baner(3)
CZYTAMY

„Potrzebna cała wioska” Agnieszka Stein i Małgorzata Stańczyk – recenzja

ag4

Zaparzam kawę i siadam do laptopa. Z pomarańczowej okładki zerka na mnie Agnieszka Stein, a ja zaczynam pisać. O tej książce, o wiosce, o rodzicielstwie i pracy z dziećmi. O wierze we własną moc i o kryzysach dotyczących owej mocy. O szukaniu i odnajdywaniu. O braniu odpowiedzialności i oddawaniu jej w ręce kogoś innego. O zaufaniu do siebie, ale też o potrzebie wsparcia.

Długo myślałam o tym, jak napisać tę recenzję, bo to książka inna niż większość, które ostatnio czytałam. Myślę, że ma to związek z tym, że napisana jest w formie rozmowy, a prowadzi ją Małgorzata Stańczyk (przyznam uczciwie, że czasem kupuję niektóre gazety tylko po to, żeby przeczytać jakiś wywiad, który ona przeprowadziła – tak było np. z ostatnim wydaniem Magazynu Coaching Ekstra „Żyj uważnie”, w którym znajdziecie rozmowę o uważnym, świadomym rodzicielstwie. I to nie tak, że jestem jakąś psychofanką, po prostu mam poczucie, że są to rozmowy pełne zaangażowania, a nie pytania wyklepane z kartki). Kiedy kilka tygodni temu otworzyłam paczkę od Wydawnictwa Mamania, przepadłam na dobre kilka godzin. To był jakiś dzień w środku tygodnia, więc byłam sama z córką, ale każda z nas zajęła się swoimi sprawami. Ona miała nowe farby, a ja duży kubek kawy.

Zaczęłam czytać i poczułam się tak, jakbym z tym kubkiem kawy była gdzieś obok tej rozmowy. Czytałam i zakreślałam kolejne zdania. Wracałam do niektórych i zatrzymywałam się na chwilę, żeby coś sobie poukładać. Wzięłam z tej pozycji sporo jako rodzic, a drugie tyle jako specjalista. I właśnie z tych dwóch kamer będzie ta recenzja.

O rodzicielstwie

Wiecie co najbardziej lubię w książkach o rodzicielstwie i dzieciach? Prawdę. Taką, w której autor nie jest „ą ę” i nie twierdzi, że wie wszystko, a wpadki są mu obce. Tak było w przypadku „Nie strach się bać” Cohena (więcej tutaj) i tak samo było podczas lektury książki „Potrzebna cała wioska”. Agnieszka Stein kilkakrotnie zwraca uwagę na to, że ona też miewa gorsze dni, że doświadcza trudności, że stale się rozwija i zdobywa nową wiedzę. Te fragmenty, w których opowiada o swoim rodzicielstwie wydają się dla mnie szczególnie ważne. Jest w nich bowiem coś osobistego, nowego i pomagającego spojrzeć inaczej na kwestię autorytetów. Dość mocno wyryła się we mnie opowieść o karmieniu piersią i zaufaniu do samej siebie. To jedna z tych historii, którymi „reklamuję” tę książkę, kiedy ktoś pyta mnie czy warto. Lubię ten fragment, choć być może są w tej książce ciekawsze, ale ten ma w sobie niezwykły ładunek szczerości i prostoty:

„Pewność siebie dało mi obserwowanie natury. Kiedy widziałam, jak wszystkie zwierzęta świetnie sobie radzą z rodzicielskimi zadaniami, chociaż nie miały narzędzi, jakich używają ludzie, to byłam pewna, że i ja sobie poradzę (…) ktoś zwrócił mi uwagę: „Nie wykarmisz go, bo chłopca to się nie da wykarmić tylko piersią, trzeba go dokarmiać butelką”. Ja wtedy odpowiedziałam: „Popatrz, twoja świnka ma jedenaście prosiaczków i daje radę, to czemu ja mam nie dać rady wykarmić jednego syna?”. Naprawdę uważam, że dzięki zwierzętom miałam dużo wiary w siebie”.

Mówiąc o rodzicielstwie, Agnieszka Stein często wspomina o zaufaniu sobie, ale też o korzystaniu ze wsparcia innych ludzi. Bardzo ważny jest dla mnie fragment dotyczący ojcostwa, dzielenia kontroli i odpowiedzialności. Podobnie z kwestią „siedzenia w domu” i doceniania opieki nad dzieckiem.

13

Gdybym chciała napisać o wszystkim, co po przeczytaniu tej książki, zostało we mnie jako w matce, ten tekst miałby kilka stron. Główna myśl krąży wokół takich aspektów, jak poczucie bezpieczeństwa i bycia zrozumianym. Wierzę, że wiele słów z tej pozycji, może przynieść spokój i przekonanie, że warto dawać empatię nie tylko naszym bliskim, ale również sobie.

