Zapowiadany cykl o (nie)motywowaniu dzieci zaczynam od pochwał. Jak w tytule – jest to temat rzeka i to taka rzeka,w której na jednym brzegu stoją zwolennicy, a na drugim przeciwnicy. Gdzieś w środku szaleją wiry i prądy, a każda próba podjęcia tematu na forum publicznym zwykle pokazuje, jak różnie można rozumieć pochwały i jak łatwo przecenić ich znaczenie w rozwoju dziecka. Zacznijmy zatem od początku.

Po co chwalisz?

Dzieci trzeba chwalić – mówią zwolennicy. Ja też, jeszcze siedem lat temu, byłam jednym z nich. Byłam wtedy świeżo po szkoleniu z terapii behawioralnej i pełna zachwytu zakreślałam zdania w notatkach, które wtedy zrobiłam. Notatki te mam do dzisiaj, a wyróżnione na żółto teksty aż biją po oczach: pochwała ma czemuś służyć, trzeba mieć na uwadze CEL, zachowanie, które chcemy wzmocnić u dziecka. Kiedy dzisiaj zatrzymuję się przy tych treściach i próbuję przyłożyć je do słowa relacja, mam poczucie, że równie dobrze mogłabym zbliżyć jednakowe bieguny w magnesie. Tu nie ma miejsca styku, a raczej silne odpychanie, bo przecież tam, gdzie pojawia się chęć manipulacji, nie ma mowy o żadnej bliskości. I choć wiem, że manipulacja to dla wielu mocne słowo, nie mam obaw, by używać go wtedy, kiedy mówimy o pochwale rozumianej jako rodzaj wpływu na dziecięce zachowanie. Słowa, którymi chcemy coś uzyskać, pozorne ciepło, które ma w sobie ukryty CEL. Nasz cel, niekoniecznie dziecka. Mam taką potrzebę, żeby zaznaczyć w tym miejscu, że artykuł dotyczy właśnie takich pochwał, które mają jakiś założony cel – wzmocnienie zachowania, podniesienie samooceny, wyróżnienie na tle grupy itd itd. Nie jest to tekst o tym, żeby nie wyrażać SWOJEGO zdania, nie mówić o SWOICH obserwacjach. Jest on raczej o tym, żeby te OBSERWACJE próbować oddzielić od OCEN, a fakty od interpretacji owych faktów (więcej o różnicy między tymi zagadnieniami przeczytacie w tym wpisie).

O tym, jak ważna dla rozwoju jest akceptacja i poczucie przynależności pisałam wiele razy (np. tutaj). To jedne z tych elementów, które dają dzieciom siłę do budowania poczucia, że są „ok”, takie, jakie są. Niskie, wysokie, śmiałe, niesmiałe, „hej do przodu” albo „wiszące zawsze blisko mamy”. To poczucie własnej wartości, oparte na myśli „dobrze być mną” nie ma nic wspólnego z atrybutami i zewnętrznymi ocenami (nawet tymi pozytywnymi). Poparte akceptacją i poczuciem bezpieczeństwa może stanowić trzon wciąż rozwijającej się osobowości. Osobowości, która już od pierwszych tygodni przegląda się w rodzicielskim lustrze. Osobowości, która szuka odpowiedzi na pytanie: kim jestem? co znaczą moje potrzeby? Wreszcie tej, która budując relację z rodzicami, ogromną moc pokłada w zaufaniu, wzajemnym.

To zaufanie to słowo klucz tam, gdzie padają pytania – czy chwalić? Czy chwalić, kiedy dziecko pierwszy raz usiądzie? Czy chwalić, kiedy zje cały obiad? Czy chwalić, kiedy odstąpi innemu dziecku zabawkę? Kiedy zestawimy z tym pytaniem treści z moich notatek, na pierwszym planie pojawia się CEL. Czemu owa pochwała ma służyć? Czy bez niej dziecko nie zrobi kolejnego kroku? Czy bez nie zrezygnuje z posiłków? Czy bez niej będzie zupełnie aspołeczne? Czy chcemy zauważyć zachowanie dziecka, czy może na nie wpłynąć, żeby powtarzało się częściej? Czy chcemy dać znać, że coś dostrzegamy czy może do tego, co widzimy, dołożyć ocenę?

