środka”. Zdolność ta pomaga rozumieć zachowania i emocje dziecka, patrzeć na nie przez pryzmat potrzeb, w pewien sposób wchodzić w buty dziecka i przyjmować jego perspektywę. Krok ten jest kluczowy dla dobrania wsparcia i nie oznacza wcale, że zaczniemy odczuwać to samo, co dziecko, ale że pojawi się u nas chęć i motywacja do zrozumienia działania dziecka. Do zrozumienia, a co za tym idzie do nieoceniania.

W mentalizacji bardzo pomagają pytania: Czy ja bym tak chciała/chciał? Czego ja bym potrzebowała/potrzebował w takiej sytuacji? Co by mi pomogło, a co na pewno nie?

Co by mi pomogło, gdyby teściowa mówiła do mnie: nie odejdziesz od stołu dopóki nie zjesz. Jeszcze dwa gryzy. No jedz, jedz, nie gadaj tyle. Usiądź ładnie, jedz spokojnie. A warzywka?

Czy ja bym chciała/chciał, żeby w napadzie złości, ktoś mówił do mnie wielkimi literami? Szedł za mną do pokoju, mimo, że chcę być sama/sam. Proponował pooodychanie albo nazywał okrągłymi słowami moje potrzeby.

Czego ja bym potrzebowała/potrzebował kiedy coś nie byłoby po mojej myśli. Gdybym miała wyobrażenie jakiegoś planu, projektu, pomysłu np na wakacje? Gdybym poświęciła kilkanaście dni na szukanie miejsca, noclegu, restauracji w okolicy i atrakcji do zwiedzenia, a brat przyszedłby i jednym ruchem wykasował mi wszystkie pliki z komputera?

 

Po drugie: Poszukaj przyczyny

Krok ten mocno wiąże się z wcześniejszym. Jeśli korzystacie z moich kursów, wiecie, że często o tym mówię i podkreślam, że rozpoznanie przyczyn to ¾ sukcesu. To jak dobra diagnostyka. Kiedy skupiamy się na tym, co zrobić, skupiamy się na leczeniu, naprawianiu, przepisywaniu leków. Nikt jednak na dłuższą metę nie będzie sobie rozwalał wątroby kolejnymi tabletkami, zwłaszcza jeśli działanie może w ogóle nie być trafione. Bez rozpoznania nie ma działania.

Jak się tym zająć? Na start możecie zacząć od tych wskazówek, gdyby tego było za mało, polecam konsultację u psychologa dziecięcego.

 

Po trzecie: Pamiętaj o sobie

Ja wiem,że zalecenia “dbaj o siebie” potrafią podkręcić ciśnienie jak mało co. Ale to wspomniane przeze mnie pamiętanie o sobie to łagodność dla siebie, kiedy zasobów brak i troska o nie, kiedy tylko jest to możliwe. Kiedy mówię o trosce, nie mam na myśli “śpij kiedy dziecko śpi”, a raczej przyglądaj się temu, czego potrzebujesz, nie porównuj się z instagramem, a kiedy czujesz, że to za mało, daj sobie prawo do poszukiwania wsparcia.

Dbanie o siebie jest ważne, żeby móc zadbać o dzieci. Dbanie o siebie jest ważne, żeby próbować je pomieścić, o czym więcej pisałam tutaj.

Dbanie o siebie to nie ma jednak być wyzwanie i upierdliwa komenda ze smartwacha “do bycia zadbanym o siebie brakuje Ci jeszcze 145 punktów”. 

Dbanie o siebie to też wspomniana przeze mnie łagodność. Czasem się nie da i już. Warto zrobić na to miejsce, nie poganiać siebie, dać sobie czas i obserwować. Obserwować czy już trochę udało mi się zregenerować, czy już zaczynam szukać rozwiązań, żeby dalej się tak nie dociskać, czy widzę, co mi na co dzień nie służy.

