Adaptacja do przedszkola to temat żywy w wielu rodzinach. Coraz więcej jest przedszkoli, które widzą sens rozłożenia tego procesu w czasie, zaproszenia rodziców do współpracy, zaufania do tempa dzieci i szukania rozwiązań, które uwzględniają ich indywidualne potrzeby. Wciąż jednak są miejsca, w których uważność na adaptację jest mniejsza, a zalecenia przekazywane rodzicom nie znajdują odzwierciedlenia w tym, co wiemy o rozwoju dzieci, o gotowości na zmiany i o znaczeniu relacji, jakie dzieci mają z rodzicami i tych, które mogą zbudować z personelem placówki.

Słowem wstępu

Pisząc ten tekst zastanawiałam się na jego sensem. Bo czy nie lepiej napisać o tym, co wspiera adaptację? Przyszła do mnie jednak refleksja, że takich tekstów napisałam już kilka, a co roku dostaję od moich czytelników i klientów pytania dotyczące wątpliwości, które pojawiają się w procesie adaptacji. Wiele z nich dotyczy zaleceń, które rodzice dostają od kadry. Wiem też i chcę tu zaznaczyć, że większość z tych zaleceń wychodzi z dobrych intencji, a czasem z braku możliwości zaopiekowania adaptacji tak, jak nauczyciele by chcieli. Myślę, że wszyscy jesteśmy w procesie zmiany tego, jak myśli się o adaptacji do przedszkola. Jak myśli się o dzieciach w niej, jak o rodzicach, jak o nauczycielach. Bardzo bym chciała, żeby mój tekst nie był działem wojennym, a jedynie dał jasność i wsparcie tym z Was, którzy mają wątpliwości i którzy zastanawiają się, jak to w zasadzie jest z tymi zaleceniami na czas adaptacji. Ufam, że ten elaborat (dawno nie napisałam nic tak długiego) może wesprzeć zarówno rodziców jak i nauczycieli.

Zanim zajmę się obalaniem mitów, wyjaśnię to, dlaczego w ogóle przytoczone zalecenia nazywam mitami. Wychodzę z założenia, że w adaptacji nie ma rad uniwersalnych. Nie da się zrobić „kopiuj-wklej” i zapisać recepty, która przyniesie sukces. Zalecenia, które wrzucają dzieci do jednego worka, które nie uwzględniają różnorodności potrzeb, temperamentów, doświadczeń i zasobów dziecka (oraz jego rodziny) brzmią często jak takie właśnie recepty. Zrób to i to, a adaptacja się uda. To i to działa, to i to nie. Zakładanie, że wszystkie dzieci potrzebują tego samego, jest mitem.

Idąc dalej przekazywanie tych zaleceń czasem będzie pomocne i wspierające, a czasem w ogóle nie. Istnieje jednak ryzyko, że im bardziej będziemy tkwić w pewnych mitach, tym trudniej będzie nam widzieć konkretne dziecko, konkretnych rodziców, konkretny proces adaptacji z konkretnymi nauczycielami, oczywiście w konkretnym przedszkolu.

Oprócz aspektu, w którym nie dostrzega się tego, co indywiudalne, jest jeszcze ten, który dotyczy rozmijania się z aktualnym stanem wiedzy. 30 lat doświadczenia, czasem 2 albo 5, nie pozbawia nas konieczności aktualizowania wiedzy i wychodzenia poza schemat. Tu, uprzedzając uwagi, odpowiem, że „da się”, że „można przy dużej grupie”, że wiele przedszkoli i wielu nauczycieli szuka nowych rozwiązań i pomysłów na proces adaptacji. Znam to od środka, wspierając takie przedszkola i kadrę od kilkunastu lat. I szalenie cieszę się, że z roku na rok takich miejsc jest coraz więcej.

Ok, to przejdźmy do tego, co nazywam mitami.

