baner(3)
GDYBAMY

Mama, odsetek i cesarka

538214041_4b15a73b21_z

Jutro mam urodziny. 31 jako ja, 2 jako matka. Równo dwa miesiące po moich świętować będziemy drugie urodziny Zosi. Niesamowite, już dwa lata. Kiedy rozmawiam ze znajomymi matkami, często słyszę, że datę narodzin swojego dziecka traktują też jako symboliczne swoje odrodzenie. Coś w rodzaju wzrostu, nowej jakości, zmiany, której towarzyszy przepotężna siła i emocje. I chyba coś w tym jest. Z każdym mama wypowiedzianym pod moim adresem pojawia się we mnie uczucie ciepła, totalnego odprężenia. Rozczula mnie nawet to mama pełne żalu, czasem złości albo zniecierpliwienia. Bo to moje mama. Mama to ja.

Czasem nachodzi mnie taka myśl, że zazdroszczę naszemu drugiemu dziecku tego, czego nie dostała Zosia. Tego doświadczenia, pewności, świadomości w pierwszych tygodniach jej życia. Tego przekonania, że mleka nie może być za mało, że chusta pokona kolki lepiej niż suszarka, że ja wiem, co dla niej najlepsze, nie moi zewnętrzni doradcy. Jedno tylko się nie zmieni, bo zmienić się nie może. Nie doświadczę porodu siłami natury, nie poczuję pewnie kontaktu skóra do skóry (chyba, że coś się zmieni w polskich szpitalach). Pogodziłam się z tym i wiem, że nie może być inaczej. Ale czasem coś mi „zatyka”. Bo o ile dużo się mówi o „cesarkach na życzenie”, o sile i pięknie naturalnego porodu, o tyle o „cesarkach jako jedynym wyjściu” mówi się tylko tyle, że „pewien odsetek kobiet nie może urodzić naturalnie z przyczyn medycznych”. Jestem w tym odsetku i mimo deklarowanej akceptacji, nie zawsze pamiętam o owej zgodzie z tym stanem rzeczy.

Są przypadki i przypadki, te lekkie i te bez wyjścia. Ja jestem tym drugim. Lekarz prowadzący, ordynator oddziału, położna, nikt nie dawał mi cienia nadziei na poród siłami natury. Ja też go sobie nie dawałam mając wizję kiepskiego końca dla mnie albo dla dziecka. I uciszałam te głosy w mojej głowie, które mówiły, że przecież skoro natura coś wymyśliła, to musi być możliwe. Że to dla dziecka i matki najlepsze, że szybciej dochodzi się do siebie, łatwiej o pokarmi itd. itd. A ja za ten poród naturalny oddałabym wiele. Za rękę męża, za piłkę, za masaż, za wannę. Za nerwy, stres i ból. Pewnie ktoś pomyśli, że nie wiem o czym piszę, bo tego nie przeszłam. Być może. Ale bardzo, bardzo tego chciałam.

Gdzieś w mojej głowie kołacze się myśl o tych wszystkich czynnikach ryzyka, jakie niesie cesarka. Daleko mi od niektórych wizji z sieci, gdzie cesarka = wyłącznie gorszy start. Wiem jednak, że w wielu sytuacjach dzieci cesarkowe mogą mieć pod górkę, mogą, ale nie muszą. Za to matki cesarkowe mają pod górkę często. Mogą usłyszeć, że są leniwe, że nie są prawdziwymi kobietami, że one nie rodziły dzieci, tylko im je wyjęto. Taki poród, to nie poród. Chcieć, to móc. Niestety nie jest to takie proste, kiedy medycyna mówi „nie”. Wpadasz wtedy w odsetek, po prostu. Ale za tym po prostu czasem stoją emocje. Żal, jakaś tęsknota, niespełnione marzenie o tej bliskości po, zamiast ostrych lamp i dziury w brzuchu. Na szczęście ja rodziłam w szpitalu, w którym mąż może być obok również w trakcie cc. To ociepla mi wspomnienie tej całej sterylności i surowości. Widzę jego brązowe oczy, ostre lampy są gdzieś w tle.

Kiedy nie ma wyboru, nie ma nad czym się zastanawiać. Nie oznacza to jednak, że nie ma miejsca na trudne emocje. Na tęsknotę, która się nie wypełni, na wyobrażenie, które się nie ziści. I te emocje też mają prawo dojść do głosu. Ożywić się po porodzie i czasem przypomnieć o sobie, kiedy słyszy się o kolejnym pięknym porodzie, magicznej chwili i długim kontakcie skóra do skóry. To wszystko jest ważne, obiektywnie i subiektywnie. Bo obok tych cesarek ze względów psychologicznych i tych nagłych, które są efektem przedłużającego się porodu naturalnego, są też te „odsetki”. Odsetki zmuszone do cc z przyczyn medycznych.

Z każdym mama wypowiedzianym pod moim adresem pojawia się we mnie uczucie ciepła, totalnego odprężenia. Bo to moje mama. Najbardziej wyczekane i wręcz niewyobrażone jeszcze 22 miesiące temu, kiedy o 5 rano zostałam sama na sali pooperacyjnej z myślą, że nawet nie zdążyłam dobrze przyjrzeć się swojemu dziecku. Trzęsącymi się palcami napisałam do Piotrka, który był przy Zosi przez cały czas. „Jest piękna” odpisał i przesłał mi zdjęcie. Wgapiałam się w nie przez kolejne kilka godzin, w ten mały nos, tak niepodobny do naszych „kulfonów”. Wgapiam się w niego i teraz, każdego wieczoru, dzisiaj. I wiem, że dla niego nie jestem odsetkiem. Jestem mama.