O specjalistach

Lubię takie książki, z których mogę brać podwójnie. Nie tylko jako mama, ale też jako psycholog pracujący z dziećmi. Tak jest również w przypadku pozycji „Potrzebna cała wioska”. Podkreśliłam kilka nazwisk, do których chciałabym dotrzeć szukając wiedzy i inspiracji, zaznaczyłam kilka myśli, które mogą być ważne w mojej pracy, ale przede wszystkim znalazłam zrozumienie. Jest w tej książce taka wypowiedź Agnieszki, która jest mi szczególnie bliska i dotyczy diagnozowania. Część z Was wie, że zajmowałam się tym w poradni i w dużej mierze nadal to robię, teraz w ramach prywatnych konsultacji. Często jednak mam kłopot z tymi diagnozami, bo kryje się za nami obawa – i co dalej? Co da nam nazwa? Czy pomoże wspierać dziecko, czy tylko zamknie je w jakiejś etykiecie? To niezwykle trudny temat, mocno związany z odpowiedzialnością za słowa, za diagnozy, za to, co wnoszą one w życie dziecka i w relacje rodzinne, ale przede wszystkim za to, co zadzieje się potem. Odpowiedzialność to dla mnie takie słowo przewodnie w pracy z dziećmi i ich rodzinami. Moja odpowiedzialność i ta, którą potrzeba oddać rodzicom.

„Ja jestem po to, by pomóc rodzicom zrealizować ich cele, zajmuję się tym, co oni wnoszą. Jeżeli jest w tym coś, co im przeszkadza w osiągnięciu celu, to im o tym mówię. Ale jeśli coś jest w ogóle z ich celami niezwiązane, to nie mam potrzeby, żeby wszystkich rodziców zmieniać na rodziców bliskości. To nie na tym polega moja praca. Myślę, że tego powinno się uczyć na studiach, żeby psycholog nie upierał się przy zbawianiu świata i żeby nie uważał, że musi wszystkim pomóc. Ja sprzedaję pewną usługę i albo klient chce ją kupić, albo nie (…) moim podstawowym celem jest to, żeby rodzice poczuli, że pomaga im to, co ja mówię, że daję im przestrzeń na autonomię”.

i dalej:

„Mówię też dość jasno, że nie przejmuję odpowiedzialności za dziecko – odpowiedzialność za relację mają rodzice, a ja jestem po to, by ich wspomóc. Często daję rodzicom kilka opcji do wyboru i pytam, który pomysł się im podoba, który mają ochotę wypróbować.”

O tym oddawaniu odpowiedzialności i jednocześnie poszanowaniu wyborów, Agnieszka wspomina kilkakrotnie. Słyszę w tych słowach przekaz nie tylko dla ludzi, którzy zawodowo zajmują się dziećmi, ale też dla każdego, kto stara się wychowywać je świadomie. Jest bowiem taka cienka granica, którą bardzo łatwo przekroczyć, kiedy chcemy komuś coś doradzić, a nawet zasugerować. Dzieje się to często wtedy, kiedy wydaje nam się, że ktoś robi coś źle, że mógłby inaczej, że my możemy mu tę inną drogę pokazać. I pewnie tak jest, bo pokazywać możemy zawsze, warto jednak pamiętać o tym, że to ich droga, nie nasza. Bo każdy z nas potrzebuje tej „przestrzeni na autonomię”.

I jeszcze o autentyczności

Dzisiaj większość z nas kojarzy Agnieszkę jako propagatorkę rodzicielstwa bliskości, mocno bazującą na teorii więzi i rozumiejącą potrzeby nie tylko dzieci, ale też ich rodziców. Dla tysięcy rodziców jest autorytetem, a jej książki pomagają zrozumieć wiele spraw. Tymczasem w „Potrzebna cała wioska” wielokrotnie pokazuje nam się Agnieszka „z krwi i kości”. Taka, która przyznaje, że jest w ciągłym rozwoju – jako osoba, mama i specjalista.

Uśmiecham się do wielu myśli w tej książce, bo są mi bardzo bliskie, jak np. ta o początkach przygody z rb:

„(…) tam dowiedziałam się wiele o więzi i przywiązaniu. Mój syn miał wtedy już trzy lata. Zaczęłam szukać na ten temat różnych treści w internecie i znalazłam stronę internetową naturalchild.org. Bardzo mi to przybliżyło rodzicielstwo bliskości, Searsów, ideę przywiązania. Były tam również treści o edukacji domowej, ale do nich podchodziłam jeszcze bardzo ostrożnie… Wtedy wydawało mi się, że to już przesada.

Kto by pomyślał…

To było lata temu. Proces rozwojowy trwa.”

Albo ta od odnajdywaniu siebie w słowach innych:

„Jak czytałam Juula, to było dla mnie niezwykle ważne, że on pisze o wszystkim, o czym ja myślałam. Myślałam sobie wtedy: „O matko! Całe szczęście! Nie jestem nienormalna”.”

Myślę, że z czytaniem „Potrzebna cała wioska” jest bardzo podobnie. Jest tam wiele momentów, w których można pomyśleć sobie właśnie to „ufff, wszystko ze mną ok”. Jest też dużo prawdy, dużo wolności, ale też dużo spokoju. Forma rozmowy jest ogromnym atutem tej książki, pomaga w to wejść całym sobą, a jednocześnie daje poczucie bycia w kontakcie zarówno z Agnieszką Stein jak i Małgorzatą Stańczyk. To nie jest kolejny podręcznik, ani tym bardziej poradnik. To po prostu autentyczna relacja o byciu w relacjach.

Poleć ten tekst znajomym