GDYBAMY

Kilka lekcji zaufania

8 maja 2013 roku, godzina 23. Zwijam się z bólu na izbie przyjęć i w duchu przeklinam swój kręgosłup. Co go napadło, że dzisiaj dokucza mi aż tak bardzo? Akurat teraz, kiedy (chyba) zaczynam rodzić? Nie wiem jeszcze czy zaczynam naprawdę, bo doświadczenie mam zerowe, mogę się tylko domyślać. Tym bardziej wybaczam sobie brak wiedzy o bólach krzyżowych, które zwiastują początek akcji a nie nawrót dyskopatii. Dostaję środkowe łóżko w sali trzystaileś, znam je doskonale, bo spędziłam na nim kilkanaście dni. Jedyny położny w tym szpitalu wita mnie z uśmiechem i żartobliwym „dawno Pani u nas nie było”. Odwzajemniam uśmiech i myślę sobie, że te kilka dni, które spędziłam w domu to też było coś, zastrzyk energii na kolejne tygodnie tutaj. Jestem przecież w 34, więc pewnie znowu każą mi zostać na te trzy tygodnie. Jakiś czas później pędzę do łazienki i przypominam sobie zdanie koleżanki Eli „odejścia wód płodowych nie da się przegapić”. O głupia ja, myślałam, że to będzie kilka kropli. Nie było. Spokojnym krokiem wyruszam do położnej, która sprawdza coś jakimś papierkiem. Papierek ten zabarwił się na kolor, który mógł oznaczać tylko jedno – zaczyna się. „Nie tak miało być” oznajmiam na głos. „Wiem” odpowiada położna i dzwoni na salę operacyjną. „Może już Pani dzwonić do męża, żeby zdążył dojechać”. Dzwonię i chwilę później zaczynam bombardować go smsami. No przecież naprawdę nie tak miało być, leżałam grzecznie te osiem miesięcy, więc myślałam, że uda się dociągnąć do dziewięciu. Dostaję kieliszek czegoś paskudnego do wypicia i seksowne różowe wdzianko. Znajoma już ekipa położnych życzy mi powodzenia, a ja trzęsę się jak galareta. Trzy rzeczy – brązowe oczy męża, moje zgrzytające zęby i Jej krzyk. No pewnie, że się popłakałam! Piękne, zdrowe, dziesięciopunktowe, choć nieco pospieszone dziecko. Nasze dziecko. Jest 9 maja 2013 roku, godzina 4.40. A ja właśnie dostałam pierwszą lekcję zaufania.

Lubię rozważania na temat więzi, chętnie czytam o tym zagadnieniu i poszerzam swoją wiedzę. Każdego dnia wybieram naszą drogę ku ufnej i bezpiecznej relacji. Czasem się potykam, czasem robię krok do tyłu a nawet dwa. Chwilę potem nadganiam, w myślach przybijam sobie piątkę a w brązowych oczach (odziedziczonych po tacie) widzę odbicie każdego mojego gestu i słowa. I kiedy tak myślę o tej ufnej relacji, bezpiecznej więzi i naszym wzajemnym byciu, nie mogę wyzbyć się przekonania, że te kilka lekcji zaufania odbywa nie tylko moje dziecko, ale również ja. Są one w każdym wyborze i decyzji naszej córki, w każdym „poczekaj, daj mi czas” i „jestem gotowa, zaufaj mi”. Pierwszą z tych lekcji przyszło mi odrobić właśnie dwa lata temu. Po ośmiu miesiącach leżenia i ogromie medycznego wsparcia, Ona zdecydowała, że to już. Że to dobry moment by wyjść z brzucha i świętować zwycięstwo nad wszystkim zagrożeniami (i to nie przypadek, że ta dziewczynka urodziła się akurat tego dnia, z taką a nie inną datą w historii;)). To była pierwsza wskazówka, pierwszy krok, kolejne były jeszcze przed nami.