Badania nad chwaleniem dzieci

Moja ulubiona część, empiryczna. Co mówią naukowcy o chwaleniu dzieci?

  • najczęściej przytaczane i niezwykle wartościowe w tej dyskusji są badania przeprowadzane przez Carol Dweck i Claudię Mueller (1) Badaniami objęto grupę 400 dzieci między 10-12 rokiem życia. Eksperyment miał kilka etapów i opierał się o wykonanie zadania percepcyjnego, w tym przypadku układanie i przewidywanie pewnych sekwencji (część badania na inteligencję). Po badaniu część dzieci została pochwalona za rzekomą wysoką inteligencję, która pomogła im rozwiązać test, część dzieci nie usłyszała żadnego przymiotu, dostrzeżono jednak ich pracę. W kolejnym etapie dzieci miały wybrać sobie jeszcze jedno zadanie i, co ciekawe, 67% z tych, które były chwalone wybrało mniej ciekawe, ale łatwiejsze zadania, zaś dzieci z drugiej grupy aż w 92 % trudniejsze, ale bardziej ciekawe. Analizując ten wyniki, Carol Dweck uznała, że dzieci, które słyszały o sobie „ochy i achy” wolały nie ryzykować utratą tego podziwu, dlatego też nie decydowały się na ryzykowne, ale ciekawsze zadania. To był pierwszy krok do obalenia tezy o motywującej mocy pochwał. Badanie toczyło się jednak dalej i na kolejnym etapie dzieci dostały trudne zadanie, które wymagało większej pracy i zaangażowania. Zapytano je, czy mają ochotę zająć się tym zadaniem w domu i okazało się, że owszem, ale zwykle były to dzieci z tej drugiej grupy. Dzieci chwalone rzadziej decydowały się na dalsze poszukiwanie rozwiązań zadania. Na koniec dzieci dostały do wykonania zadania podobne do tych z pierwszego etapu i tym razem dzieci, które na początku pochwalono uzyskały znacznie słabsze wyniki (aż o 20%!) niż za pierwszym razem. W oparciu o wyniki tych badań, Dweck wyodrębniła dwa rodzaje nastawienia – na trwałość (w tym przypadku zachowanie dobrej opinii o sobie jako osobie inteligentnej, co może wiązać się z unikaniem wyzwań) oraz na rozwój (tutaj – działam, chcę się rozwijać, robić postępy, nie dla oceny, ale dla siebie). Eksperyment ten bardzo obrazowo wyjaśniono tutaj:

i tutaj:

  • Carol Dweck przeprowadziła wiele badań nad motywowaniem m.in. poprzez pochwały, a jedno z nich wydaje mi się być wyjątkowo ciekawe dla rodziców dzieci między 1 a 3 rokiem życia (2). Wyniki wskazują na znaczenie pochwał (stosowanych we wczesnych latach życia) dla postaw, jakie dzieci przyjmują w przyszłości, kiedy na ich drodze pojawi się wyzwanie/problem. Szczegółowo badania te opisała Alicja z Mataja w tym artykule.
  • Eddie Brummelman, wraz z grupą holenderskich psychologów, przeprowadził badania w grupie 8-12 latków (3). Przed przystąpieniem do właściwego badania, zmierzono poziom samooceny u dzieci (metodą kwestionariuszową). Zadanie eksperymentalne polegało na przerysowaniu pewnego znanego dzieła, a następnie prace dzieci poddawane były ocenie. W kolejnej części badania dzieci mogły same wybrać, jaki obraz chcą przerysować (łatwiejszy lub trudniejszy). W przeważającej części łatwy obraz wybierały te dzieci, które po pierwszej części badania nadmiernie chwalono, a które wcześniej uzyskały niski wynik w zakresie samooceny. Przekładając to na język praktyczny – dzieci, które nie wierzyły w swoje możliwości próbowano chwalić oceniając ich pracę bardzo pozytywnie. Prawdopodobnie przyświecała temu myśl, że takie podejście „doda im skrzydeł”, wyniki pokazały jednak, że było zupełnie odwrotnie.

