baner(3)
GDYBAMY PSYCHOLOGIA DZIECKA

To ja sprawdzam, jak mi z tym jest – o granicach w relacjach z dziećmi i nie tylko

hands-1191449_1920

W temacie wychowania w szacunku i bliskości bardzo często mówi się o granicach w relacjach z dziećmi. Tych, które wyznaczają rodzice i tych, których (ponoć) nie mają nasze dzieci. Spotykam te myśli często tam, gdzie toczy się dyskusja o dzieciach i tym wszystkim, na co rzekomo im pozwalamy. Tym, co robią w towarzystwie innych i tym, co robią w relacji z nami, rodzicami.

Gdzieś wśród tych zdań padają często wskazania winnych – bo to rodzice tak pozwolili, bo to dzieci tak nie znają umiaru, bo nikt im nie zwraca uwagi. Przysłuchuję się często tym dyskusjom i niemal za każdym razem nachodzi mnie myśl o tym, że tu nie ma nikogo winnego, ani poszkodowanego. Że nikt nikomu granic wyznaczać nie musi, nic narzucać, ani za wszelką cenę „wychowywać”. Bo to granice w nas są, od pierwszych chwil życia i to, co można z nimi robić, to przede wszystkim brać je pod uwagę. Brać te dziecięce i brać te nasze.

To ja sprawdzam, jak mi z tym jest

Zaczęłam taki tytułem, bo widzę w nim grunt do moich rozważań o granicach. To ja je znam, to ja chcę je brać o uwagę, to ja mogę ich bronić albo je uelastycznić. To moje granice. Niby oczywiste, prawda? Ja sama wciąż jednak mierzę się z tym, żeby nie robić tego, co robiłam przez lata. Żeby odpowiedzialnością za moje granice nie obarczać innych ludzi. I tu odniosę się do przykładu.

Od kiedy zaczęłam prowadzić bloga, siłą rzeczy wzrosła liczba maili i pytań do mnie. Stworzyłam na stronie zakładkę, w której zaznaczyłam, że nie udzielam porad drogą mailową, a mimo tego pytania wciąż przychodziły. Wiedziałam, że piszą je ludzie, którym jest trudno i którzy szukają wsparcia. W miarę możliwości dawałam im znać, jak i gdzie tego wsparcia mogą poszukać. Z biegiem czasu pytania z maila przeniosły się na Facebooka, również na mój prywatny profil. Zdarzało się więc tak, że oglądaliśmy jakiś film w sobotę wieczorem i chwile te umilał mi dźwięk przychodzących wiadomości. Nigdy na takie pytania nie odpisywałam, wyznając zasadę, że weekend to świętość, ale każde z nich zasiewało we mnie ziarno niepokoju i napięcia. Bywało też tak, że wylewałam z siebie ogrom złości – bo jak to tak można pisać do kogoś w sobotę o 23, jak można robić to na profilu prywatnym, jak można odzywać się po latach z oczekiwaniem rozwiązania, a nie zacząć nawet od głupiego cześć. No jak tak można? – oburzałam się wielokrotnie.

W tych moich chwilach oburzenia gdzieś obok był mój mąż i jego przyziemny realizm, którego mi zwyczajnie brakowało. Czemu to Cię tak rusza? A skoro rusza, to dlaczego nie wyłączysz telefonu? Przecież to Ty decydujesz, kiedy i w co chcesz wchodzić?

Odkrywcze, prawda?

A jednak. W tych sytuacjach i w wielu innych zdarzało mi się widzieć to, że ktoś przekracza moje granice i mocno się za to oburzać. Rzadko jednak widziałam w tym to, że to ja jestem od tych moich granic, nikt inny. Że ludzie wybierają różne strategie na swoje potrzeby, a o moje mogę zatroszczyć się tylko ja. Tylko ja mogę zadbać o moje potrzeby i granice tak, żeby było to w zgodzie ze mną. Dzień po dniu zaczęłam wprowadzać zmiany w swoim myśleniu, a każde doświadczenie empatii było dla mnie jednocześnie siłą i wyzwoleniem.

Zanim podejmę decyzję, zanim w coś wejdę, zanim powiem „tak” albo powiem „nie”, sprawdzam to ze sobą. Jak mi z tym jest albo będzie? Co mi to robi? Czy chcę się w to angażować? Czy chcę wziąć za to odpowiedzialność? Troszczę się o te swoje granice, dbam o swoje potrzeby, bo to jest mój kawałek, nikt tego za mnie nie zrobi.

