JESTEŚMY BLISKO

Balans

8560840624_c67c5c1fef_z

9 maja, czyli za równy miesiąc, nasza córka skończy trzy lata. Powinnam napisać tutaj, że nie wiem, kiedy to minęło (bo nie wiem), że dzieci za szybko rosną (bo tak jest) i że nie wierzę, że te kilka milimetrów z pierwszego usg potrafi zamknąć drzwi do swojego pokoju i twierdzić, że chce być tam sama. Tym razem nie będzie jednak o dziecku, a przynajmniej nie ono będzie w roli głównej. To będzie tekst o równowadze, o tym filarze, który pielęgnuję najmocniej. To będzie tekst o balansowaniu między potrzebami każdego z nas, o trosce o te potrzeby i o tych lekcjach, które od trzech lat odrabiam nieustannie.

Na początku był chaos

Dosłowny. Karmienie, noszenie, karmienie, noszenie, karmienie, noszenie i spanie – wyłącznie na rękach jednego z nas. Kiedy nasza córka, w wieku 7 miesięcy, po raz pierwszy zasnęła w ciągu dnia bez noszenia, czuwałam przy niej z niepokojem, a mój mąż co chwilę sprawdzał czy ma gorączkę. Nie miała, co nie zmieniało faktu, że sytuacja ta była dla nas zupełnie nietypowa. Jeśli dołożyć do tego kolki, rehabilitację, jakieś lekarskie wizyty i codzienność na wysokich obrotach, wspomnienie, które mi się rysuje ma znamiona niesamowitej intensywności. W tamtym czasie nic nie było proste ani łatwe, nic, choć bardzo tego potrzebowaliśmy. Wyjść do łazienki bez ryzyka płaczu, ubrać się bez bujania wózka drugą nogą, uśpić bez nosidła albo piłki do pilatesu. Różowe macierzyństwo z reklam pasowało do mnie jak pięść do nosa, a przecież po ośmiu miesiącach leżenia plackiem, miało być tylko łatwiej. Nie było.

Intensywność tamtego czasu sprawiała, że miałam czasem ochotę uciec na koniec świata. Po całych dniach dawania fizycznej bliskości, marzyłam o jakimś pudełku nicości, w którym nie ma bodźców cielesnych, nikt ode mnie nic nie chce, a ja mogę zająć się tylko sobą. Po całych dniach, w których mój mąż pracował po 12 godzin, szukałam rozmów o wszystkim, co nie dotyczy dzieci i pozwala mi mówić pełnymi zdaniami. Po tych wszystkich momentach, w których czuwałam, myślałam, planowałam i gdybałam, marzyłam o tym, żeby ktoś zrobił to wszystko za mnie. Przyszedł, nie pytał, wziął dziecko na spacer, a mi nałożył kołdrę na głowę i pozwolił odpłynąć. Zmęczona i padająca na twarz nie wiedziałam jeszcze wtedy, że wszystko to dzieje się w mojej głowie i w obszarze potrzeb, których wtedy jeszcze nie umiałam rozpoznać.

Pierwszy błysk

Pojawił się zaraz po tym, jak stopniowo życie naszej rodziny zaczęło wracać do normy. Mąż pracował mniej, ja miałam więcej czasu dla siebie, minęły niektóre problemy okresu niemowlęcego, a ja poszerzałam swoją wioskę o nowe kontakty z dorosłymi. To ostatnie może wydać się śmieszne komuś, kto tego nie doświadcza, ale ja z samotnością matki trzymałam wtedy sztamę. Może to ona trzymała ze mną, a może ja nie umiałam jeszcze zadbać o to, żeby nie było nam ze sobą tak dobrze. Poza telefonem i internetem, sieć kontaktów skurczyła się niemiłosiernie. Byliśmy pierwszymi rodzicami w grupie znajomych, a w czasie, gdy ja „siedziałam z dzieckiem w domu”, moje bliskie koleżanki kończyły pracę o 19 albo 20. Na szczęście dla naszych relacji były weekendy, telefony i internet, a ten ostatni dał mi okazję do poszerzenia wspomnianej już wioski i poznania matek, z którymi do dzisiaj utrzymuję bliskie kontakty. To do nich pisałam w sprawie rozszerzania diety, to z nimi podejmowałam kolejną walkę o powrót do figury sprzed ciąży, to one rozumiały jak nikt, że maraton karmienia piersią to najlepsza pora na pogaduchy na fejsie.

Miało być o pierwszym błysku, ale jak zwykle się rozpisałam. Ten błysk przyszedł na pewnym warsztacie, gdy leżała przede mną lista potrzeb (możecie zapoznać się z nią np. tutaj). Nie przypomnę sobie już teraz, jakie dokładnie było nasze zadanie, ale chodziło o to, żeby znaleźć taką potrzebę, która w danym momencie jest dla nas wyjątkowo ważna. To był moment, błysk właśnie, kiedy przede mną pojawiła się ona – potrzeba wzajemności. Patrzyłam na ten zlepek słów i powoli docierało do mnie, że spośród wszystkich potrzeb, to właśnie o tę chciałabym zatroszczyć się najmocniej. Żeby o mnie ktoś myślał, żeby za mnie ktoś planował, żeby ktoś wziął pod uwagę, że jestem niewyspana i że niewiele mam wspólnego z promienną mamą, która w spokoju czyta książkę na ławce w parku, podczas gdy jej dziecko śpi obok (bez bujania w wózku!). Dotarło do mnie wtedy, że ów ktoś, do kogo miewałam ukryte pretensje i żale, nie jest w stanie tej potrzeby mi zaspokoić. Bo przecież nie pomyśli „ok mamo, Ty sobie śpij, a ja poleżę w ciszy” albo nie wpadnie na pomysł „dobra, to dzisiaj wszystko pójdzie nam z górki, bo mama jest nie w sosie”. Zrozumiałam wtedy, tak banalną z pozoru rzecz, że skoro to ta potrzeba jest dla mnie taka ważna, to tylko ja sama mogę się o nią zatroszczyć i szukać strategii, które wychodzą poza moją relację z dzieckiem. Był to dla mnie taki czas, kiedy relacje z ludźmi wokół mnie zaczęły same się klarować. Mając świadomość tej niezwykle ważnej dla mnie potrzeby, zaczęłam troszczyć się o to, by zaspokajać ją tam, gdzie to możliwe, a dozować sobie to, co temu nie służy. Relacja z dzieckiem nie zaspokajała mojej potrzeby wzajemności i nie mogła tego zrobić. To nie moje dziecko miało coś zrozumieć, ale ja sama. To nie ono miało bardziej współpracować i być dla mnie łaskawsze. Ja i tylko ja, szukając w innych relacjach, mogłam się zatroszczyć o tę potrzebę wzajemności i bycia braną pod uwagę.

