baner(3)
GDYBAMY

Jest takie jedno pytanie…

10156703466_0303444ea0_z

Jest takie jedno pytanie, które zadaję sobie niemal każdego dnia od prawie 3 lat.

W nocy, kiedy potykam się o swoje nogi i biegnę zareagować na wybudzone i płaczące „mamo! mamo!”, chociaż śniłam właśnie o wakacjach pod palmami, a budzik zadzwoni za dwie godziny.

Rano przy śniadaniu, kiedy układam w głowie rozkład dnia i planuję, jak się nie spóźnić tu i tam, jak oddać na czas tekst, jak dopracować warsztaty i napisać opinię. Rano przy śniadaniu, kiedy papryka chrupie w ustach mojej córki, a rogal z masłem ląduje na ziemi, ku uciesze psa, nie mojej.

Potem kolejny raz. Gdzieś między jednym a drugim klockiem lego, jedną a drugą książką i stertą ręczników papierowych, które udają naleśniki, a które mocno zaburzają mój stan zen. Bo przecież przed chwilą był tu błysk, porządeczek, a teraz „znowu to samo”.

Pytanie bumerang wraca, kiedy spędzam kilkadziesiąt minut nad obiadem z jednego z tych przepisów, które dołują mnie, kiedy nie mam czasu na nic więcej niż makaron z sosem. Gotuję, zachwycam się, przyprawiam, nakładam i… Nie, mamo. Nie będę tego jadła.

Potem krąży wokół mnie jeszcze kilka razy w ciągu dnia. Na placu zabaw, kiedy zbieram spojrzenia innych rodziców i ich rzucone, niby do dzieci, komentarze typu „to, że mama tej dziewczynki pozwala jej zjeżdżać na brzuchu, nie znaczy, że Ty też możesz, przecież tak można wybić wszystkie zęby”. Na chodniku, kiedy KTOŚ chce sobie posiedzieć, a ja snuję już wizję zapalenia płuc, szpitala i najgorszych chorób świata. W sklepie, kiedy ten sam KTOŚ nie chce podać ręki naszej sąsiadce i wtula się w moje nogi. W setkach sytuacji, w których czuję, że dokonuje się ocena moich postaw i w tysiącach chwil, w których nabieram pewności, że to ja jestem ekspertem – od potrzeb i granic mojego dziecka, od moich potrzeb i granic, ale również od potrzeb i granic całej naszej rodziny.

Kilkanaście razy w ciągu dnia, kilkadziesiąt w tygodniu, setki w miesiącu i niezliczoną ilość od 9 maja 2013 roku, zadaję sobie to właśnie pytanie:

Co jest dla mnie najważniejsze?

Czy czas spędzony przy rodzinnym śniadaniu, czy plany, które układam na cały dzień?

Czy porządek, który chciałabym stale mieć pod kontrolą, czy beztroska zabawa mojego dziecka?

Czy ten idealnie zbilansowany obiad, czy spokój i brak spiny przy wspólnych posiłkach?

Czy dziecięcy luz na placu zabaw, czy nakazy dorosłych i ich pomysły na zabawę?

Czy ta ręka podana sąsiadce, czy pewność, że można ją podać, kiedy będzie się czuło taką potrzebę i gotowość?

Czy to, żeby coś na moje dziecko „działało”, czy żeby było dla niego wsparciem?

Czy potrzeby tylko jednego z nas, czy potrzeby nas wszystkich i nasza rodzinna równowaga?

Czy mam w głowie PROJEKT DZIECKO, czy podążam za tym, jaki ten KTOŚ ma projekt na siebie?

Czy moja racja czy nasza relacja?

Tych pytań są tysiące, ale wszystkie mają początek w tym: Co jest dla mnie najważniejsze? Nie skłamię, jeśli napiszę, że to pytanie, które zadaję sobie najczęściej. Nie zastanawiam się czy karać czy nie. Czy wierzyć Juulowi czy behawiorystom. Na kogo wyrośnie moje dziecko i jak sobie poradzi poza domem.

Co jest dla mnie najważniejsze?

Odpowiedź przychodzi czasem z jednym oddechem, ale są sytuacje, w których pojawia się po kilku dniach. Kiedy analizuję słowa rodzinnych doradców, pobocznych komentatorów i swoje własne refleksje dotyczące tego, że droga, którą wybraliśmy nie należy do najłatwiejszych, ale coraz częściej dostrzegamy, że „było warto” i jest warto każdego dnia.

Na początku jest czas inwestycji, a czas zbierania owoców przychodzi później. Zawsze we właściwym czasie.

                                         Agnieszka Stein

źródło zdjęcia: flickr, Kat Grigg, cc

 

Poleć ten tekst znajomym
  • Sakinimod

    Dzięki stokrotne! Zamienię moją masę pytań na to jedno! Bo ja się wiecznie biję z myślami i pytam siebie, czy powinnam?, czy dobrze robię?, a co jeśli? i mam uczucie szamotania się z samą sobą. A potem dopiero przychodzi refleksja, dlaczego zabraniam? czy tylko dlatego, żeby nie być poddana ocenie? Co jest ważniejsze, moje samopoczucie, czy poczucie mojego dziecka, że go wspieram w trudnym momencie. Mogłabym długo na ten temat pisać i pewnie wielu tak ma. Dzięki, bo Twój blog pozwala mi często wrócić na właściwe tory.

    • Dziękuję i ja, bo każde takie zdanie jest dla mnie ważne.

  • To samo! Cieszę się, że o tym napisałaś, bo ja też bardzo często czuję jakbym żyła w jakimś rozkroku i choć jestem pewna tego, że to w jaki sposób wychowujemy nasze dzieci jest najlepszą opcją to to pytanie co w danej chwili jest dla mnie ważniejsze, najważniejsze prześladuje mnie codziennie. Odkąd pojawiła się w naszym życiu Ki mam jeszcze jedno: „Czy nie poświęcam za mało / za dużo uwagi jemu / jej zaniedbując ją / jego?” Czy wystarczająco dobrze dzielę swoją uwagę między tą moją kochaną dwójkę? Wyrzuty sumienia towarzyszą mi niemal codziennie…

  • asia

    Dziękuję za ten tekst. Myślę, że jest to świetne pytanie nie tylko w kontekście rodzicielstwa, ale w ogóle tego, o co często kruszymy kopie z naszymi bliskimi. Albo w kontekście tego czego nam brakuje w relacjach, w życiu. Co jest dla mnie ważniejsze- żeby mój wymarzony mężczyzna dużo zarabiał, czy żebym była z nim w codzienności szczęśliwa, żebym miała w domu idealny porządek na przyjście gości czy, żebym miała siły i ochotę z nimi siedzieć i rozmawiać do nocy itd. Bardzo fajne pytanie 🙂