JESTEŚMY BLISKO

„A potem pójdzie w świat pełen ocen i sobie nie poradzi” – czy bezwarunkowe rodzicielstwo to utopia?

7860288604_f0290afe13_z

Tytuł tego wpisu to jedno ze zdań, z którymi spotykam się zawsze wtedy, kiedy mówię o relacji bez warunków. To też jedno z tych, które znajduję niemal pod każdą dyskusją w sieci, zwykle tam, gdzie ktoś mówi o braku kar, nagród i o bezwarunkowej akceptacji dziecka. Nie da się chować pod kloszem, potem pójdzie w świat i sobie nie poradzi, jesteśmy otoczeni ocenami i nie da się ich całkowicie wyeliminować – to tylko niektóre z argumentów.

Kiedy więc usiadłam do tego tekstu, pomyślałam sobie, że pewnie i tak nie przekonam nieprzekonanych. To nawet nie jest moim celem, nie mam takiej potrzeby. Mam jednak inną – związana z chęcią uporządkowania, powrotu do początków i przekazania pewnych myśli tym, którzy często spotykają się z w/w argumentami.

Czy relacja bezwarunkowa ma rację bytu w takim, a nie innym świecie?

Czy możemy stworzyć dom bez ocen i być spokojnym o te, które nasze dziecko spotka na zewnątrz?

Bez warunków, czyli jak?

Bez ocen, bez kar, bez nagród, bez odmawianej uwagi, żeby czegoś nauczyć – bez tego wszystkiego, co czyni naszą relację z dzieckiem jako „pod warunkiem, że…”. Bez warunków to jednak nie znaczy, że bez granic albo bez odpowiedzialności. Wręcz przeciwnie. Żeby jednak to zobrazować, potrzebuję cofnąć się do podstaw i coś dopowiedzieć.

Relacja bezwarunkowa to nie jest wychowanie bezstresowe, o czym pisałam dawno temu w tym tekście. Nie można usunąć stresu z życia dziecka, więc nie można wychować go bezstresowo. To, czym jednak podejścia do wychowania mogą się różnić, to kwestia strategii, które dajemy naszym dzieciom, kiedy napotykają ów stres. Strategii radzenia sobie z tym stresem, które mogą być efektywne lub nie.

http---www.pixteller.com-pdata-t-l-220396

Bardzo lubię metaforę dawania wędki, a nie ryby, więc wykorzystam ją, żeby omówić te różnice.

Wychowanie, które na rysunku skrótowo nazwałam „twardą ręką”, to podejście, w którym dziecko często dowiaduje się, że musi radzić sobie samo. Przyczyny takiego nastawienia mogą być różne, ale idealnie opisał mi to kiedyś pewien tata „życie to nie pluszowy miś, dziecko musi się trenować już od urodzenia”. To taki rzut na głęboką wodę, zimną dodatkowo, bo przecież trzeba się zahartować.

Na drugim krańcu jest słynne bezstresowe wychowanie, które jeszcze nie doczekało się lepszej nazwy. W modelu tym rodzice niekiedy robią wszystko, żeby dziecko owego stresu nie doświadczyło. Podsuwają mu tym samym takie strategie, które podpowiadają jak unikać, a nie jak konfrontować się z trudnościami. To właśnie ta przysłowiowa ryba, ryba blokująca rozwój, taka, przy której „lepiej nie pochlapać sobie rączek”.

Gdzieś pomiędzy jest wędka. Wędka bez warunków. Nie chcę Cię wrzucać na głęboką wodę bez kapoka, ale też nie chcę roztaczać nad Tobą klosza. Wiem, że doświadczysz stresu, że jest częścią Twojego rozwoju, a ja mogę Ci podpowiedzieć, jak z owym stresem można sobie radzić. Dać wędkę, a nie rybę.

Przykład? Niech będzie taki dwulatek w sklepie z zabawkami, który tu i teraz chce zostać właścicielem kolejnego lego duplo. Mogę powiedzieć mu, żeby sobie ryczał ile chce, bo na mnie to nie działa i że jak nie wstanie, to nie ma co marzyć o wyprawie na plac zabaw i bajce po kolacji. Mogę kupić mu to lego, bo jego płacz przeszywa moje serce i zrobię wszystko, żeby tylko już przestał i był szczęśliwy (choćby pozornie). Mogę też uznać jego żal, nazwać i zrobić dla niego przestrzeń. Docenić w myślach znaczenie tej frustracji, jednocześnie zapewnić o swojej obecności i dostępności. Wędka, ryba czy rzut na głęboką wodę?

Bezpieczna baza, bezpieczny port

Kiedy dziecko przychodzi na świat, zaczyna się proces budowania więzi (choć tak naprawdę jego część dzieje się już wcześniej, kiedy jest w łonie matki). Ów proces to nie jest jakiś psikus losu, coś pobocznego i możliwego do pominięcia. To budowanie relacji, bazy, z której się wyrusza i portu, do którego się wraca (z ufnością, lękiem albo mieszanymi uczuciami). Istotą tego procesu jest zbudowanie czegoś „tu i teraz”, co jednocześnie bardzo mocno wybiega w przyszłość.