W relacji z dzieckiem – czy chcę i mogę?

To samo robię w relacji z dzieckiem, tym moim ukochanym i tymi, z którymi spotykam się zawodowo. Kiedy pada pytanie, prośba, oczekiwanie, pytam samą siebie – czy chcę i mogę to zrobić? Czy chcę teraz przeczytać kolejną książkę? Czy chcę teraz nieść moje dziecko, zakupy i rower na rękach? Czy w ogóle mogę to zrobić? Czy chcę wstawać do niego w nocy? Czy chcę brać je do łóżka? Przytulać kiedy płacze, brać pod uwagę, kiedy nie chce śpiewać dla babci, zjadać obiadu, założyć butów – czy ja w tym wszystkim chcę i mogę brać udział?

I znowu sprawdzam – jak mi z tym. Nie jak jest z tym mojemu obserwatorowi, teściowej i rzeszy samozwańczych psychologów. Nie jak jest z tym społecznym powinnościom, oczekiwaniom i zasadom. Jak mi z tym jest, czy chcę czy mogę, czy biorę to na siebie w tym momencie mojej relacji z dzieckiem.

Czasem chcę i mogę, czasem nie chcę albo nie mogę. Czasem chcę zatroszczyć się o siebie, a innym razem to dzień jest taki, że pewnych rzeczy nie przeskoczę. Uelastyczniam te moje granice i słucham tego, co danego dnia ważne. Bo dzisiaj możesz grać na flecie do upadłego, a ja pomogę Ci zjeść wszystkie posiłki. Jutro może być inaczej i sprawdzę to ze sobą, a potem Ci powiem.

No właśnie, powiem Ci o swoich granicach

Nie jestem rodzicem po to, żeby wyznaczać dziecku granice. Nie jestem też po to psychologiem wychowawcą, ciotką i sąsiadką. Nikt z nas nie jest po to, żeby mówić komuś, co „musi”, co „powinien”, a czego nie. To, co mogę i chcę robić, to mówić za siebie. O tym, czego ja chcę, a czego nie. O tym, co lubię, a co niekoniecznie. Czego potrzebuję, a co nie robi mi dobrze. I to w sumie wydaje się takie logiczne, bo jeśli posprawdzam ze sobą różne rzeczy, to tak naprawdę tylko tyle wiem – jak mi z tym? jak mi to robi?

videotogif_2017.01.24_12.50.27

Wyszukany gif mojego autorstwa, który pokazuje przeniesienie akcentu – to nie dzieciom mamy wyznaczać granice, ale mówić im o tym, jakie są nasze

Kiedy moje dziecko nie chce zasnąć, to mogę zacząć całą rundę myśli o tym, jak bardzo robi mi na złość. Przecież widzi, że padam na twarz, przecież mogłoby już wyluzować, dać buziaka w czoło i pójść spać. A ono prosi, żebym nie odchodziła, przeczytała kolejną bajkę, była obok.

Czy chcę i mogę to zrobić?

Czasem tak, a czasem nie i to „nie” też jest ok. Mogę więc śmiało o tym powiedzieć i wybrać sposób, w jaki to zrobię. Idź spać, masz za sobą ciężki dzień, jutro nie wstaniesz do przedszkola, będziesz marudzić itd. itd. – Ty, Ty, Ty. Tylko czy faktycznie mam pewność, że tak będzie? Czy poza tym, o czym ja myślę, nie ma czegoś więcej?

Chcę odpocząć, ja. I wcale ten komunikat nie znaczy, że Ty go kupisz, ale on jest o mnie, nie o Tobie. Widzę, że trudno Ci zasnąć, położę się obok, już bez czytania, bo chcę odpocząć. Jesteśmy ja i Ty – choć mówię o sobie, nadal biorę Cię pod uwagę.

Być branym pod uwagę

Jest jeszcze coś, co nasuwa mi się w temacie granic – bycie branym pod uwagę. I kiedy myślę o granicach w relacji rodzic – dziecko, to wydaje mi się to szalenie ważne, z kilku powodów.

