JESTEŚMY BLISKO PSYCHOLOGIA DZIECKA

Łzy małe i łzy duże

8767955537_4b053bafa8_z

Od kilku tygodni szukamy przedszkola. Jestem takim typem, który z jednej strony wiele spraw zostawia na ostatnią chwilę, a z drugiej ma takie, które są gotowe na długo przed czasem. W tej drugiej kategorii znajdują się wszystkie te, które są ważne i nie dotyczą tylko mnie. Szukamy więc tego przedszkola, wnikliwie czytam zakładki na każdej ze stron i zdarza się, że trafiam na takie, na których dwukrotnie zerkam czy na pewno dotyczą dzieci, opieki nad nimi, wsparcia i towarzyszenia im w rozwoju.

Pierwszym momentem, który zwykle mnie zatrzymuje jest ten, w którym czytam rady o adaptacji. „Pożegnaj się szybko, nie przeciągaj, niech dziecko wie, że jego płacz Cię nie zatrzyma”. Szybko, czyli jak? Nie przeciągaj, czyli co? A niby czemu płacz MOJEGO dziecka nie może MNIE zatrzymać? Jeśli nie mnie, jego matkę, jego ojca, to kogo? Czy jest jakiś limit czasu i czy jeśli ktoś go zna, to czy właśnie nie dziecko? Czy każde będzie działać według z góry narzuconego schematu, a konkretne wytyczne będą dobre dla każdego z nich? Czy naprawdę przedszkola muszą dzielić się na te, w których dla dzieci zaczyna się coś nowego i na te, które za wszelką cenę musza przypominać im, że coś się kończy?

Wiem, że świat dorosłych rządzi się swoimi prawami. Że pędzimy do pracy, że szefa nie obchodzi nasza adaptacja, że „większość dzieci to przeszła i jakoś żyje”. Mam jednak takie poczucie, że nic nie jest zero-jedynkowe, a już na pewno nie rodzicielstwo i bycie w relacji z dzieckiem. Nie jest więc tak, że dokonujemy wyboru między przepchnięciem dziecka za próg przedszkola, a wielogodzinnym pożegnaniem. Gdzieś pomiędzy tym jest całe morze możliwości, cały obszar różnych uczuć, reakcji i zachowań. I to ja rodzic mogę dokonać takich, a nie innych wyborów. To ja mogę zadecydować, jak chcę towarzyszyć mojemu dziecku w początkach przygody z przedszkolem. Czy chcę rozmawiać z nim o tym, co trudne? Czy chcę potrzymać za rękę dłużej niż nakazuje regulamin przedszkola? A może zostawić sobie urlop na wrzesień i nigdzie się nie spieszyć? Mogę wybrać w tym, co mam, najlepiej jak umiem, nawet jeśli jedyny wybór oznaczałby to, że biorę na siebie te trudne emocje z rozstania i razem z nimi biegnę do pracy. Że daję im dojść do głosu, że nie udaję, że ich nie ma, że przyznaję, że mi też jest trudno i że te nasze wspólne trudności są ok. Bo przecież doświadczamy zmiany, my, nie tylko dziecko.

Kiedy myślę o sytuacjach trudnych, często odpala mi się taka odwrócona perspektywa. Czego ja bym potrzebowała w podobnej sytuacji? Co mogłoby być dla mnie wsparciem? Czy chciałabym, żeby podczas zapoznania z teściową, przyszły mąż wepchnął mnie za drzwi, dał buziaka i uciekł, żeby nie przedłużać? Czy chciałabym, żeby podczas wyprowadzki z domu, rodzice tylko wnieśli moje bagaże do nowego mieszkania i wrócili do siebie? Czy chciałabym, żeby mąż zostawił mnie na porodówce i poszedł do pracy? Przecież to moje przełomowe momenty, to ważne i często stresujące chwile. Czy naprawdę chciałabym, żeby najbliższe osoby załatwiły to ze mną szybko, bez emocji i wrażliwości na te, które są we mnie?

Z tą moją perspektywą wiąże się jeszcze coś. To nie tylko dziecko żegna się ze mną, ale też ja żegnam się z nim. A ja już wiem, o co chodzi w rozstaniu. Ja już wiem, czego mogę się spodziewać. Ja przerabiam to w sobie, mniej lub bardziej, od jakiegoś czasu, a ono nie. I to już nie dotyczy tylko przedszkola, ale też wielu innych sytuacji. Tych, w których do ostatniej chwili nie mówię dziecku, że jedziemy na pobranie krwi. Tych, w których obiecuję, że to pobranie na pewno nie będzie bolało. Tych, w których jak najdłużej ukrywam fakt śmierci chomika. Tych, w których wychodzę z domu bez pożegnania, bo wiem, że może być trudne. Wszystkich tych, w których chcę ochronić dziecko przed stresem, choć tak naprawdę nie daję mu dojść do głosu i po prostu się przetoczyć. A przecież te wszystkie sprawy dotyczą nas, dwojga, trojga, całej rodziny. Czemu więc daję sobie prawo do przygotowań a dziecku już niekoniecznie?

