baner(3)
GDYBAMY

Wyrwani z kontekstu

puzzle-673250_640

Wtorek, 10 rano. Na stoliku kawa, komputer i moje notatki. Siedzę w jednej z kawiarni dla rodzin i próbuję pracować. Co drugą z moich myśli przerywa śmiech dziecka, głos rodzica, jakieś „uważaj!” albo „chcesz siku?”. Życie tętni tu na całego i gdzieś w środku siedzę ja. Siedzę i patrzę. Myślę, że widzę i w sumie niewiele trzeba, bym to swoje „widzę” zamieniła na „wiem”. No bo przecież mogłabym wiedzieć. Wiedzieć więcej, lepiej, bardziej krytycznie albo z większym luzem. Tymczasem nie wiem tak naprawdę nic, a widzę tylko to, co w moim polu widzenia. Wyrwane z kontekstu dzieci i wyrwani z kontekstu rodzice. Ja też siedzę wyrwana i codziennie staram się o tym wyrwaniu pamiętać.

Totalne rodzicielstwo

Rodzicielstwo jest doświadczeniem totalnym – powiedziała kiedyś Agnieszka Stein. To nie jest jakaś rola, coś z czego można wyjść. To działka do zagospodarowania na 24 godziny w ciągu doby, na każdą noc, weekend, urlop i te wszystkie poranki, w których chciałoby się nakryć kołdrą i pospać jeszcze kilka godzin. Nic z tego, matki nie chorują, a rodzice nie biorą urlopu. Pewnie, że sytuacje są inne, że ktoś w przedszkolu, a ktoś „z dwójką albo trójką to dopiero ma trudno”. Nie zmienia to jednak faktu, że jest totalnie. Totalnie energetycznie, totalnie angażująco, totalnie wyczerpująco i z totalnym poczuciem szczęścia.

A wszystko to w kontekście, moim, Twoim, rodzinnym, społecznym. Niepowtarzalnym, niemożliwym do oderwania i zapomnienia. Niby to wszystko wiemy, ten swój kontekst znamy, ale zdarza się, że lubimy odbierać go innym. Na rodzinnym obiedzie, na placu zabaw, w komunikacji miejskiej. Jak ona tak może?! Co z niej za matka?! Ja bym tak nie zrobiła…

Chyba nie ma drugiego takiego obszaru, w którym tak łatwo kogoś zranić, jak wtedy, gdy ocenia się jego rodzicielstwo. Rodzicielstwo jako całość albo jakieś jego elementy. Każdy z nas chce być dobrym rodzicem albo przynajmniej tak o sobie myśleć. Podejmuje więc takie, a nie inne decyzje, wybiera takie, a nie inne strategie, korzysta z takich, a nie innych zasobów. Wybiera to, co służy zaspokojeniu jego potrzeb (a nie moich), co jest zgodne z jego wartościami (a nie moimi). Jest rodzicem, a nie projektem rodzic. Nie jakąś wizją, ideałem, układem cech i nośnikiem naukowych teorii.

Co za matka?

Założyła dziecku czapkę, kiedy na dworze plus 16 albo nie założyła przy tych samych plus 16. Dała parówkę albo pozwoliła się bawić jedzeniem. Nie odpieluchowała po skończeniu roku albo zrobiła to właśnie wtedy. Punkt widzenia zależy od punktu patrzenia, a widzimy zawsze tylko jakiś wycinek. Wycinek rzeczywistości danej rodziny, wyrwany z kontekstu.

