baner(3)
GDYBAMY

Dywan z ulicami i pudełko empatii

gift-548286_1920

Dywan z ulicami to jedna z tych rzeczy, które najmocniej kojarzą mi się z przedszkolami. Takie dywany spotkałam w większości przedszkoli, w których procowałam. Nie lubię tych dywanów i jest to niechęć ogromna. Zdarza mi się podejmować rozmowy o ich likwidacji, przeraża mnie ich przebodźcowanie i z pokorą oddaję to, że większość dzieci je uwielbia. Więc są. Dywany z ulicami.

Nie będzie to jednak tekst o wnętrzach i ich dekoracji. Zaczęłam od dywanów, bo z przedszkolem kojarzą mi się mocno, jednak nie tak mocno, jak ludzie, którzy owe przedszkola tworzą. Nauczyciele. Dla niektórych ciocie, panie, przedszkolanki, dla mnie nauczyciele, koleżanki z pracy, a od kilku tygodni również ważni ludzie w życiu mojej córki. Moje niespełna dziesięć lat pracy w przedszkolach to dokładnie 52 nauczycieli i drugie tyle pozostałych pracowników przedszkola. Cały przekrój osobowości.

Poznawałam ich „w akcji” i na spokojnej kawie w przerwie. Podczas pokojowych rozmów i poważnych spięć. Dwóch miało wpływ na moją decyzję o zmianie pracy, a kilku stało się moimi dobrymi znajomymi. Widziałam ich w rozmaitych sytuacjach, w dążeniach, potrzebach i ograniczeniach. Jednych w rozwoju, innych w silnym trwaniu przy swoim. Jednych szukających wsparcia, innych uznających, że ta cała wiedza psychologiczna jest bzdurą.

Po kilku pierwszych tygodniach pracy wiedziałam, że wykonują ogromną robotę. Robotę dosłownie, z równie ogromną odpowiedzialnością. Codzienna opieka nad dziećmi była kawałkiem tej odpowiedzialności, czasem okraszanym dodatkowymi atrakcjami – bo dekoracje na oknach, bo Dzień Babci i przedstawienie, bo kartki świąteczne dla emerytów i figurki z masy solnej w prezencie dla rodziców. Malowały, wycinały, kleiły. Wycierały nos, podciągały spodnie, zmieniały bluzkę. Odpowiadały na pytania, udzielały wskazówek, pomagały dojść do głosu. Towarzyszyły w emocjach, a czasem udawały, że tych emocji nie ma. Pomagały wejść do sali, a czasem wręcz zmuszały dzieci do tego. Stawały po stronie dziecka, albo za wszelką cenę trwały przy swoim. Czasem chciały mieć tylko rację, a innym razem stawiały wyłącznie na relacje.

Wszystkie nauczycielki (i jeden nauczyciel), które spotkałam, łączyły w sobie coś z tego, co wyżej i jeszcze więcej. Siadałam z boku patrząc na dzieci i czułam skrępowanie części z nich, czasem wzbogacone obawą czy ja na pewno przyszłam patrzeć na dzieci. I tak faktycznie było, choć siłą rzeczy obserwowałam też dorosłych. Nie robiłam tego jednak po to, żeby stawiać diagnozy, wyciągać wnioski, biec na skargę do dyrekcji albo oceniać. Patrzyłam z uważnością, ciekawością i, w miarę upływu lat, z coraz większą empatią. Im wyższym był poziom owej empatii, tym częściej pojawiało się u mnie przekonanie, że większość z nas, rodziców, nie ma zielonego pojęcia o tym, jak ważną pracę wykonują ci ludzie. Równie często pojawiała się myśl, jak bardzo ta praca jest niedoceniania, również finansowo. Jak często, widząc nauczycielkę w kapciach, widzi się kogoś, kto jest „tylko od dzieci”. Taką właśnie ciocię, opiekunkę, panią od wycierania kataru. I jak często, bazując na tym przekonaniu, nie dostrzega się tam kogoś, kto być może jest jedną z ważniejszych osób w życiu naszego dziecka, a jednocześnie w tym byciu „od dzieci”, potrzebuje przestrzeni, by zatroszczyć się o siebie.