Mit 1 – Adaptacja nie jest potrzebna, dziecko już pierwszego dnia musi zostać samo

A za tym: Im szybciej zostanie samo, tym lepiej. Im dłużej z nim Państwo będziecie, tym będzie mu trudniej. Popłacze, popłacze i się przyzwyczai.

Adaptacja to proces. Nie chodzi w niej o zapoznanie z budynkiem, wieszakiem, drogą do łazienki i naklejką przy ręczniku. To wszystko oczywiście ma znaczenie, ale poboczne. Kluczem adaptacji, która uwzględnia potrzeby dzieci, jest zbudowanie pomostu pomiędzy tym, co znane i bezpieczne w domu, a nowe i jeszcze niepewne w przedszkolu. Na ów pomost wchodzić będą różne dzieci, jedne bardziej gotowe, inne mniej. Jedne wbiegną jak szalone, inne miesiącami będą badać grunt. Nie chodzi jednak o pomost między jakimiś bliżej nieokreślonymi bytami, ale o taki, który pozwoli przejść z jednych relacji z dorosłymi, w kolejne, nowe, póki co nieznane.

Jeśli więc na jednym brzegu są rodzice, których dziecko zna i którym ufa, na drugim zaś (powiedzmy szczerze) zupełnie obcy ludzie, to kluczem do adaptacji będzie szukanie takich rozwiązań, które sprawią, że dziecko zaufa temu, co jest na owym drugim brzegu, a nie będzie się tego bać. Tak rozumiana adaptacja jest więc spotkaniem ekspertów na dwóch brzegach – na jednym rodzice (eksperci od danego dziecka) na drugim nauczyciele (eksperci od dzieci). W tym spotkaniu ważne jest widzenie wspólnego celu, współpraca, poszukiwanie rozwiązań. Zwykle nie pomaga stawanie po stronach (my rodzice vs. my nauczyciele) ani (tym bardziej) przerzucanie się odpowiedzialnością (do tego jeszcze wrócę).

Adaptacja to zatem nic innego jak najpierw nawiązanie kontaktu z nauczycielem, stopniowe zaufanie mu, a potem, przez kilka lat, w trudach i radościach, budowanie relacji. I kropka. Adaptacja to relacja. I ok, mamy 30 dzieci w grupie, mamy mało personelu, brak czasu. Albo nie mamy urlopu na adaptację, nie mamy możliwości, szef nie zaakceptuje naszych spóźnień przez długie rozstania itd. Każdy z tych argumentów jest ważny, ale żaden z nich nie wyklucza zorganizowania adaptacji tak, żeby wspomniany pomost budować.

Jak?

Poniżej kilka wskazówek.

Nawet tam, gdzie tych możliwości brakuje, rodzice mogą wspierać dziecko w nawiązaniu kontaktu z nauczycielem, np:

  • opowiadając o nim z ciekawością i zaufaniem, bez fajerwerków z jednej strony, ani burzy śnieżnej z drugiej
  • przekierowując (z uważnością na dziecko!) uwagę na nauczyciela, budując łącznik między dzieckiem a personelem (np. Chodź, zapytamy Panią Kasię, gdzie jest łazienka albo Zobaczmy co pokazuje Pani Monika dzieciom albo nawet Ciekawe, którym samochodem przyjechała Pani Asia?). Kiedy piszę o uważności, mam na myśli to, żeby nie robić tego na siłę, ale sprawdzać czy to wspiera dziecko i czy nie jest odwracaniem uwagi, które mu nie służy,
  • najważniejsze – zaproponować nauczycielowi spotkanie (bez dziecka), na którym rodzice będą mogli razem z nauczycielem poszukać sposobów na wsparcie dziecka – opowiedzieć, jakie mają doświadczenia, co dziecku pomaga, co niekoniecznie + usłyszeć to, jak widzi to nauczyciel, w czym jest gotów nas wesprzeć. Szykując się do takiej rozmowy warto też mieć jasność, na co mamy zgodę, a na co nie, co by nam pomogło, a co niekoniecznie (i dotyczy to tych dorosłych, którzy są na dwóch brzegach, mogą współdziałać, a nie ścierać się jak na wojnie).