Pewien znajomy terapeuta powiedział mi kiedyś, że łagodnością nie jest stan, w którym “jestem w dupie i tak w niej utykam, rozgaszczam się, że aż robi się tam wygodnie”. Łagodność będzie zatem prawem do bycia w owej przysłowiowej dupie, ale z jasnością, że niekoniecznie jest ona miejscem, w którym chcemy spędzić resztę życia.

 

Po czwarte: O kogo i o co dbam

To tak naprawdę temat granic i pytanie o to, co jest moje, a co dziecka.

Raz – co jest moją rodzicielską prawdą, czyli co z tej całej dostępnej teorii jest w zgodzie ze mną, a po co sięgam, bo “tak się robi”, ale ja tego w ogóle nie czuję.

Dwa – o co i kogo dbam, kiedy zaczyna się robić gorąco? Czy mamy przepływ i dostrajam się do dziecka, czy raczej korzystam ze strategii niczym z instrukcji szafki w Ikea? Czy moje reakcje są autentyczne i spójne z tym, jak dziecko widzi i słyszy mnie na co dzień? Czy myślę o komunikacji czy komunikatach? Czy dbam o moje dziecko, czy o moje wyobrażenie o tym, jakim rodzicem chcę być? Wreszcie czy dbam o to, czego potrzebuje moje dziecko tu i teraz, czy o to, czego mi zabrakło kiedyś?

To są potwornie trudne pytania, ale dobrze mieć je z tyłu głowy i poprzyglądać się temu, co nas motywuje. Czy działamy z miejsca miłości i zaufania, które dopuszcza też nasze błędy albo brak gotowości dziecka? Czy działamy z lęku, bo boimy się popełnić błąd, rozczarować siebie, dziecko i wizję rodzicielstwa, którą chcemy zrealizować? A może działamy z lęku, bo boimy się dziecięcych emocji i robimy różne ruchy, żeby tych emocji tak naprawdę nie było? Wreszcie co rozumiemy poprzez to, że chcemy dzieci wspierać w emocjach? Czy mamy takie przekonanie, że te różne ruchy to magiczne przyciski i że jak powiem “Wściekasz się?”, to moje dziecko nagle przestanie to robić?

 

Po piąte: Dochodzimy do tego talerza przekąsek

Wiesz dlaczego różne Twoje gesty w stronę dziecka bywają przemilczane i pominięte? Bo Twoje dziecko jest niezależnym bytem. Ty serwujesz mu talerz pełen przekąsek, strategii, propozycji, a ono może po nie w ogóle nie sięgnąć. Czy to oznacza, że nie ma co serwować? Że to nie działa? Absolutnie nie.

W byciu uważnym i świadomym rodzicem, warto jest pamiętać, że obok naszych starań i pomysłów na wsparcie, jest też ich mały adresat. Adresat, któremu oprócz tych strategii należy się autonomia. Prawo do nie, tak, nie dzisiaj, nie teraz.

To, że moje dziecko nie chce mojej obecności, kiedy się wścieka. To, że krzyczy: Tylko nie mów do mnie o tych uczuciach! To, że nie chce się przytulać – wszystko to może po prostu oznaczać, że ono chce zadecydować. Być może dzisiaj akurat nie ma apetytu na to, co mu serwujemy. Być może niektóre z tych “przekąsek” wcale mu nie smakują, albo wręcz nie służą. Może być też tak, że teraz nie chce po nie sięgnąć, ale pomaga sam fakt, ze one w ogóle są opcji.

To właśnie dawanie opcji jest najważniejsze. Nie strzelanie z nich jak z karabinu i zasypywanie dziecka strategiami, ale bycie dostępnym, obecnym, gotowym podać z tego talerza to, po co dziecko sięgnie.

Relacje oparte na bezpieczeństwie mają też w sobie miejsce na autonomię. Dziecięce „nie” jest informacją o granicach. O granicach, a więc o potrzebach i emocjach. Ja Tobie daję, ale Ty możesz nie chcieć i to wcale nie znaczy, że coś nie działa. Ty po prostu możesz nie skorzystać, ale grunt, że wiesz, że ja mam gotowość to dać.

 

zdjęcie:  Brooke Lark, unsplash