Kiedy szukaliśmy przedszkola dla naszej córki, kolejną (po adaptacji) z istotnych dla mnie kwestii było to, jak traktowany jest personel. Przedszkole, do którego chodzi Z. ujęło mnie m.in. tym, że (już na etapie rekrutacji) zwracało uwagę na potrzeby pracowników. Widziałam w tym dużą troskę o ich prywatność, intymność i czas, który jest ich czasem po pracy. Zawierało się to w informacjach o dostępności mailowej w pewnym okresie czasu, w prośbach o punktualne odbieranie dzieci z uwagi na to, że pracownicy mają rodziny i w drobnych gestach, które pokazywały, że słowo „zespół” nie jest przekłamaniem.

Wszystkie te rzeczy przypomniały mi o sytuacjach, w których, przez te niemal dziesięć lat, znajdywały się moje koleżanki z kolejnych przedszkoli. O tych rodzicielskich telefonach w niedzielę, o mailach wysyłanych o 22 i ponaglanych o 23, o przyprowadzaniu chorych dzieci, o notorycznym spóźnianiu się po dzieci i uznawaniu, że nauczycielki MUSZĄ (zdarzało mi się słyszeć nawet, że muszą, bo to ich misja). Myślałam o tym i wracała do mnie metafora kubeczka. Tego dorosłego, który dobrze, żeby był na tyle pełen, żeby można było coś przelać do tych dziecięcych. Tego, który napełnia się równowagą, relaksem, troską o swoje potrzeby i swoje granice. Tego kubeczka, który nam rodzicom, potrafi wyczerpać się błyskawicznie, kiedy mamy za dużo i trudno nam uzyskać wsparcie innych dorosłych. Tego samego, który w przypadku nauczycieli, rozlewa się na kilkanaście dziecięcych, a napełnia zdecydowanie zbyt rzadko.

Wiele razy zdarzało mi się rozmawiać z moimi koleżankami, nauczycielkami przedszkola, z uznaniem mówiąc o ich pracy. O tej codzienności wypełnionej odpowiedzialnością i nadmiarem bodźców. Ich potrzeby bycia wziętym pod uwagę, docenionym, zauważonym wysuwały się w tych rozmowach na pierwszy plan. Widziałam, jak wiele z nich wykonywało ogromną pracę w kierunku własnego rozwoju, nie tylko tego, który wypełniał stażowe teczki i podnosił pensje. Słyszałam, jak mówiły, co im pomaga, a co  jest dla nich trudne. Co jest ważne, a z czego chciałyby być odciążone. Ilekroć wychodziłam z pełnego gwaru przedszkola, ilekroć mijał mój pięciogodzinny dyżur, myślałam o tym, jak potworne musi być ich zmęczenie, skoro ja marzę tylko o tym, by przez chwilę pobyć w ciszy i skontaktować się z tym, co we mnie dorosłe i świata dzieci nie dotyczy.

Kiedy piszę ten tekst jest 13 października. Nie wybrałam tej daty przypadkowo. Jutro część z nich, moich koleżanek kiedyś i dziś, będzie obchodzić swoje święto. Razem z nimi nauczyciele szkolni, ale ich rzeczywistości nie znam aż tak dobrze, więc pozwoliłam sobie skupić na tym, czego dotykam na co dzień.

Gdybym mogła obdarować czymś wszystkich nauczycieli przedszkola, to dałabym im pudełko, a może nawet pudło empatii. Takiej, która jest uważna na to, co w nich żywe. Która dostrzega potrzeby i granice. Takiej, która widzi rolę tych relacji i ich znaczenia na kolejne lata życia dzieci (i nie tylko). Takiej, która wiąże się z uznaniem, szacunkiem, wdzięcznością. Takiej, która może sobie wyobrażać, że mają trudno, ale tak naprawdę tego nie dotyka. Nie takiej, która jest racjonalizacją i usprawiedliwianiem. Nie takiej, która mówi, że nic nie da się zrobić, bo grupy duże i wszyscy mają źle. Empatii, która dostrzega i widzi, jest i nie ocenia, a w kimś „od dzieci” widzi też osobę, która, żeby od tych dzieci być, potrzebuje również tego, by czasem z tych relacji wyjść i zatroszczyć się o to, co jest tylko jej.

Poleć ten tekst znajomym
  • Agnie Sza

    Dziękuję ci za ten tekst. Nauczycielka przedszkolna i wczesnoszkolna.