Mam w ogóle nie chwalić? Czyli „wszystko fajnie, ale jak to przełożyć na życie?”

Ale jak to? Przecież jak się cieszę, że moje dziecko idzie, to nie będę tego ukrywać! Pewnie, że nie. Między pochwałą a obojętnością są setki innych, często zupełnie naturalnych zachowań. To nasze odczucia, spontaniczne reakcje, informacje (słowem lub czynem) o tym, co obserwujemy albo o tym, co jest w danej chwili w nas. Co jest w nas, a nie co chcemy wywołać w dzieciach. Widzicie tę różnicę? Kiedy odczuwam szczęście, gdy moje dziecko samo zakłada buty, mam prawo tym szczęściem się podzielić. Podzielić dlatego, że ja je odczuwam, a nie dlatego, że chcę żeby już zawsze samo zakładało swoje buty. To szczęście zamyka się często w dostrzeżeniu dziecięcej pracy, starań i np. w słowie „widzę”. Moje „widzę” nie jest jednak zwykłym stwierdzeniem dotyczącym sprawności narządu zmysłu, ani tym bardziej „widzę, super, brawo, jesteś najlepsza”. To po prostu „widzę”, które jest częścią relacji – jestem obok, widzę, dostrzegam. Mam na telefonie filmik, na którym nagrane są pierwsze kroki Zosi i jej spojrzenie w moją stronę. Chwilę później słychać, jak mówię: Przeszłaś cały pokój, widziałam! i cieszę się razem z nią. Powiem więcej, cieszę się jak szalona i to jest moje, żywe. Zauważam, ale nie wartościuję jej zachowań ani jej jako osoby. Warto podkreślić, że to dostrzeganie i obdarzanie niewartościującą uwagą, dotyczyć może nie tylko przełomów w rozwoju, ale też wielu sytuacji w naszej rodzicielskiej codzienności. Kiedy dziecko podaje nam ciastko, my możemy powiedzieć po prostu „dziękuję” (brzmi inaczej niż: „ale jesteś kochany, że tak podajesz mamusi te ciasteczka”). Kiedy dziecko układa wieżę, możemy np. zapytać czy lubi układać klocki, jak zbudowało tę wieżę, co dalej planuje z nią zrobić (wydźwięk nieco inny niż: „jesteś wspaniały, potrafisz zbudować najwyższą wieżę, nikt tak nie potrafi”).

Dlaczego ostrożnie i co „zamiast”?

Alfie Kohn, autor książki „Wychowanie bez nagród i kar”, napisał jakiś czas temu bardzo dobry artykuł na ten temat („Pięć powodów, żeby przestać mówić „Dobra robota!”). Te pięć powodów to, w skrócie: ryzyko manipulacji, niebezpieczeństwo uzależnienia od pochwał (teraz i w przyszłości), „rozcieńczanie radości” – odbieranie dziecku przyjemności odczuwania i w pewnym sensie narzucanie mu, jak ma się czuć („Ale super!”), utrata zainteresowania daną czynnością oraz obniżenie poziomu osiągnięć (co np. wykazało opisane powyżej badanie przeprowadzone przez Carol Dweck). Warto przeczytać cały ten artykuł, ponieważ Alfie Kohn krok po kroku wyjaśnia mechanizm pochwał i ryzyka, jakie wiążę się z nadmiernym zamiłowaniem do ich stosowania. Wyjątkowo cenne jest jednocześnie to, że „podpowiada” też, jakie są alternatywy. Mówi przy tym (w wolnym tłumaczeniu): „Jaka jest alternatywa? To zależy od sytuacji, ale cokolwiek zdecydujemy się powiedzieć, warto oprzeć to o miłość i to, kim nasze dzieci są, a nie co zrobiły. Tam, gdzie obecne jest bezwarunkowe wsparcie, określenie „Dobra robota!” nie jest konieczne. Tam, gdzie tego wsparcia i relacji bezwarunkowej nie ma, tam „Dobra robota!” nie pomoże”. Co zatem podpowiada Alfie Kohn zamiast pochwał?

