baner(3)
GDYBAMY JESTEŚMY BLISKO

O konsekwencji i „wspólnym froncie”

5373531103_19edbe41d7_z

Mogłabym napisać, że jestem twarda. Że u nas nie ma śniadań przed bajką, a na lodówce wiszą spisane przez nas zasady. Mogłabym napisać, że jestem konsekwentna. Że nigdy nie zmieniam zdania i ma być tak, jak ja mówię. Bo tak postanowiłam. Mogłabym napisać, że przecież pracuję z dziećmi, a one jak powietrza potrzebują konsekwencji, bo bez niej się gubią. Że mama i tata mają zawsze mówić jednym głosem i nigdy nie odważyć się na odmienne zdanie.

Napisałabym to na szybko i wrzuciła jako mądrą myśl psychologa, gdybym tylko wierzyła w choć jedno z powyższych zdań.

Czy rodzice naprawdę muszą być konsekwenti?

Zjedliśmy dzisiaj śniadanie w łóżku, a razem z nami świnka Peppa i kolekcja rodzinnych wirusów, która skutecznie nas powaliła. Zwykle jemy w kuchni, przy stole, razem, bez bajki. I co? I nic. Dzisiaj zjedliśmy inaczej, bo taką podjęliśmy decyzję. Jesteśmy szalenie niekonsekwenti i czasem zmieniamy zdanie. Wśród „zasad” panujących w naszym domu istnieje tylko troska o bezpieczeństwo i szacunek do granic naszych i innych ludzi. Cała reszta żyje razem z nami, według naszego rytmu i potrzeb. To nie jest jakiś przypadek, lenistwo albo kaprys. To w pełni świadoma i przemyślana decyzja. Elastyczność i autentyczność, jak u Juula „rodzice z krwi i kości, którzy nie udają, że są nadludźmi”.

Mówi się, że konsekwencja jest niezwykle ważna w roli rodzica. Pytanie brzmi tylko: w jakiej roli? Nie jesteśmy rodzicami od 9 do 17, nie zrzucamy służbowych ubrań i nie zdejmujemy identyfikatora. W rodzicielstwie nie ma czasu „po godzinach”, urlopu ani spisanego scenariusza do owej roli. Dając sobie prawo do zmiany zdania, dajemy je też naszym dzieciom. Pokazujemy im, że czasem można się mylić, czasem coś przemyśleć, czasem wziąć pod uwagę potrzeby i punkt widzenia kogoś poza nami. To o wiele ważniejsze doświadczenie niż obserwowanie kogoś, kto odgrywa „rolę rodzica”, który jest konsekwentny i nigdy zdania nie zmienia.

„Nie ucierpi na tym Twój wizerunek w oczach dziecka, ponieważ ono nie szuka wizerunku, tylko prawdziwej osoby, jaką ma przed sobą.” (Isabelle Filliozat „W sercu emocji dziecka”).

Ktoś zapyta: Kiedy można zmienić zdanie? Mam poczucie, że kryterium jesteśmy my i nasi bliscy, nasza relacja. Kiedy to dla nas ważne. Dla nas albo naszych bliskich. Kiedy nasze albo ich potrzeby się zmieniają. Kiedy nasze albo ich granice zostają naruszone. Zwykle nie przeszkadza mi jazda rowerkiem po domu, ale dzisiaj pęka mi głowa. Moje dziecko jest samodzielne przy jedzeniu, ale dzisiaj poprosiło mnie o pomoc i nakarmienie. Nie jemy śniadań w łóżku, ale dzisiaj dokładnie tego było nam potrzeba. Tej mitycznej niekonsekwencji, która jest czymś naturalnym. Po prostu!

Czy coś się stało bez owej konsekwencji? Nic. I na co dzień też nie odczuwamy jej braku. A co, jeśli nasze dziecko codziennie będzie chciało oglądać bajkę przy śniadaniu albo prosić nas o nakarmienie? Też nic. Usiądziemy, pogadamy, powiemy o tym, co dla kogo jest ważne i czego, kto z nas potrzebuje. I pewnie nadejdzie jakaś frustracja albo trudniejsze chwile, ale to przecież część relacji. Nie roli, ale relacji właśnie.

„Wymóg bycia konsekwentnym uważam za absurdalny. Oznacza to przecież, że nie pozwala się innym wpływać na swoje działanie. Gdyby było się naprawdę konsekwentnym, trzeba by za pięć lat myśleć dokładnie to samo, co dziś. Nie można być konsekwentnym dla samej konsekwencji.” (Jesper Juul „Przestrzeń dla rodziny”)

Rodzice na wspólnym froncie?

Oprócz tego, że jesteśmy niekonsekwentni, to miewamy też odmienne zdanie. Mama, tata i ich punkty widzenia. Nie jest tak, że te zdania spotykają się na ringu i ktoś musi wygrać, postawić kropkę nad i. One po prostu są, mają gdzieś u nas miejsce. Od tego, że ktoś może jeść mięso, a ktoś inny po prostu nie chce, aż po to, że czasem ktoś musi powiedzieć „stop”, kiedy ktoś inny przekracza granice, szczególnie te dotyczące dziecka. Nie mamy koalicji, ani „wspólnego frontu” wobec dziecka. Nie mamy też rywalizacji o stołek lepszego rodzica. Mamy natomiast szacunek i godność każdego z nas. I choć różnią nas lata, wzrost i doświadczenie, to w owej godności różnic być nie powinno.