Podobnie nauczyciele, nawet w dużej grupie, mogą poszukać sposobów na zadbanie o kontakt z danym dzieckiem (a to baza do poczucia bezpieczeństwa, to z kolei do zbudowania relacji, czyli większego zaufania, że rozstanie z rodzicem nie oznacza osamotnienia), np.

  • prosta rzecz a często zapominana – dając przestrzeń, a jednocześnie szansę na poznanie siebie. Widzę od lat jak łatwo się w tym pogubić i wejść w schemat. I to nie jest zarzut, a refleksja. Zapominamy czasem, że są dzieci, które potrzebują, żeby się im nie narzucać, przywitać maks, a potem dać czas. Zdarza się też, że te same dzieci będą za chwilę potrzebowały zaproszenia do kontaktu, bo wejście w niego będzie dla nich za trudne. Kojarzy mi się to z takim dryfowaniem na łódce uważności – od brzegu „potrzebuję czasu” do brzegu „potrzebuję zachęty”.
  • jest wiele konkretnych strategii, po które sięgają nauczyciele, żeby nawiązać kontakt z dzieckiem. Ja jestem orędownikiem listów pisanych do dzieci (zostawianych w szafkach, wysyłanych na maila rodziców), w których można napisać kilka słów, które stanowić będą taką nitkę, łącznik. Czasem robotę robi zwykłe: „Cześć Zosiu, nazywam się Anita i od września będę Ci towarzyszyć w Twojej przygodzie z przedszkolem. Teraz tak jak Ty cieszę się wakacjami, ale już wkrótce będę na Ciebie czekać w naszym Kolorowym Domku/Chatce Puchatka/itp. Poznasz mnie po tym, że lubię nosić duże kolczyki/mam kręcone włosy/itp.”
  • punkt trzeci identyczny jak ten u rodziców i również najważniejszy – spotkanie, spotkanie, spotkanie. I tu znowu wiem, jak trudno bywa z czasem, ale moje doświadczenie pokazuje, że energia włożona w poznanie informacji o dziecku przed, wraca w procesie adaptacji. To może być spotkanie z rodzicem, ale też telefon, mail, ankieta – rozszerzona o pytania, które dotyczą tego, co może dziecku pomóc podczas adaptacji.

Mit 2 – Z Panią tak płacze, a po przekroczeniu progu sali przestaje

I tu w nawiasie czasem: To Pani ma problem z rozstaniem/ To Pani nie jest gotowa. itp.

Tu ustalmy dwie rzeczy. Rozstanie i rozłąka z rodzicem to jedno, pobyt w przedszkolu to drugie. Można uwielbiać to drugie, jednocześnie cierpiąc przy pierwszym. Są dzieci, którym trudno się rozstawać przez kilka lat i nie jest to w ogóle diagnostyczne dla przebiegu adaptacji. Ba! Gdybyśmy żegnali się z kimś, lecąc na urlop na kilka miesięcy (a tak perspektywę kilku godzin mogą widzieć dzieci), pewnie byłoby to dla nas trudne, ale byłaby też ciekawość tego urlopu i zapewne ekscytacja, radość itp. Jedno z drugim się nie wyklucza i w adaptacji też tak może być.

Dochodzi tu jeszcze aspekt więziowy, a mianowicie taki, że przy kim, jak nie przy rodzicach dzieci mają pokazywać całą paletę emocji, która wiązać się może z trudem rozstania? Przy kim mają czuć żal, smutek, obawy? To przecież bezpieczne ramiona mamy i taty, baza, bastion, port, oaza, wszystko, co dziecko ma i zna. Po drugiej stronie wciąż jest niepewność i albo jeszcze nie ma odwagi do pokazania trudnych emocji albo to się w ogóle nie musi zadziać, bo to nie taka relacja, bo to przyjdzie albo i nie.