Pierwszy jest taki, że nawet jak chcę sprawdzać ze sobą różne rzeczy, mówić o swoich granicach i potrzebach, to nie chcę też zapominać, że obok jest moje dziecko. Mniejsze, większe, po prostu jest. Ono też ma swoje potrzeby i też ma swoje granice. Czasem dotyka tych moich i nie robi tego dlatego, żeby dokuczyć starej matce, albo dlatego, że wchodzi mi na głowę. Robi to, bo z czymś mu trudno, coś je przerasta, w czymś potrzebuje pomocy. Robi to, bo może jest w takim, a nie innym momencie swojego życia i wykonuje właśnie ciężką, rozwojową robotę, której do końca samo nie pojmuje. I robi to w relacji ze mną, trochę tak, że im bezpieczniej się w niej czuje, tym większa szansa, że to zrobi. I to też nie jest odkrywcze, bo ja też jestem sobą tam, gdzie czuję się bezpiecznie. Nie przed szefem w pracy, z koszulą zapiętą pod szyję, ale w domu, w dresie, w gronie najbliższych. Tam, gdzie wiem, że mam przestrzeń na całą paletę moich przeżyć i emocji, gdzie nie ma kar i nagród za bycie poprawnym, a ja jestem brana w całości taka, jaka jestem.

Druga rzecz jest taka, że każdy z nas marzy sobie, że te nasze dzieci będą nas brały pod uwagę zawsze i wszędzie. Że jak zrobię kawę i wezmę do ręki książkę, to ta moja czterolatka spojrzy i pomyśli:

„Daj, ać ja pobawię się sama, a ty poczywaj!”

I może czasem pomyśli, a może czasem nie. I może czasem wypiję tę kawę ciepłą i przeczytam pięć rozdziałów, a innym razem przypomnę sobie o niej wieczorem, ładując kolejną zmywarkę. I wiecie co? Tak to trochę jest, że możemy mieć idealne wizje, scenariusze rodzicielskich chwil i pięknie zadbanych granic. Tylko, że czasem scenariusz jest prozaiczny, a my mamy to, co mamy, real.

Trzecia rzecz z tym braniem pod uwagę jest taka, że jak ja dziecku, tak dziecko mi. Pewnie, że chcę być brana pod uwagę, ale to nie ja zaczynam ten kierunek. To nie od moich granic zaczyna się lekcja, żeby je brać pod uwagę. Bo na początku relacji z dzieckiem tych moich granic jest niewiele, ale tych dziecięcych mnóstwo. I tu zaczyna się moja praca. Czy ja te granice zobaczę? Czy wezmę je pod uwagę?

Czy wezmę wtedy, kiedy moje dziecko nie chce być noszone przez obce osoby?

Czy wezmę wtedy, kiedy nie chce całować cioci?

Czy wezmę wtedy, kiedy nie chce wchodzić w prześmiewcze żarty dziadka?

Czy wezmę wtedy, kiedy nie chce się dzielić swoją zabawką?

Czy wezmę wtedy, kiedy chcę się bawić po swojemu, ubrać po swojemu, rysować po swojemu?

Czy wezmę wtedy, kiedy nie chce zjeść za mamusię, tatusia i nawet za siebie?

Czy wezmę za każdym razem, kiedy coś je narusza? Kiedy z czymś nie jest mu dobrze? Kiedy jasno i wyraźnie mówi „nie”, nawet, a może szczególnie mi, swojemu rodzicowi?

Epilog z życia wzięty

W poniedziałek na spacerze spotkałyśmy sąsiada, który chciał pożyczyć sanki naszej córki, bo tak umówił się z moim mężem. Ponoć ustalili między sobą, że będzie mógł pożyczać te sanki, kiedy chce. Nasze dziecko przystało na tę prośbę i wydawało się, że nie jest to dla niej żaden problem.

Wieczorem, kiedy sanki już dawno wróciły do garażu, Zosia przyszła do mnie i zaczęła rozmowę:

Wiesz mamo, ja sobie o tym myślę i ja nie chcę już pożyczać tych sanek. Pożyczyłam raz i nie chcę. Każdy może czegoś nie chcieć i ja teraz nie chcę.

Ok, słyszę, że to ważne i będę pamiętać – odpowiedziałam

Gdzieś w tej rozmowie padło jeszcze to, że tata podjął tę decyzję bez niej i że to nie było ok, bo ona nie rusza jego rzeczy, jeśli nie spyta. I to był fakt, również ważny.

Dla mnie była to krótka lekcja przypominająca. Lekcja o granicach i wzajemności. Lekcja o sprawdzaniu ze sobą, mówieniu „tak” lub „nie”, czasem nawet zmienianiu zdania. Lekcja o tym, że jeśli chcę, by dziecko brało pod uwagę moje granice, to najpierw ja chcę brać pod uwagę jego.