Jakiś czas temu uczestniczyłam w rozmowie o jedzeniu i karmieniu dzieci. Był to jeden z tych dialogów, w których zdziwienie mieszało się z krytyką i oceną. Pamiętam doskonale, jak źle się w tej rozmowie czułam, jak bardzo dotykała ona tego, co we mnie gra. A w temacie jedzenia gra naprawdę dużo i na całe szczęście dla mojego dziecka, ja tego grania staram się nie słuchać. Bo ja już wiem o nadwrażliwości, którą udało nam się zdiagnozować. Ja wiem o wybiórczości związanej z tą nadwrażliwością, o trudnościach, które sprawiają, że termin „estetyczne jedzenie” u nas nie istnieje i o wszystkim tym, co sprawia, że ktoś z boku może wystawić mi ocenę. Co ze mnie za matka, że moje dziecko rozkłada kanapki na czynniki pierwsze? Co ze mnie za matka, która przebiera dziecko po każdym posiłku a bałagan wokół stołu daje rozkosz tylko psu? Co ze mnie za matka, która „pozwala” dziecku na tę całą wybiórczość w jedzeniu? Kontekst znają tylko ci, którzy chcą go znać, a oceny tylko z niego wyrywają.

Jak tak można?

Krzyknąć, dać upust złości, kupić Kubusia i pozwolić oglądać bajki. Można, naprawdę można. To wszystko nadal może robić kiepsko mi, obserwatorowi. Nadal może budzić we mnie obawy, refleksje i potrzebę dialogu. Dialogu a niekoniecznie oceny. Konia z rzędem temu, kto zawsze jest mistrzem zen. Drugiego konia temu, kto nigdy nie zrobił czegoś, czego żałował. Całą stadninę temu, kto czuje, że bez winy może rzucać ocenami w innych rodziców.

Nie da się ukryć, że myślimy o ludziach różne rzeczy. Coś może nam się w nich podobać, a coś zdecydowanie nie. W tej drugiej sytuacji możemy dostrzegać problemy, ale to są nasze problemy. Biorą się z naszego myślenia o tej osobie i jej zachowaniu, a nie z tej osoby właśnie. Idąc tym tropem wiem, że nie mam wpływu na to, co robią inni rodzice, ale mam na to, czy chcę się tym zajmować, a tym bardziej czy będę to oceniać.

I tak sobie myślę, że tym mocniej wtedy, gdy wybieram wychowanie bez ocen, tym mocniej wtedy, gdy mówię o empatii, tym mocniej właśnie w tym całym świadomym kontekście, chciałabym dawać tę empatię innym rodzicom i chować do kieszeni swoje oczekiwania i oceny.

źródło zdjęcia: pixabay, marcusspikse, cc

Poleć ten tekst znajomym
  • Anna Skrzypek

    Zgadzam się w teorii, ale tAK trudno mi przekuć to w praktykę i naprawdę przestać oceniać.

    • Ja też ciągle się tego uczę.

  • Sakinimod

    Kiedyś przeczytałam artykuł Agnieszki Stain, że nie można oceniać ludzi na podstawie wyrywka ich rzeczywistości. Nie znamy kontekstu, widzimy tylko konkretne zachowanie, a nie wiemy czy za nim nie stoją inne problemy, a czasami przecież może to być zwykłe zmęczenie rodzica. Sytuacje, które mnie jakoś wewnętrznie oburzają (to zwykle takie, gdy dziecko jest wyzywane, albo szantażowane emocjonalnie, o biciu nie wspominając) są dla mnie nauką, jak bardzo jest istotne poszanowanie godności dziecka. I wiem, że mnie się też zdarzyło, że mi puściły nerwy i ktoś patrzący z boku mógłby stwierdzić, że przeginam, ale dla mnie istotne jest to, że się uczę, że wyciągam wnioski, że staram się nie powtarzać tych samych błędów, chodź nie ukrywam, że mój syn stawia mi coraz to nowsze wyzwania 🙂

  • Fajny tekst. Trochę mnie natchnął, bo borykam się z problemem niejedzenia u mojej córki, od wielu miesięcy, i to dość poważnie. Możesz napisać coś więcej o tej nadwrażliwości i związanej z nią wybiórczości pokarmowej? Ze mną żaden z pediatrów nie wchodził jeszcze w taki temat, jak emocje czy też relacje w rodzinie. A to chyba się ze sobą łączy…

    • U nas to kwestia, która wyszła podczas diagnozy si i logopedycznej. Co do relacji i emocji przy jedzeniu, to chyba prawdą jest, że im więcej napięcia, tym większa trudność. Zbieram się od miesięcy, żeby o tym napisać i może wreszcie znajdę czas.