Za tym idzie aspekt trzeci, którego nie będę rozwijać zbyt długo. Zdarza się tak, że te dzieci, które w sali są ciche, nie płaczą, są pozornie spokojne itp są w tzw. przetrwaniu. To stres je zamraża, a nie spokój. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich dzieci, które są spokojne po wyjściu rodziców, ale jakiegoś odsetka. To dzieci, które ponoszą duży koszt i mobilizują wszystkie swoje zasoby, żeby przetrwać do powrotu rodziców. Moje doświadczenie pokazuje, że w procesie adaptacji i w ogóle w przedszkolu, dzieci te wymagają największej uważności i wsparcia.

Ostatni aspekt jest taki, że przerzucanie się odpowiedzialnością NIGDY nie służy adaptacji i dalszej współpracy między rodzicami a przedszkolem. Z pełną świadomością piszę nigdy wielkimi literami. Moje doświadczenie jest takie, że niewielu rodzicom pomoże sygnał „to pani ma problem” i niewielu nauczycielom „to pani robi źle”. Będą bowiem tacy, którym podkręci to poczucie winy, będą tacy, których zamknie to na dalszą współpracę i będą też tacy (to dotyczy rodziców), którzy w imię udanej adaptacji naruszą siebie, dziecko, swoją relację z dzieckiem. Rodzic, któremu jest trudno potrzebuje wsparcia. Podobnie nauczyciel. I nie pomaga ping-pong kto, co robi źle, ale rozmowa o tym, co razem możemy zrobić dobrze.

Tu dygresja – te rozmowy naprawdę są możliwe i dzieją się nie tylko w przedszkolach prywatnych o wzniosłych hasłach. Tam, gdzie jest intencja współpracy, mogą zadziać się cuda.

Mit 3 – Dziecko musi być odstawione od piersi/odpieluchowane/samodzielne

Tak, wiem, że to potwornie ważne i super, jeśli tak jest. Wiem, jak trudno jest logistycznie ogarniać dzieci, które jeszcze korzystają z pieluchy albo nie sygnalizują potrzeb fizjologicznych. Wiem, bo od lat widzę, ile w tym pracy moich koleżanek, które wspierają nauczycieli i jak często jest to praca obciążająca fizycznie ale też emocjonalnie (tu puszka pandory, której nie chcę otwierać, która dotyczy tego, że czasem zdarza się, że rodzice deklarują, że dziecko jest odpieluchowane, a ono nie jest, nie sygnalizuje potrzeb, wymaga przypominania, stresuje się, rodzice się stresują, bo pięć par mokrych ubrań, kadra się stresuje, słowem stresują się wszyscy).

Wróćmy jednak do mitu. Dzieci mogą, ale nie muszą być odpieluchowane, odstawione i samodzielne. Kryterium jednak nie powinno być pójście do przedszkola, a ich gotowość rozwojowa i fakt czy wejście w proces np. odstawienia nie zburzy ważnej cegiełki poczucia bezpieczeństwa. Jeśli więc mamy taki pomysł, żeby odpieluchować dziecko, bo wrzesień i tik-tak, zegar tyka, sprawdźmy czy ono w ogóle jest na to gotowe i czy nie polejemy w ten sposób pożaru benzyną i nie dodamy stresu, zamiast odjąć.

Tu ponownie zachęcam do rozmów i współpracy, do sprawdzenia, jak przedszkole może nas wesprzeć, do zasygnalizowania, że nasza decyzja jest taka, a nie inna, że teraz nie odstawiamy od piersi, bo przedszkole, młodszy brat w drodze, przeprowadzka etc.

Ciekawostka – kilka lat temu Rzecznik Praw Dziecka odpowiedział na list pewnej mamy, stwierdzając, że takie oczekiwania ze strony placówek są nadużyciem, a personel może z rodzicami wypracować rozwiązania, które będą uwzględniały potrzeby dziecka, a następnie dorosłych.