P.S. Następy wpis o granicach będzie dotyczył tych, które są poza naszym domem i które można spotkać w różnych grupach społecznych

Poleć ten tekst znajomym
  • Monika

    Jak dobrze znów czytać Twój tekst 🙂 I dziś akurat o granicach, kiedy padam na twarz, dziecko cały dzień coś ode mnie chciało, ostatnie dni przyniosły gorzką falę uwag na temat mojego sposobu wychowywania i komentarzy jaką ja to jestem matką …
    Dziękuję za ten wpis 🙂

    • Monika, dziękuję, że piszesz! Po tak długiej przerwie, dobrze jest wiedzieć, że ktoś czyta 🙂 A z tymi komentarzami to wiesz, jak jest – wiele osób ma coś do powiedzenia i pewnie w tych trudnych dniach zastanawiasz się czy nie mają racji. Potem nadchodzi spokój, patrzysz na dziecko i widzisz, że to wszystko ma sens.

      • Monika

        Dokładnie taki schemat się u mnie pojawia 🙂
        Ps. zaglądałam prawie codziennie 😉

      • Dziękuję!:)

  • Paulina

    Dziękuję 😉 cieszę się, że wróciłaś do nas. Ale mam ważne pytanie. Jak sobie radzić jak coś po drodze zrobiliśmy nie tak? Gdzieś naruszalismy te granice dziecka i codziennie ponosimy wszyscy tego konsekwencje? Jak zawrócić? Jak naprawić?

    • A w jakim wieku jest dziecko?

      • Paulina

        3 latka, syn.

      • Paulina, dla mnie to taki wiek, że można spróbować usiąść z dzieckiem i pogadać. Że coś się działo, ale już tak nie chcecie, że to nie było ok i chcecie zacząć inaczej. Czasem samo przeproszenie też dobrze robi i świadomość, że to jest proces, więc jeśli będą zmiany, dziecko je poczuje, to powoli może wiele się zmienić.

      • Paulina

        Bardzo dziękuję za odpowiedź. W sumie coś co niby sama wiem, ale dobrze się w tym umocnić, mieć pewność, że tędy droga. Ehh… To wszystko takie skomplikowane i trudne. Dzięki raz jeszcze.

      • Paulina

        3 latka

  • Małgo

    Moim problemem jest naginanie własnych granic wobec dziecka. Rozpoczęło się od niewłaściwego zrozumienia rb, zbyt dużego poświęcenia własnej autonomii dziecku.
    No i poplynelam. Nie wiem jak się z tego wycofać. Teraz 2,5-roczniak jest totalnie zaskoczony tym, że mogę się na cos nie zgodzić, nie ulec, nie przedłużać w nieskończoność. Histeria na miejscu. Ciężka praca przed nami 🙂
    Dzięki ze jesteś 🙂 Bardzo cenię Twoje wpisy za wyważenie i rzetelność. Twoj blog to mejsce do którego bardzo często się odnoszę 🙂
    Śmiało powiem, że wolę bycblizej.pl nawet niż Juula 😉 😉 😉

    • Małgo, dziękuję, takie słowa to dla mnie wielka sprawa 🙂

      Zobacz, kilka komentarzy niżej o coś podobnego pytała Paulina i ja myślę, że można spróbować odnieść to do Twojego opisu. Moje doświadczenie jest takie, że dzieci od 3 lat w górę (czyli możesz już spokojnie próbować) dobrze odnajdują się w takich zwrotach, w których rodzice mówią, że chcą coś zmienić, chcą inaczej. Że do tej pory było tak, a teraz chcemy to zmienić i zatroszczyć się o każdego z nas. Przypuszczam, że to nie będzie zaklęcie i te frustracje będą (m.in. z racji wieku), ale to, co możesz mu dać to być obok i wspierać. Przetrwanie frustracji, przetoczenie się złości, to często duże wyzwanie.

