GDYBAMY

Sam sobie narysuj tę złość, czyli dlaczego dzieci zwykle nie chcą tego robić

Złość dziecka. Potężna fala zniszczenia albo tajfun napięcia. Ogień, który spala wszystko dookoła, na czele z ludźmi. Zdenerwowane dziecko, to nie jest rozwydrzony bachor, który aktem terroru próbuje właśnie zdominować cały świat. To człowiek, któremu jest bardzo trudno, ciężko, którego coś przerasta, o coś próbuje zadbać.

Wiem, naprawdę wiem, jak bardzo trudno jest to dostrzec, kiedy jego złość zalewa nasz dom i sami zaczynamy w niej tonąć. I wiem też, ile energii jesteśmy w stanie włożyć w to, żeby coś z tą złością zrobić. Żeby gdzieś sobie poszła, zmieniła kierunek, adresata, formę. Trudno nam wtedy pamiętać, że taka złość czasem chce być, od początku do końca, że jest potrzebna i że musi się przetoczyć (klik). Próbujemy coś z nią zrobić, coś wymyślić, znaleźć sposób, bo przecież często słyszy się, że da się. No da, na pewno!

źródło zdjęcia: Jordan Whitt

Sam sobie narysuj tę złość i idź potupać w kąciku, dobra?

Jednym z najczęściej spotykanych zaleceń, które przekazują sobie rodzice (albo rodzicom specjaliści), są te dotyczące zmiany sposobu wyrażania dziecięcej złości. Stoją za tym zwykle intencje wsparcia dziecka, rodzica, jakiś pomysł na rozładowanie energii i uniknięcie tego, że w ruch pójdą dziecięce pięści, zęby albo mocne słowa.

Wytup złość! Narysuj na kartce jak bardzo jesteś wściekły! Kopnij poduszkę! Podrzyj gazetę!

I tak dalej…

W przeważającej części przypadków z tymi metodami jest jednak zasadniczy problem, ponieważ bardzo rzadko… działają. Część dzieci w ogóle nie chce o nich słyszeć. Część spróbuje dwa razy, trzy i kiedy rodzic myśli, że ma sposób, że już jest sukces, bach, koniec, nie działa! Część dzieci nakręca się jeszcze bardziej, bo to nie ich pomysły, bo za dużo przy nich gadania, bo trzeba je zrozumieć i mało w nich bycia tu i teraz.

Dlaczego zatem wciąż zaleca się je dzieciom rodzicom i czy warto w ogóle po nie sięgać?

Wyobraź sobie sytuację, że odbierasz prawko. Masz je dwa tygodnie i jeździsz sobie na trasie przedszkole-dom-przedszkole. Mijasz dwa skrzyżowania, może pięć, tramwaje, ścieżki rowerowe, wszystko jedno. Dbasz o swój samochód, robisz wszystko tak, jak trzeba, jak na egzaminie, jak już umiesz, bo przecież ktoś Ci to prawko dał.

Teraz wyobraź sobie, że jest dzień przed Wigilią, a Ty razem z dwójką dzieci i koleżanką jedziesz do Arkadii w Warszawie (albo innego, szalonego przed świętami miejsca, gdzie pękniesz od nadmiaru bodźców). Jedziesz więc, na dworze temperatura – 2o, dzieci głodne, ale wizja pizzy ratuje Was wszystkich. Mijasz Rondo Radosława (albo inne, równie szalone, kiedy prawko masz kilka dni) i kiedy już, już prawie chcesz zjechać, coś się dzieje.

Tutaj jest moment na didaskalia, ponieważ owe „coś” najlepiej dopisz sobie sama/sam. Coś, co jest stresorem, co wiąże się z jazdą samochodem.

Na potrzeby opisu wybieram taką opcję, że przez swój błąd blokujesz trzy pasy, trąbi na Ciebie pół Warszawy, a drugie pół posyła serdeczne spojrzenia pełne świątecznego ciepła i radości z zatrzymanego ruchu. Dzieci dokładają swoje dwa grosze, bo głodne, bo zimno, bo daleko jeszcze. Zalewa Cię fala stresu, masz natłok myśli albo pustkę w głowie, nie pamiętasz co teraz, nie wiesz tego, nie myślisz, nic!

I nagle, zza mgły tej sytuacji, wyłania się głos Wybawcy (tę niewdzięczną rolę dajmy koleżance na siedzeniu pasażera): Nie złość się, pooddychaj! No policz sobie do 10! Trzeba było coś, tam, coś tam. To Ty nie wiedziałaś???

źródło zdjęcia: Nabeel Syed

Płoniesz już czy jeszcze nie?

Jeśli sytuacja na skrzyżowaniu jest dla Ciebie trudna, stresująca, to prawdopodobnie nie myślisz o niczym innym, jak o swoim przetrwaniu. To nie czas na wspominanie koncertu Korteza albo recytowanie poezji Barańczaka (możliwe, że coś tam recytujesz, być może krótkie, kwieciste słowa, raczej nie wiersze). Być może masz ochotę walczyć ze wszystkimi pasażerami w samochodzie albo uciec od nich daleko stąd. Możliwe, że zastygasz w bezruchu i kompletnie nie wiesz, co chcesz zrobić.

Jedno jest niemal pewne, prawdopodobnie nie pooddychasz ani nie policzysz do 10. A przynajmniej nie wtedy, kiedy nie jest to znana Ci i dostępna metoda.

Dlaczego?