Mit 4 – Z mamą trudniej się rozstać, więc dziecko powinien odprowadzać tata

Oj, ile tu składowych do wyjaśnienia, jak na maturze z matematyki rozszerzonej. Zacznijmy więc.

Bywa tak, że ta strategia pomaga. I ok. Bywa, że pomaga odprowadzanie przez babcię/nianię/wujka.

Myślę, że tym, co uwiera najbardziej, jest lokowanie sukcesu lub jego braku w płci. Nie przesadzam wierzcie mi, ponieważ sama od lat słyszę to zalecenie na wielu spotkaniach adaptacyjnych. Jakaś jego część ma sens, o tym za chwilę, ale sama konstrukcja bywa krzywdząca i upraszczająca.

Po pierwsze – gotowość dzieci do rozstania zależna jest od ich zasobów (stałych i danego dnia), zasobów danej osoby dorosłej, sytuacji, stresu, czasem nawet drobiazgu typu dzisiaj rano była Pani Asia, a zawsze jest Pani Ela i jest kłopot. Zastanawiając się więc, które z nas będzie odprowadzać dziecko, warto być uważnym na nasze zasoby (stałe i czasowe), a więc np nasze emocje przy rozstaniu, czas (bo ktoś może się spóźnić do pracy, a ktoś nie), czasem też wcześniejsze doświadczenia rozstań czyli swoisty trening (i tu często tkwi sekret tego, że z tatą pozornie łatwiej się rozstać, bo w wielu rodzinach to z nim dzieci mają więcej doświadczeń rozstawania się np. jak mama zostaje na urlopie wychowawczym, a tata wraca do pracy).

Dodam jeszcze tutaj, że nie jest prawdą przekonanie, że musi odprowadzać ten sam rodzic – to się może zmieniać, a bezpieczeństwo możemy wprowadzić nazywając to dziecku, kto dzisiaj odprowadza, a nie ustalając sztywny schemat (bo bywa trudno, kiedy ten się rozpada). Taka nazwana elastyczność pokazuje dziecku autentyczny świat żywych ludzi, którzy nie tworzą bezpieczeństwa sztywnością, ale tym, że nazywają dziecku to, co się dzieje w sposób dostosowany do jego wieku i potrzeb.

Po drugie – choć powinno chyba być pierwsze – tata to nie jest rodzic drugiej kategorii i jemu też może być trudno. Trudno, bo ma mniej zasobów, przeżywa te rozstania, czasem nie ma aż tyle czasu i to wszystko może go dotyczyć w równym stopniu, jak mamy. Tata nie jest pomocnikiem mamy, jest równorzędnym rodzicem, który też może przeżywać cały ten proces. Czasem więc bardziej wesprzemy się wzajemnie rozmawiając o tym, kto z nas jak się ma w adaptacji i co może na siebie wziąć, niż zakładając, że taka gotowość ma związek z płcią, ilością rozstań albo ich łatwością.

Po trzecie – owa łatwość rozstania bywa często łatwa dla dorosłych. W adaptacji kryterium szybko, łatwo, bez łez może być kuszące, ale nie dla dziecka. Wróćmy do metafory pomostu – czasem budowanie filarów na obu brzegach wymaga czasu. Czasu na wyjście z bezpiecznych ramion rodzica do nieznanych ramion nauczyciela. Warto ten czas sobie dać, a kryterium łatwości zostawić sobie tam, gdzie nie wchodzą w grę emocje małego dziecka, czyli np wjechać kolejką na Śnieżkę niż na nią wejść 😉

Mit 5 – Im krótsze pożegnanie, tym lepiej

Czasem tak, a czasem nie.

Bywa tak, że szybkość jest łatwa dla dorosłych, a bywa i tak, że dla dziecka. Dobrze jest więc być uważnym na to, co służy naszemu dziecku i jakie rozstania je wspierają.

