baner(3)
GDYBAMY

Bliskość i normalność, czyli refleksje o ojcostwie

4244853029_6daaba4fd4_z

Współczesny ojciec. Kimkolwiek jest, nie ma lekko. Właśnie zalewa go fala tekstów o tym, jaki być powinien. Jeden, drugi, piąty wywiad ze znanym ojcem i wskazówki dotyczące tego, jak wejść na tę dobrą drogę. Bo ona przecież gdzieś jest, przynajmniej tak mówią. Jutro dostanie laurkę przepełnioną miłością. W pakiecie może piwo albo bilet na mecz reprezentacji. Jutro ma święto, więc świętuje. Te wypady do parku, te zabawy w warsztat i te wszystkie guzy nabite tam, gdzie wyobraźnia nie miała granic. Świętuje rolę czy relację? Zadanie czy normalność?

Daj, zrobię to lepiej

Odpowiedzialność. To słowo nasuwa mi się zawsze wtedy, kiedy myślę o ojcostwie. Nie ta odpowiedzialność w rozumieniu – bądź odpowiedzialny, pamiętaj o ciepłych skarpetkach i trzymaniu za rękę na pomoście, a raczej ta, która dotyczy relacji. Relacji, która nie jest moja, na którą nie mam przepisu i nawet nie chcę go mieć. Waszej relacji, ojciec – dziecko. Tej, za którą ja nie odpowiadam. Nawet jeśli chciałabym, żebyś czytał więcej Juula i poszedł na Konferencję Bliskości. Nawet jeśli uważam, że mój patent na usypianie jest najlepszy na świecie. Nawet jeśli widzę, że coś jest trudnością, choć pozornie to łatwe. Te sprawy małe albo naprawdę poważne, przypalone placki albo bylejakość relacji. I choćbym gryzła ściany i waliła w nie głową, to wszystko na nic. W każdą z naszych relacji wnosimy swój bagaż. Mieścimy w nim siebie, naszą osobowość, historię, doświadczenia. To w nim skrywamy nasze możliwości i ograniczenia, nasze potrzeby a przede wszystkim naszą odpowiedzialność. Wszystko to przekłada się na codzienność i niezwykłość, na ową relację właśnie. I tylko ojciec może ją „wziąć na klatę”, ja nie. Bo ja wzięłam już swoją.

Za tą ojcowską odpowiedzialnością stoi też moja przestrzeń, by mu ją oddać. Choć korciło mnie słowo „pozwolić”, to jednak przecież nie tędy droga. Nikt tu nie jest wyżej, nikt nie wie lepiej. Wchodzimy w to tak samo. Jeszcze parę lat temu wierzyłam w instynkt, bo przecież matka to matka i jak wiadomo ta jest tylko jedna. Nasza przygoda z rodzicielstwem dość szybko zweryfikowała moje przekonanie o tajemnych matczynych mocach i ukrytych siłach. Poległam na wyzwaniu przebierania naszego wcześniaka, pełna obaw, że zrobię mu krzywdę. Tych samych obaw nie miał mój mąż, raz dwa i dziecko przebrane. Gdzie był wtedy mój mityczny instynkt? Gdzie był, kiedy to mąż kangurował znacznie więcej niż ja, kiedy to on godzinami nosił płaczące dziecko, kiedy to on trzymał je na rękach podczas zastrzyków? Mogłam go szukać w nadludzkiej sile, dobrym humorze po przespanej nocy albo w trakcie maratonów karmienia piersią. Tyle tylko, że to wszystko nie miało nic wspólnego z wiedzą tajemną, a było niczym innym jak budowaniem więzi. Ja i dziecko swojej, mąż i dziecko swojej. Każde z nas z pełną odpowiedzialnością za relację.

Byłabym hipokrytką, gdybym nie przyznała się teraz (również sama przed sobą), że taka równowaga przyszła u nas z czasem. Że miewałam dni, w których byłam pewna, że mój scenariusz na czas ojca z córką będzie najlepszym z możliwych. Że co on tam może wiedzieć, przecież ja ją znam najlepiej na świecie. To ja wiem, co lubi,a czego nie. Mój mąż znalazł na to doskonałą receptę – „chcę to zrobić po swojemu”. I robił. Kilka razy, niczym pilna uczennica, miałam ochotę wyrwać się z gotową odpowiedzią, szepnąć mu coś do ucha i podsunąć ściągę. Dotarło jednak do mnie, że nie mam do tego prawa. Bo to jest ich i między nimi. Pewnie, że ja pocieszyłabym dziecko szybciej, tylko co z tego? Być może ja byłabym zwycięzcą, ale oni? Jedno z poczuciem, że nie mam zaufania, drugie z komunikatem „mama nie ma zaufania, to może i ja nie powinnam?”. A przecież nie o to mi chodziło. Nikomu z nas nie chodziło o to. Mijały więc tygodnie, miesiące, dwa lata. I choć nadal wiem, że ja pocieszyłabym dziecko szybciej, to moje pocieszanie jest w pakiecie mojej relacji. I tutaj moja odpowiedzialność się kończy.

Normalność w relacji

Gdybym mogła ofiarować coś ojcom, dałabym im normalność. Taką, w której od początku są na równi. Bez zachwytów i braw za „pomaganie przy dziecku”. Bez oklasków i dyplomów za ograniczenie pracy na rzecz czasu dla dziecka. Bez tych wszystkich elaboratów i porad o współczesnym ojcostwie. Normalność i spokój w budowaniu relacji. Normalność, którą przecież chcemy dawać dzieciom, taką, o jaką walczymy dla siebie. Z prawem do własnych potrzeb, granic, wyborów i równowagi. Do rodzicielstwa bliskości, nie tylko macierzyństwa. Do błędów, porażek, wsparcia i chwil bezradności. Do poznania swojego dziecka i pozwolenia mu na poznanie siebie. Do bycia ojcem, a nie substytutem matki. Do bycia partnerem w relacji z dzieckiem, ale przede wszystkim z jego matką.

Oddając głos ojcom, odsyłam Was pod te linki:

Konrad Kruczkowski (Halo Ziemia) „Chłopięcy rozdział do zamknięcia”

Konrad raz jeszcze o odpowiedzialności i potrzebie budowania relacji

Profesor de Barbaro, psychoterapeuta, o relacji ojciec – córka

Tomek (Tata w budowie) o ojcu nowym, starym a przede wszystkim autentycznym

źródło zdjęcia: flickr, Rodrigo Amorim
Poleć ten tekst znajomym
  • Izabela

    I ta przestrzeń to jest co, czego nie potrafię dac mojemu mężowi, kiedy jestesmy z córka razem. A bardzo bym chciała mu ja dać. Ale wtedy boję się że moje dziecko myśli, że jestem obojętna, kiedy jest jej źle. Ona patrzy na mnie i oczekuje, że coś zrobię. Czy to ja mam tylko to w głowie?