„Dzieci nie szukają wyłomu w parze rodzicielskiej. Szukają prawdy. Szukają szczęścia oraz możliwości rozwoju (…) Dzieci wiedzą, co jest sprawiedliwe, a co nie. Dla dziecka większą niespójnością jest, gdy jedno z rodziców opowiada się po stronie drugiego, sprzeniewierzając się tym samym swoim wartościom.” (Isabelle Filliozat „W sercu emocji dziecka”).

Epilog

Chciałabym wychować szczęśliwe, świadome swoich potrzeb i granic dziecko. Dziecko uważne na potrzeby i granice innych ludzi, dbające o swoje i ich bezpieczeństwo. Myślę, że nie jestem osamotniona w takim marzeniu. Gdzieś mocno osadzam je w naszej codzienności i wszystkich „lekcjach”, również tych o zmianie zdania, elastyczności i prawie do posiadania odmiennej opinii niż ktoś inny. Jest taki obrazek w sieci, który idealnie to opisuje i którym kończę ten tekst. Ku refleksji.

10649656_689332144477271_4356551061515322862_n

autor: Randy Glasbergen, www

źródło zdjęcia głównego: flickr, John Liu, cc

Poleć ten tekst znajomym
  • BarBar

    wydawalo sie oczywiste dla naszych rodzicow, ktorzy teraz przewracaja oczami, gdy slysza wszystkie te nowomodne wywody o wychowaniu…zostawmy wychowanie intuicji a wszystko potoczy sie wlasciwym torem…

    • Ronja

      To chyba fajnych masz rodziców 😉 dla moich nic z tego nie było oczywiste.

    • Przyznam, że nie wiem czy uznajesz mój wywód za nowomodny, czy to on „wydaje się oczywisty”, ale bardzo podoba mi się zaufanie intuicji.

  • Gosia

    Super tekst:) Myślę podobnie, choć czasem w niektórych sytuacjach budzi się we mnie lęk, że jak teraz na coś pozwolę to już zawsze dzieci tak będą chciały itp. ale jednak robię krok będąc w zgodzie z tym co czuję i co jest mi bliskie i okazuje się ze problemu nie ma, że dzieci przyjmują to że dziś nie zgadzam się na zabawę moimi okularami, podczas gdy wczoraj mogły mi je zdejmować. Gdy córka jest chora/ źle się czuje czasem ją karmie, gdy o to prosi a ma niespełna 4 lata, a i tak w większości sytuacji je sama. Kiedyś natomiast konsekwencja wydawała mi się niezwykle znacząca w wychowaniu, ale widzę ze może być wiezieniem.

    • Myślę, że bardzo trafnie to ujęłaś – może być więzieniem, jak każdy kierunek, który sobie obierzemy i boimy się zbaczać z trasy. Dlatego piszę o tej autentyczności, bo rodzicielstwo jest 24/dobę i naprawdę trudno jest być cały czas „jakimś” wg konkretnych założeń. Nie tylko nasze dzieci potrzebują czasem luzu, prawa do potknięć i bylejakości, ale my też.

  • Beata Kos

    Bycie konsekwentnym moim zdaniem trzeba umieć. Dzieci muszą wiedzieć, że są decyzje u rodziców, które nie ulegną zmianie bycie jak chorągiewka na wietrze też nie jest dobre i u dzieci wprowadza pewien chaos. Dlatego we wszystkim dobry jest umiar staram się być konsekwentnym, ale pamiętać o rozsądku.
    Niestety ludzią mają tendencję do wpadania z jednej skrajność w drugą a ani to ani drugie nie jest dobre.Pozdrawiam

    • Otwartość do dyskusji i zmiany zdania wg potrzeb, granic itd nie jest dla mnie tym samym, co bycie chorągiewką na wietrze. Pomiędzy zmienianiem zdania bez powodu a byciem nadmiernie konsekwentnym jest całe morze możliwości, a elastyczność jest jedną z nich.

  • Marta Kozlowska

    Tak bardzo się z Tobą zgadzam! Od 10 lat pracuję z Dziećmi i przyznam, że na początku ta konsekwencja wydawała mi się być bardzo ważna. To podejście było wtedy (i niestety nadal jest) bardzo popularne „Powiedziałam nie, więc muszę w tym wytrwać.” Nie raz czułam, że zapędzam się w kozi róg – Dziecko się miota, ja się miotam… w sumie nie zależy mi na czymś aż tak bardzo, ale przecież już powiedziałam, więc tak musi być, nie ma odwrotu. I dramat dla obu stron. Na szczęście w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że dużo ważniejsze jest bycie wobec Dziecka nie tyle konsekwentnym, co autentycznym. Dziś już wiem, że większość kwestii można przedyskutować; że jeśli na coś się nie zgodziłam, a to dla Dziecka okazuje się ważne, śmiało mogę wyjść w Jego kierunku, nic na tym nie tracąc – wręcz przeciwnie. Paradoksalnie – zarówno mi, jak i Dziecku – daje to też niesamowicie dużo pewności w sytuacjach, w których o coś proszę lub czegoś odmawiam. Oboje wiemy, że dzieje się to tylko w uzasadnionych przypadkach, a to znaczy, że jest dla mnie naprawdę ważne.