  • nie mów nic
  • opisz, co widzisz – bez ocen. „Zrobiłeś to!” to komunikat, który mówi dziecku, że zauważyliśmy jego wyczyn i pozwala odczuwać dumę z własnych osiągnięć. Kohn wskazuje też na to, jak ominąć klasyczną pochwałę, kiedy dziecko robi coś dobrego dla innych*. Zamiast zachwalać jego dobre serce, można ukierunkować uwagę na uczucia tej drugiej osoby „Spójrz na twarz tej dziewczynki, wygląda na szczęśliwą przez to, że dałeś jej swoje wiaderko”.
  • mów mniej, pytaj więcej. Kohn twierdzi, że pytania są lepsze niż opisy. Zamiast mówić, jaka część pracy dziecka podoba się nam, można zapytać dziecko, która jest ważna dla niego, która sprawiła mu najwięcej radości itp.
* były kiedyś przeprowadzane takie badania, w których wykazano, że pochwały mogą mieć związek z obniżeniem poziomu empatii i wzrostem liczby zachowań nastawionych na siebie, a nie na drugiego człowieka. To bardzo ważny wniosek, ponieważ często wydaje nam się, że za zachowania nakierowane na pomoc innym, warto jest chwalić, żeby wzmacniać takie postawy w dzieciach. Tymczasem okazuje się, że jest zupełnie odwrotnie.

Mówienie o odczuciach, dzielenie się informacją o tym, co w nas, nie potrzebuje braw, okrzyków i ogólników typu „pięknie, super, najlepiej”. Czasem jest to po prostu obecność, uważność na to, co tu i teraz, czasem wyraz twarzy, a innym razem gest, za którym nie stoją powyższe pytania o CEL. To autentyczne, niewartościujące reakcje będące częścią relacji, a nie formą nagrody albo kary, kiedy nagle się jej pozbawia. Bardzo dobrze obrazuje to fragment dotyczący pochwał w rozmowie z Agnieszką Stein (całość tutaj: Nagrody są złe):

Podoba mi się, to co innego niż: ładnie to zrobiłeś. Podoba mi się to moje subiektywne zdanie, nic złego się nie stanie, jeśli się nim z dzieckiem podzielę, póki będę świadoma, że to moja opinia, odczucie, a nie jedyna prawda. Że każdemu podobać się może co innego. Wtedy mogę też dziecku powiedzieć, że coś mi się nie podoba (ale „coś”, a nie dziecko) i to też jest ważna informacja. Mogę jednak dać też dziecku niewartościującą uwagę. Obejrzeć z uwagą jego pracę, być z nim w jego wysiłkach, słuchać uważnie, co do mnie mówi. Mogę się spytać, jak mu się to udało czy dopytać, co to jest. Mogę też zauważyć, że to, co zrobiło, sprawiło mu ogromną radość i razem z dzieckiem tę radość świętować. 

O pochwałach powiedzieli

Pochwała nie buduje u dziecka poczucia własnej wartości. Jeśli rodzice i otoczenie zachowują się tak, jakbyś był mistrzem świata we wszystkim, to kiedy znajdziesz się w prawdziwym świecie możesz doznać szoku. Bo tam przecież znajduje się mnóstwo innych mistrzów świata. Nagle otacza cię tłum ludzi, którzy w swoich rodzinach byli numerem jeden. Rodzice, którzy w ten sposób hodują dzieci, oddają im niedźwiedzią przysługę, bo one później nie potrafią zaakceptować, że życie może sprawiać ból, że człowiek może być rozczarowany i zły. Są jak pianiści, którzy w fortepianie akceptują tylko białe klawisze (Jesper Juul „Przestrzeń dla rodziny”)

„Czy pochwały motywują dzieci? Pewnie! Motywują do tego, by dostać kolejną pochwałę” (Alfie Kohn, „Five reasons to stop saying „Good Job!””)

Edukowisko „O chwaleniu słów kilka”

W świecie żyrafy „Nie chwal mnie”

Agnieszka Stein „O pochwałach”

Pisząc ten artykuł, kilka razy wyróżniłam słowo CEL. To ono jest dla mnie kluczem do zrozumienia ryzyka, jakie niesie ze sobą chwalenie dzieci i ich zachowań. Co jest naszą motywacją do chwalenia? Po co to robimy?