Kiedy teraz myślę o tych lekcjach zaufania, które dała nam Zosia, każda z nich kojarzy mi się z jakąś zewnętrzną pogróżką. Że się przyzwyczai, że robimy źle, że sami sobie kręcimy bat a to wszystko nigdy się nie skończy. Tymczasem my mamy za sobą kilka przełomów, kilka momentów, na które nadszedł czas, tak po prostu. Nie ingerowaliśmy, nie naciskaliśmy, w zasadzie wszystko działo się samo. Najpierw karmienie, którego miało nie być. Bo „to dziecko nie umie ssać” a „po takim czasie, to nie ma co marzyć o mleku”. A ono poleciało, równo trzy tygodnie po porodzie. Ponoć miało się skończyć pół roku później, bo tak podawała tabela ówczesnego pediatry i wszystkie reklamy sugerujące, że „następne mleko” zdecydowanie nie będzie moje. Było. Tak samo po roku, po półtora i po prawie dwóch. Siejąc oburzenie ryzykowałam, że „nigdy się nie odstawi”, że „będzie płacz i taki cycuś mamusi”. Zaczęło się od pożegnania z jedną ze stron, zupełnie samoistnie. Z czułym „papa” robionym przed każdym, z dwóch pozostawionych przez smakosza, karmień. Potem zostało jedno, wieczorne, podczas gdy popołudniowa drzemka zyskała nowy tryb. I tym razem też zadecydowała Panienka, wyraźnie zaznaczając, że chce przed snem posłuchać bajki, nic więcej. Od dwóch tygodni wieczorne karmienia są rzadkością. Każde z nich celebruję z myślą, że może być ostatnie. Wpatruję się więc w te brązowe oczy i przypominam sobie małą główkę mojego wcześniaka, który zaledwie wczoraj zaczynał swoją mleczną drogę. Dzisiaj schodzi z niej sam, powoli, swoim rytmem. I w całej naszej relacji to dla mnie największa lekcja – zaufania i pokory. Lekcja o czasie, który nastał, o gotowości, która przyszła sama.

Przyszła sama a wraz z nią wiele sióstr – odważnych, samodzielnych decyzji „to już”. Pierwsze noce w swoim łóżeczku, samodzielna zabawa, „przedpieluszkowe” ucieczki i wczorajsza prośba, żebym wyszła z pokoju, kiedy chciała ponownie zasnąć po wieczornym przebudzeniu. Wszystko dzieje się samo, bez scenariusza, a już na pewno bez tego, który napisalibyśmy my, gdybyśmy choć trochę przejmowali się radami z zewnątrz i wszelkimi przestrogami. To zaufanie to jednak nie tylko decyzje o gotowości do przełomów, ale też te codzienne wybory, jakże zwyczajne. Że zupy to już nie i nie wciskaj mi kolejnej łyżeczki, że kiedy chcę się przytulić, to to zrobię, a nic na siłę, że jak nadejdzie czas to zacznę siadać, biegać, chodzić, mówić zdaniami.

Patrzę teraz na moje prawie dwuletnie dziecko i całą sobą czuję, że nie mogłam trafić na lepszego nauczyciela. Moje studia i doświadczenie zawodowe to pikuś. Wszystkie przeczytane książki i szkolenia to też pikuś. Mój największy nauczyciel, od prawie dwóch lat, daje mi znacznie więcej. Lekcje zaufania i trwania w tym zaufaniu. Tym, którym mnie obdarza i którego potrzebuje ode mnie, od nas. Być może dla kogoś ten tekst będzie ckliwy, osobisty i taki „nieprofesjonalny”, bo przecież nie ma w nim literatury i odnośników do badań. Śmiem jednak twierdzić, że dla mnie jest to jeden z najważniejszych wpisów. Głęboka refleksja pilnego ucznia, nieopisana wdzięczność i miłość, której nie da się wyrazić słowami. I choć te wszystkie listy, które pisałam tu kiedyś do Z., są już schowane w szufladzie, to mam nadzieję, że ten jeden może pozostać publiczny. Bo to moje lekcje zaufania, które staram się odrabiać każdego dnia.

Wszystkiego najlepszego Córeczko!

 
 
źródlo zdjecia: flickr, Paul Kline
Poleć ten tekst znajomym
  • Anita, przepiękny wpis! Wszystkiego najlepszego dla Was wszystkich 🙂

  • Patrycja E. Klimek

    Ależ piękny wpis…
    Przybijam z Tobą piątkę. Moje dzieci są dla mnie największym wyzwaniem w życiu, są najlepszymi nauczycielami i motorami rozwoju osobistego i każdego innego. To jest niesamowite, ile dzieci mogą wnieść do życia.

    Najlepszego dla całej Waszej Rodziny!

  • Pięknie piszesz, zazdroszczę 😉

  • Dziulkacrew

    Piękne. U nas z naszą prawie dwuletnią bardzo bardzo podobnie 🙂

  • Ilona Dąbrowa

    Oj piękne to co napisałaś 🙂 Ja też życia uczę się od mojego syna, choć zanim się urodził byłam pewna, że wiem co nieco o wychowaniu dziecka 🙂 Od 8 miesięcy każdego dnia dostaję nową lekcję zaufania i pokory i czuję, że to jest najpiękniejsza rzecz jaka mogła mnie w życiu spotkać 🙂

  • m.

    Dzięki za ten wpis. Bardzo współgra z tym, co sobie właśnie myślałam.
    Dobrze przeczytać.

  • Pięknie!