Przetrwać i nic więcej

Kiedy ludzie (a przede wszystkim dzieci i ich rozwijające się układy nerwowe) doświadczają stresu, pobudzenia, trudu, ich celem jest przetrwanie. Niczym koniki w dorożce, zakładają metaforyczne klapki i widzą jeden cel – ochrona siebie i swoich zasobów. Mobilizujemy to, co mamy, żeby zmierzyć się z owym trudem i nie myślimy wówczas o rzeczach wielkich. Przetrwanie to zwykle maks.

Dzieci też to mają i to w postaci spotęgowanej. Mają swój rozwój emocjonalny w toku, często są na etapach, które niewiele mają w sobie strategii zaradczych, natomiast okazji do frustracji całe mnóstwo. Nastawione na to, by uciekać albo walczyć, zastygać, zamarzać, słowem zadbać o siebie i swoje przetrwanie, raczej nie wezmą nic z naszych nauk.

Sama sobie pooddychaj! – myślę, kiedy wyobrażam sobie koleżankę na tym rondzie.

Sam sobie rysuj, tup, wykrzykuj! Ja tu się złoszczę, jestem w trudzie, w chaosie, przetrwaniu! To nie jest mój sposób na ten moment.

Nie wszystko stracone

Czy to oznacza, że tupanie złości to szalony pomysł psychologów, rodziców i innych specjalistów od dzieci? Czy te metody w ogóle nie są wspierające?

Wróćmy na rondo.

Prawdopodobnie, gdybym miała za sobą tygodnie praktykowania jogi albo treningów oddechowych, wiedziałabym już czy to strategie dla mnie i czy pomagają mi złapać kontakt ze sobą. Być może żadna z nich nie byłaby mi pomocna, ale już np. głos terapeuty tak albo wspomnienie cytatu z warsztatów, które mocno zapadły mi w pamięci. Być może byłoby to coś jeszcze innego, coś, co pomaga mi złapać mój chaos i na chwilę go zatrzymać. Coś, co mnie koi, studzi ogień, wycisza wiatr. Koi, studzi, wycisza, ale nie tłumi. Daje raczej moment STOP, niż NIE CZUJ. Moment O CO MI CHODZI? niż TEGO NIE MA.

Cokolwiek by to było, raczej nie przyszłoby w przetrwaniu. Przyszłoby w regularnym treningu, w regularnych spotkaniach, czymś mocnym, jednorazowym, ale ważnym. W chwili rozwoju, a nie przetrwania. W uczeniu się, a nie w uciekaniu. W momencie, w którym ja jestem na coś gotowa, a nie ktoś tej gotowości ode mnie oczekuje.

źródło zdjęcia: Alex J.Reyes

Dzieci mają tak samo, a nawet mocniej. Wiem, bo doświadczam tego w pracy, że już nawet 3,5 latki potrafią korzystać z tego, czego uczą się o sobie. Potrafią ćwiczyć oddychanie, rysowanie złości, tupanie, ale… kiedy one są na to gotowe, kiedy one tego chcą, kiedy ich mózgi są w komforcie i gotowości do rozwoju, a nie w walce o przetrwanie.

W przetrwaniu działamy automatycznie. Sięgamy po najlepsze dostępne strategie. Dla dzieci część z nich jest bardzo blisko, na wyciągnięcie ręki. Szybciej sięgną po krzyk, gryzienie, głupiąmatkę i najgorszegoojca, bo to jest na już, na zaraz, to jest z przetrwania.

Tupanie złości będzie dalej, ale być może kiedyś przyjdzie. Szukanie wsparcia, prośba o pomoc w wyciszeniu, nazywanie, skalowanie, rysowanie, cokolwiek. Wszystko to jeszcze przed nimi, mogą się tego nauczyć.

Warunków jest jednak kilka.

Po pierwsze – to, co działa na jedne dziecko, nie działa na wszystkie. Dzieci potrzebują prawa do autentyczności i wybierania swoich sposobów na doświadczanie złości.

Po drugie – im bardziej pomysł jest ich tym… bardziej stanie się ich. Czymś z środka, czymś, co mnie wspiera, a nie wydaje się dorosłym, że wspierać mnie będzie.

Po trzecie – żeby się nauczyć, potrzebuję równowagi, momentów uczenia, gotowości, rozwoju. To nie ma prawda zadziać się w przetrwaniu.

Możemy więc porysować tę złość, naprawdę. Razem, w weekend, podczas zabawy, w komforcie nas wszystkich. A nie gdzieś na tym rondzie codzienności, gdzie w głowie huczy niczym na zakorkowanej ulicy w dzień przed Wigilią.

Na koniec

Napisałam ten tekst w takim, a nie innym tonie próbując znaleźć metaforę, która zbliży nas do dzieci, do życia. Wiem, że na poziomie teorii można wiedzieć maks, a kiedy dochodzą do głosu emocje, my sami wpadamy w przetrwanie i… sięgamy po najlepsze dostępne strategie. Większość z nas korzysta więc z pomysłów na tupanie, rysowanie itd., bo często nie znamy innych, a te kiedyś nam albo komuś pomogły.

Tym tekstem chcę Was zachęcić do refleksji nad tym, kiedy dzieci naprawdę są gotowe i otwarte na nasze wspierające strategie. Kiedy chcą z nami rozmawiać o uczuciach i o tym, co mogą z nimi robić. Czy w szale, lęku, niepewności? Czy może w komforcie, gdzieś przed snem, w chwili bliskości albo dobrej zabawy?

 

P.S.Jeśli ciekawi Was temat wspierania w złości dzieci między 1 a 6 rokiem życia, to daję znać, że 22 listopada w Warszawie razem z Ulą Malko poprowadzimy warsztaty dla rodziców „Oswoić dziecięcą złość”. Szczegóły po kliknięciu w zdjęcie poniżej.

 

Poleć ten tekst znajomym