Przy rozstaniu, przy adaptacji, przy pobieraniu krwi. W wielu sytuacjach mogą pojawić się dziecięce łzy. Z nimi nie trzeba obchodzić się na sucho, nie trzeba udawać, że ich nie ma albo robić wszystkiego, żeby się nie pojawiły. „Nauczcie się przyjmować i dzielić płacz dzieci” mówi francuska psychoterapeutka Isabelle Filliozat i dla mnie to jedna z najlepszych wskazówek, nie tylko na czas adaptacji, ale na każdy dzień relacji z dzieckiem.

P.S. O tym dlaczego dzieci płaczą i dlaczego potrzebują, by towarzyszyć im w tym płaczu, więcej w tym artykule.

 
Źródło zdjęcia: flickr, Runar Pedersen Holkestad, cc
Poleć ten tekst znajomym
  • kasia_kkk

    Kiedy myślałam o ty, że moje dziecko ma pójść do przedszkola, najbardziej bałam się właśnie tego: że on będzie płakać, a ja co? Mam wyjść? ZOstawić go, gdy mnie woła, boi się i cierpi (oczywiście subiektywnie, ale mnie obchodzi przecież właśnie to, co on czuje, a nie co inni uważają, że można czuć w takim momencie). I nie było we mnie na to zgody, choć ze wszystkich stron słyszałam, że po pierwsze wszystkie dzieci to przechodzą i wszyscy rodzice muszą przeżyć kilka takich dni, po drugie – że w życiu czeka go mnóstwo rozczarowań i nie mogę zawsze być obok. Ale chodzi o to, że ja nie chciałam sama być takim jego rozczarowaniem. Dlaczego? Bo ktoś tak każe? Nie rozumiem tego – że przedszkola każą rodzicom odwrócić się tyłem i wyjść, choć ich dziecko woła i prosi o pomoc. Ja bym nie zrozumiałą, gdyby ktoś mi tak zrobił, a co dopiero 3-, 4-latek. Dlatego szukałam, szukałam, szukałam i … znalazłam 🙂 I okazało się, że można inaczej. Ani ja, ani on nie uroniliśmy ani jednej dni podczas pierwszych (i wszystkich innych) dni w przedszkolu.
    Oczywiście to prywatna placówka, Montessori (kojarzę, że Ty też takiej szukasz, choć my jesteśmy z innej części Warszawy), nastawiona mocno na emocje dziecka. Choć i tutaj panie mówiły na początku, że raczej zalecają krótkie pożegnania, ja powiedziałam, że my potrzebujemy zrobić to po swojemu i tak się stało. Nasze pierwsze pożegnania trwały więc długo, po pół godziny, on przedłużał, ja pozwalałam, aż w końcu sam wchodził do sali. I to była jego decyzja. Po 2-3 tygodniach sytuacja się unormowała i wygląda, jak u innych dzieci – buziak, przytulenie, przeczytanie jadłospisu na dany dzień i leci z uśmiechem do pań przedszkolanek 🙂
    I wiem jedno – warto było! Szukać, nie poddawać się presji innych, wierzyć w swoje przekonania. Nie dać się zmusić do „łamania” własnego dziecka. Ja nie mam moralniaka, on nie ma złych wspomnień, a naszą relacją nic nie zachwiało 🙂

    • Mamy ogromne szczęście, że mieszkamy w dużym mieście i mamy w czym wybierać, chociaż znam też „zwykłe” przedszkola, w których są takie ciepłe i miłe nauczycielki, że cała adaptacja przebiega spokojnie i z zaufaniem do dziecka.

      Wspaniale się czyta o Waszych doświadczeniach, to taki głos, który dodaje wiary, że można, że warto. Dziękuję!

      Ja mam już swoje trzy typy, wkrótce zaczynamy spotkania informacyjne. Jestem szalenie ciekawa. Teraz nasza córka jest w minimontessori, 2razy w tygodniu i nawet do tej pory zdarzają się chwile, kiedy dzieci bardziej potrzebują rodziców i nauczycielki są na to otwarte, a jeśli tych rodziców nie ma, naprawdę robią wszystko, żeby zaopiekować się tymi emocjami. I takie miejsca też dają mi nadzieję, że można, że się da i że nie trzeba mówić, że „jak zacznę jedno przytulać, to wszystkie będą chciały”

  • Beata

    ojj ;0 mogłabym pisać ;o b=rawo 😉

  • Bardzo ciekawy post ❤ właśnie oddałam dziecko do żłobka (20 miesięcy), ale przez tydzień byłyśmy w nim razem… adaptując się, co bardzo pomoglo przełamać pierwsze lody 🙂