Nie jestem zwolenniczką pożegnania „buziak i pa”, bo myślę, że nikt z nas nie chciałby być tak traktowany wśród obcych osób. Wyobraź sobie, że przyszły mąż/żona zawozi Cię to przyszłych teściów, daje buziaka i ucieka. Albo wychodzi po angielsku, a Ty się orientujesz, że zostałaś/eś sama/sam. Chyba nie tego chcemy ze strony bliskich, prawda?

W przypadku dzieci może to działać podobnie, wydłużone rozstanie (szczególnie w przypadku dzieci wysoko wrażliwych) może być więc niezbędne, żeby przejść ze stanu „z rodzicem” w stan „bez rodzica”. W wydłużaniu warto jednak mieć na uwadze dwie rzeczy.

Po pierwsze rozstaniom często towarzyszą emocje. Emocje są jak tunel jednokierunkowy – wchodzisz z jednej strony, wychodzisz z drugiej. W emocjach dziecięcych nie da się przyspieszyć i przejechać tego tunelu ekspresem. Zdarza się jednak tak, że można gdzieś w nim utknąć. Słyszeć dziecko, wspierać, towarzyszyć – to wszystko jest szalenie ważne. Ale równie ważne jest zrobić kolejny krok (albo mieć jasność, że dzisiaj się go nie zrobi i że tak też może być).

Kolejny krok, czyli? Dać dziecku znać, że za chwilę będziemy wychodzić. Zapytać, co mu pomoże. Pokazać, że ufamy, że nauczyciel je wesprze. Przekazać nauczycielowi (jeśli ufamy, że to już ten moment, że nie możemy dać więcej, że więcej nie pomaga*). Odprowadzić na miejsce przy stoliku. Zaproponować pożegnanie w oknie. Słowem poszukać strategii, które pomogą nam iść w stronę wyjścia z tunelu. Tu szalenie ważna jest uważność na dziecko i na siebie, na nasz tunel. I sprawdzanie czy to taka sytuacja, że dziecko jest w stanie z tego tunelu wyjść czy dzisiaj lepiej będzie poszukać innych rozwiązań.

* Tu uwaga – nie można wyrywać dziecka z rąk rodzica, po prostu nie można, bo ramiona rodzica to teren nietykalny. To rodzic we współpracy z nauczycielem może przekazać dziecko, kiedy ono i on będzie gotowy na tyle, żeby przyjąć wsparcie nauczyciela.

Po drugie – nasz tunel właśnie. Czy to przedłużanie jest o moim dziecku czy o mnie? Czy ono potrzebuje, czy ja? A jeśli ja, to czego mi brakuje, o co mogę poprosić, jakiego wsparcia poszukać? Czy mam zaufanie, czy potrzebuję czasu? Czy dam radę sam/a, czy poproszę o wsparcie kadrę, psychologa, drugiego rodzica? Tu również pomaga uważność, ale też ta na siebie i na to, co w nas dzieje się w całym procesie adaptacji.

Na koniec

Z pewnością mity, zalecenia, przekonania można mnożyć. Myślę, że mnożyć można też dobre praktyki, które wspierają dzieci w adaptacji i pomagają dorosłym. Celowo nie piszę wyłącznie o rodzicach, ale również o nauczycielach, bo wiem, że wrzesień to czas pełen emocji po obu brzegach. Warto być na nie uważnym, łagodnym dla siebie, rozmawiać, wspierać się i prosić o wsparcie. To zawsze ma sens i może tylko pomóc.

Jeśli temat adaptacji jest dla Was żywy, jesteście rodzicami albo nauczycielami i zastanawiacie się, jak wesprzeć dziecko, zapraszam Was na warsztaty, które poprowadzę 31 sierpnia razem z Ulą Malko, Warszawa, Bliskie Miejsce (szczegóły).