      Jeśli nie czytałaś jeszcze „Nie z miłości” Juula, to bardzo Ci polecam. Zerknij też tutaj, może się przyda http://bycblizej.pl/2015/06/30/pozwol-zlosci-sie-przetoczyc/

      No i najważniejsze – daj sobie też empatię, bo pewnie dziecku dajesz jej dużo. Znasz może tę metaforę kubeczka, że jak Ty nie masz nalane, to dziecku też nie nalejesz? Trzymam za Ciebie, za Was kciuki i dziękuję raz jeszcze za dobre słowo 🙂

      • Paulina

        Małgo, Anita. Myślę, że są podobieństwa. Ja byłam dwa lata tylko dla syna, nie dbalam o swoje granice, tzn większość robiłam bo chciałam, zabawy itp., Ale niestety czasami się poświęca łam. I syn po prostu myślał, że tak jest, tylko on ma potrzeby itp., Ponadto jak pisałam niżej zdarzały się mimo wszystko sytuacje, że gdzieś nie zadbaliśmy o jego granice. Jak miał dwa lata urodziłam córeczkę, to ograniczyło siła rzeczy nasza uwagę na nim. I do dziś jest bardzo bardzo trudno. On nie radzi sobie z tym, a my z nim (tak w skrócie 😉)

      • Małgo

        Dziewczyny, dzięki za sugestie 🙂
        Paulina, nasza sytuacja jest naprawdę podobna, bo za chwilę rodzę drugiego bąka i starszy synek jeszcze dotkliwiej odczuje pojawienie się mojej asertywności 😉
        Na szczęście Tata również jest blisko rb i nvc. Staramy się być drużyną i postępować spójnie. To bardzo pomaga.

  • Najsmutniejsze jest to, że takie wpisy w ogóle muszą powstawać. Dziewczynki są uczone poświęceń dla rodziny’ i otoczenia. Oglądałam mądry program, w którym kobieta opowiadała o tym, że dziewczynki nie są uczone odmawiać, takiego „twardego nie”. Jeśli powie, że nie chce czegoś zrobić: pocałowac cioci, powiedzieć wierszyka, czy podzielić się zabawką, to znaczy że jest niegrzeczna. To prawda, mowa była o molestowaniu i tym, że niewiele kobiet stanowczo przestawia się niechcianym „zalotom”, tylko się wykręca i ucieka, liczy na to że facet się znudzi. Ale moim zdaniem można to przełożyć na każdą strefę życia. Kobieta nie może powiedzieć, że nie ma ochoty na spacer z dzieckiem, że nie chce się jej gotować obiadu, wyświadczyć komuś przysługi, albo iśc na obiad do tesciów. Nie i już. Na szczęście widzę coraz częściej wśród rówieśników sytuacji gdy mąż włącza się w opiekę i w prace domowe. To plus. Jednakże smuci mnie każdy raz, gdy widzę że jeszcze kobieta musi się tłumaczyć, że może wyznaczać granice, że może jej się czegoś nie chcieć, może nie mieć ochoty. Takie Twoje wpisy są szalenie potrzebne nie dla mężczyzn, ale dla nas kobiet. Marzę jednak o tym, aby to co piszesz rozumiało się „samo przez się”/.

    • Ja widzę to trochę tak, że takie wpisy powstają, bo rodzice o to pytają. Są coraz bardziej świadomi tego, że chcą te granice pokazywać, ale nie wiedzą jak robić to z empatią i szukają wsparcia. Na warsztatach bardzo często o tym rozmawiamy i wtedy okazuje się, że wiedza o granicach jest i nikt nie chce się z nich „tłumaczyć”, ale wciąż jeszcze jest kwestia tego akcentu – żeby mówić o sobie, a nie o tym, co robi dziecko. I to też jest niezłe wyzwanie, bo wciąż jeszcze hitem cieszą się książki typu „Co wolno dziecku”, czyli nie o tym, jak zadbać o siebie, ale jak spacyfikować dziecko.

      Jesper Juul fajnie pisał o tych różnicach płciowych, że to szczególnie nasze córki potrzebują odmowy właśnie po to, żeby jako mamy znały ten stan. Ja się zastanawiam czy to jest kwestia płci czy pewnej wrażliwości, czegoś takiego, że kobiety często myślą, że mogą kogoś zranić odmawiając – bez względu na to, czy to przyjaciel czy dziecko. Nie wiem czy i jaki jest kierunek tej zależności, ale jestem go bardzo ciekawa, może gdzieś kiedyś trafię na coś więcej w tym temacie.

  • Dziękuję. Dla mnie granice to najtrudniejszy temat w rodzicielstwie. Wymagający dużej autorefleksji, ponawianej ciągle i ciągle w miarę rozwoju naszych dzieci.

  • Patpat, trochę o tym jest ten ostatni akapit. Czasem jest tak, że dobrze jest zadbać o siebie, bo bez tego trudno zadbać o dziecko. Czasem jednak warto pamiętać, że to nie jest jakiś plan, misja, że może i dobrze, żeby był elastyczny. Mogę zmieniać zdanie, mogę negocjować z dzieckiem, traktować je po ludzku, tak ja chcę być traktowana, a nie upierać się przy konsekwencji i dbaniu o siebie kosztem dziecka. Inna sprawa, że dzieci wyczuwają, jeśli robimy coś od niechcenia i zdarza się tak, że odczytują to jako informację zwrotną o sobie, że to po ich stronie jest problem.