Równowaga

Dzisiaj, kiedy moja córka ma prawie trzy lata, balansuję między potrzebami każdej z nas, dając jej jednocześnie przestrzeń do tego, by w przyszłości ona też czuła, że ma prawo do szukania takiej równowagi. Czasem jest to tylko spokój podczas popołudniowej kawy, a czasem decyzja o zamówionym obiedzie i dniu bylejakości. Szukam tej równowagi też w każdej z tych sytuacji, w których stajemy przed nowym wyzwaniem rozwojowym. Mały człowiek, mocno dbający o swoją autonomię i ja. Z moją potrzebą łatwości, jasności, bycia braną pod uwagę, sprawczości czy też współpracy. Stajemy więc razem, przed każdym wyjściem z domu, przed każdym powrotem do niego, przed każdym protestem o mycie włosów i troską, żeby były czyste. Moje i jej. Współpraca i autonomia. Łatwość i tysiące powodów, by zrobić po swojemu. Bycie braną pod uwagę i…bycie braną pod uwagę. Ja i ona, moje i jej potrzeby. Balans, którego ciągle szukam.

Szukam balansu, szukam równowagi i odpowiedzi na pytanie, której z nas, o co aktualnie chodzi. Bo ja czasem chciałabym, tak po prostu, rzucić hasło: Wychodzimy! i spotkać przy drzwiach ubrane, uśmiechnięte dziecko. No po prostu tyle. Bo innym razem chciałabym pójść do domu prosto, bez wchodzenia na wszystkie krawężniki i dwóch powrotnych ucieczek na plac zabaw. Chciałabym też czasem mieć tak, że jak u mnie gorszy dzień i leje, plucha, plus kolejna infekcja, to po drugiej stronie uśmiech, współpraca i ściszony głos. To tyle ja, niewiele w sumie. Być może jest jednak tak, że ONA też by chciała. Czasem szykować się w swoim tempie i nastroju, a nie słuchać tylko ciągłego: Wychodzimy! Czasem poszaleć na krawężniku i zastać noc na placu zabaw, bez poganiana i przypominania, ze już czas do domu. Mieć czasem gorszy dzień, w którym można marudzić i razem przeżywać, że pada deszcz i katar leje się z nosa. To tyle od niej, niewiele w sumie.

Balansujemy więc między potrzebami. W ciągłym rozwoju, od kryzysu do kryzysu, od sukcesu do sukcesu. Raz na wozie, raz pod wozem, a innym razem koniom lżej. Mijają trzy lata mojego rodzicielstwa, a ja coraz lepiej rozumiem, czym dla mnie jest owa równowaga. To nie tylko szukanie czegoś dla mnie i dla drugiej strony, to nie tylko mówienie o granicach i troska o nie. Ten balans to dla mnie przede wszystkim przestrzeń dla potrzeb, które nie zawsze muszą być spójne. To poszukiwanie, gdybanie, odkrywanie strategii, które pozwolą zatroszczyć się o nas wszystkich. Czasem to odraczanie czegoś w czasie, oczekiwanie, że kiedyś się wyśpię, że będę za tym wszystkim tęsknić, że będę zbierać owoce. Czasem to przenoszenie akcentu na jedną ze stron, na mnie, na nas, na córkę.

Balans to nie MOJE i nie JEJ. Nie konsekwencja, opór i zdecydowany ton. Mój balans to empatia nie tylko dla dziecka. Mój balans to granice, nie tylko te moje. Mój balans to potrzeby, każdego z nas. Te kilka lat rodzicielstwa nauczyło mnie nie tylko tego, jak troszczyć się o moje dziecko, ale również tego, jak troszczyć się o siebie.

źródło zdjęcia: flickr, HomeSpot HQ, cc

Poleć ten tekst znajomym
  • Zawsze podziwiam Twoje podejście do bliskości i rodzicielstwa. Często można zapomnieć się w nim zapomnieć, jesteś jednak żywym przykładem, że odnalezienie równowagi jest możliwe. Gratuluję! Tym bardziej, że początki były dla Was trudne.

    • Dziękuję. Myślę jednak, że jestem taką dość realną postacią i nie zawsze jest różowo. Raczej kolorowo i to takie autentyczne kolory 🙂

  • Gosia Grudkowska

    Dziękuję za ten wpis.

  • Gosia

    o tak też tego poszukuję i też mam poczucie, ze rodzicielstwo nauczyło mnie jak troszczyć się o dzieci ale też o siebie