Żadna inna relacja nie ma znamion przywiązania (więcej o tym tutaj), żadna inna nie bazuje na tak delikatnej materii, a więc nie można tak po prostu przekładać na nią wszystkich tych zasad, którymi „rządzą się” pozostałe relacje z ludźmi. Tutaj nie da się zrobić „kopiuj-wklej”, nie da się zastosować złotych trików ze szkoleń biznesowych i wdrożyć zasad, którymi zarządza się zespołami. To zupełnie inna bajka, mocno osadzona w ewolucji i wyczerpująco opisana w teorii przywiązania Bowlby’ego, która jest jedną z bazowych w psychologii (zainteresowanych odsyłam do tej książki, którą niezwykle trudno jest kupić, ale może Wam się uda).

Bezpieczna i ufna relacja to właśnie taki port, baza. Nie budujemy go po to, by trzymać w nim dzieci całe życie, ale po to, by miały dokąd wracać, a przede wszystkim miały skąd wyruszać. Do szkoły z ocenami, do pracy z ewaluacją i do związków, w których samo bycie to czasem za mało. My dajemy pewien kapitał, a w nim m.in. wspomniane powyżej strategie, owe wędki, a nie ryby czy hartowanie w zimnej wodzie. Każda z tych wędek mocno zakorzeniona jest w systemie znaczeń, jakie nadajemy temu, czego doświadczamy i co nas otacza. Te znaczenia dotyczą więc tego, co dzieje się w relacji (emocje, potrzeby, granice, równowaga) ale też tego, co poza (oceny, wartości, zdarzenia). Czy to jest dla nas ważne? Czy to jest ważne dla Ciebie?

Schodząc bardziej na ziemię i przekładając rozważania na życie – dzieci będą podlegać ocenie i będą oceniane. Będą spełniać jakieś warunki i stawiać te warunki innym. Będą doświadczać stresu i go dostarczać. I to jest normalne, to się po prostu dzieje i nie mamy na to większego wpływu. Mamy go jednak tam, gdzie nadajemy znaczenie takim, a nie innym sprawom – byciu po prostu czy byciu „grzecznym”, zdobywaniu wiedzy czy zdobywaniu piątek w szkole, współdziałaniu czy współzawodnictwu.

Kiedy więc pada pytanie:

czy powinno się wychowywać bezwarunkowo, skoro świat stawia takich warunków mnóstwo?

odpowiadam:

Tym bardziej dlatego!

 

Żadna inna relacja nie da nam na to szans, w żadnej innej to się nie zadzieje z natury. Tu nie potrzeba profilaktyki, hartowania i „uczenia życia”. Bo to jest jedyna taka przestrzeń, w której możemy dać innemu człowiekowi poczucie, że sam fakt jego istnienia jest największą wartością. Nie oznacza to wcale, że będziemy go wychwalać pod niebiosa, nosić na rękach i akceptować to słynne już kopanie pasażera w miejskim autobusie (jeśli jakimś cudem nie znacie tej miejskiej legendy, odsyłam tutaj). Oznacza to raczej tyle, że w naszej relacji nie handlujemy tym, co w niej najcenniejsze – nie przytulamy w nagrodę, nie zabieramy uwagi za karę i wybieramy takie drogi, które ową relację umacniają, a nie czynią jej przedmiotem warunkowej wymiany.

Spotkanie na tapczanie zamiast przerwy w grze (więcej tutaj), uwaga niewartościująca zamiast kar i nagród (tutaj), poczucie własnej wartości zamiast projektu dziecko (tutaj). To nastawienie na „razem” a nie „moje kontra Twoje”. To uważność na potrzeby i granice. To dostawanie i przyjmowanie (żeby nie czynić autoplagiatu, odsyłam po prostu tutaj).

„Musimy komunikować dzieciom, że je kochamy, nawet jeżeli nie unosi nas zachwyt nad tym, co robią (…) akceptacja bezwarunkowa jest nie tylko czymś, na co dzieci zasługują, ale równie wyjątkowo skutecznym sposobem pomagania im stać się kimś lepszym, niż są”.  

Alfie Kohn „Wychowanie bez nagród i kar”

 

 

źródło zdjęcia głównego: flickr, Kevin Conor Keller

 

Poleć ten tekst znajomym
  • Sakinimod

    Ciągle mam w uszach teksty mojej matki „czekaj, czekaj, nie chcesz mnie słuchać, ludzie cię rozumu nauczą”, no i nauczyli, czasem brutalnie i nie miałam z tym do kogo pójść, bo nie miałam ochoty usłyszeć „a nie mówiłam”. Od kiedy zostałam rodzicem i odkryłam rodzicielstwo bliskości wcale nie jest mi łatwiej. Codziennie muszę ze sobą walczyć i gryźć się w język, aby nie popełniać czegoś, co uznałam za błąd, a przecież siedzi mi w głowie wryte przez ciągłe powtarzanie. Ciekawe czy moje dziecko za x-lat, też zakwestionuje moje metody wychowawcze i stwierdzi, że błądziłam 🙁

    • Może zakwestionuje metody, ale myślę, że doceni fakt, że wybrałaś takie które uznają jego emocje i potrzeby.

      To naprawdę trudne, żeby nie powielać pewnych schematów. Ja też czasem gryzę się w język, bo mam ochotę powiedzieć, np. „a nie mówiłam”. To gdzieś głęboko w nas siedzi i wymaga ogromu pracy.

  • Katarzyna Litwa

    Przeczytałam kiedyś piękne słowa na ten temat, które mówiły o tym, że przecież przygotowując się do suszy nikt nie ćwiczy odmawiając sobie wody… 🙂

  • Ewa

    Wędka, a nie ryba – podoba mi się to skojarzenie z rb.