    To, co dla mnie jest ważne, to specyfika każdej sytuacji i dziecka, rodziny. Dzieci, ludzie przekraczają nasze granice z różnych powodów, czasami dlatego, że jest im trudno. Kiedy naszemu przyjacielowi jest trudno, łatwiej nam to rozpoznać i raczej nie myślimy o tym, że on przekracza nasze granice, tylko o tym, żeby go wesprzeć. Podobnie jest z dziećmi, że ich przekraczanie granic często ma związek z tym, że z czymś nie dają rady i szukają u nas wsparcia, po swojemu.

    Wchodzimy w kontakt na różnych płaszczyznach, jest wśród nich wyrażanie siebie, słuchanie z empatią i empatia dla siebie. To jaki rodzaj wybierzemy w danej sytuacji zależy od wielu rzeczy, może o tym napiszę wpis, to będzie łatwiej zrozumieć.

    Nie wiem czy czytałaś Juula „Nie z miłości”, a moim zdaniem to ciekawa pozycja w temacie granic i mówienia o swoich granicach. Jeśli napiszesz mi, w jakim wieku masz dziecko, będzie mi łatwiej coś podpowiedzieć, jeśli chodzi o książki z granicami w tle.

    • patpat

      Bardzo dziękuję za reakcję.
      Jestem opiekunką dwóch rodzeństw: dziewczynek 2 i 4 lata oraz dziewczynek 7 i 10 lat.
      Gdy spędzam z nimi 5-7 godzin dziennie, wiele razy doświadczam uczucia, że nie mam na coś zgody, nie mam ochoty, moje potrzeby są przeciwne do potrzeb dzieci. Są to przeróżne sytuacje: potrzebuję niezakłóconego kwadransa czasu w toalecie, bez wołania mnie lub szarpania za klamkę, potrzebuję niezakłóconego kwadransa czasu na zjedzenie, bez zaglądania mi w twarz lub talerz, nie chcę grać siódmy raz w tę samą grę pod rząd, nie chcę czytać im przez kilka godzin, bo moje gardło prosi o luz już po godzinie, nie chcę być w jednym pomieszczeniu z dzieckiem które ma atak furii podczas którego kopie, gryzie, pluje i wyzywa, mam ogromne opory przed przytuleniem dziecka które wyje na całe gardło – mam reakcje na poziomie fizjologicznym w takich sytuacjach: ból brzucha i gęsią skórkę. Codziennie w swojej pracy z dziećmi przekraczam te swoje bariery, bo nie wiem jak ułożyć relacje z dziećmi z poszanowaniem swoich barier. W rezultacie praca z prześwietnymi dziećmi, które za mną przepadają, bywa bardziej frustrująca niż satysfakcjonująca. Rodzice mnie wspierają w mówieniu dzieciom nie, to ja nie umiem tego wdrożyć.
      Dziękuję za podrzucenie tytułu książki, myślę że od niej zacznę.

  • niematojak kawa

    To bardzo dobry tekst.
    Bywa trudno czasami. Czasami już brak pomysłów.
    Jestem mamą nastolatka, który nie chce chodzić do szkoły. Mam wrażenie, że czasem wymyśla, szuka tylko powodu by nie pójść. No i nie idzie. Nie mam jak spowodować żeby to zrobił. Musi sam zachcieć. Bardzo chcialabym wiedzieć co zrobić.
    Szkoła nie jest problemem. Nic się tam nie dzieje. Rozmawiałam z nim, z nauczycielami. Zaproponowałam zmianę szkoły, ale stanowczo odmówił.
    Nie chcę do niczego zmuszać, ale do szkoły chodzić trzeba.
    Najtrudniej jest się dowiedzieć w czym problem, albo o co chodzi. Na przeróżne pytania (próbuję różnych sformułowań) słyszę odpowiedz -nie wiem.
    Cała sprawa bardzo wiąże się z powyższym wpisem. Wydawać by się mogło, że rozmowa zalatwi sprawę. Że mówiąc o swoich odczuciach, wyjaśniając, coś się zmieni. A nic się nie zmienia.
    Więc może ktoś z Was ma podobne doswiafczenia