źródło zdjęcia: flickr,Beatrice Murch
Poleć ten tekst znajomym
  • Ja jeszcze nie śpię. Też cesarka, na życzenie w dodatku (powody miałam obiektywne, ale nie mieszczą się w wytycznych). Często mi smutno z tego powodu, że nie byłam w stanie urodzic sama. Wierzę, że następnym razem się uda. Też jestem mama 😉

    • Anita

      Ale przecież urodziłaś, hej!

  • Kornelia

    Też jestem w tym odsetku … gestoza, mało wód płodowych i przez to córcia urodziła się malutka ale zdrowa. Przepraszam – wyciągnęli ją 🙂 Było mi przykro i to bardzo zwłaszcza, że słyszałam jak płacze całą noc, a ja leżałam po cesarce i nie mogłam się ruszyć. Niestety za dwa dni miałam powtórkę, bo pojawiły się komplikacje po cc i znowu cięcie i znowu jej płacz przez prawie całą noc. Najbardziej zabrakło kontaktu skóra do skóry. Żal pozostał

    • Anita

      Na pewno to było trudne, sporo przeszłaś. Dziękuję, że się tym ze mną podzieliłaś. Najważniejsze jest to mama, lek na całe zło.

  • Asia

    Ja jestem w tym odsetku odsetków, gdzie cesarka spada jak grom z jasnego nieba.
    Miał być naturalny poród, miała być ta ręka męża, piłka, masaż, wanna, nerwy, stres i ból, już pewnie za kilka-kilkanaście dni, a tu jakieś parametry nie do końca takie jak być powinny, „zostawimy panią na dwa dni na obserwacji, ale proszę się nie martwić, to tak na wszelki wypadek”, mąż do domu, (30 km), bo już prawie noc, ktg, brak tętna, migiem na stół.
    Zdaję sobie sprawę z tego, że to dzięki tej cesarce właśnie po moim mieszkaniu biega szalona trzylatka, najtrudniejsze były pierwsze miesiące, brak zrozumienia (no coś ty, cesarką się przejmujesz? ciesz się, że masz zdrowe dziecko!). Pewnie byłoby łatwiej, gdyby ta cc była zaplanowana. Teraz czasem zdarzy się jakiś smuteczek, ale „Mamaaa!” rozwiewa wszystkie chmury 🙂

    • Anita

      Faktycznie sporo stresu za Wami 🙁 Mamaaa lekiem na całe zło!

  • Wyciskasz łzy, Anita. I tak bardzo uwrażliwiasz na to, by zawsze mieć z tyłu głowy to, by coś mówiąc – myśleć 10 razy, czy to kogoś nie zaboli. Bo czasem tak łatwo coś powiedzieć, napisać i bez złych intencji zrobić komyś najprawdziwszą przykrość.

    • Anita

      Chyba właśnie to jest najważniejsze, mieć z tyłu głowy…

  • Olga

    U mnie też cesarka w dodatku zupełnie nieplanowana… Przez 3 miesiące układałam plan porodu, jechałam 150km żeby rodzić tak, jak sobie wymarzyłam- zupełnie naturalnie i spokojnie. A tu nagle wiadomość: małowodzie i skierowanie do szpitala. A tam ciągłe „straszenie” wywoływaniem porodu. Nagle: jest! odeszły mi wody! Ale niestety procedury w szpitalu takie, że natychmiast oksytocyna, leżenie, tętno dziecka spada, więc po 6 godzinach cesarka. Okazało się, że synek miał węzeł prawdziwy na pępowinie, zdaniem lekarzy też się źle wstawiał. Podobno mieliśmy dużo szczęścia… Ja pamiętam tylko jego krzyk po wyjęciu ze mnie, nawet go nie zobaczyłam. Przyniesiono mi go dopiero po zważeniu itd., ubranego- a tak pragnęłam kontaktu skóra do skóry. Jedyne szczęście to takie, że jak tylko wywieźli mnie z sali pooperacyjnej, to natychmiast dostałam synka do piersi i został już ze mną. Trudno mi pojąć, jak musiałyście mieć ciężko nie mając takiej możliwości…i nie bardzo rozumiem, dlaczego? We mnie wciąż pozostaje uczucie jakbym do końca nie urodziła…wciąż brakuje „czegoś”…to ogromny smutek. Wciąż martwię się, czy cesarka nie wpłynie negatywnie na życie synka…

    • Anita

      U nas nie było to możliwe, bo Zosia jest wcześniakiem, więc musiała przejść serię badań czy wszystko jest ok. Dziękuję za tę historię, ja nie wierzę aż tak w ten wpływ cesarki. to tylko jeden z wielu czynników, nie determinuje naszego życia.

  • Hym często myślałam nad tematem cesarki. Panuje z mężem dziecko od jakiegoś czasu i często bardzo zastanawiam się w jaki sposób chciałabym urodzić. Boje się że naturalnym sposobem niestety nie dam sobie rady, ponieważ jestem dość drobną osobą, chudą która mogłaby sobie nie dać rady podczas tradycyjnego porodu. Jeszcze czeka mnie kilka miesięcy zastanowienia 😉

  • Ani

    A ja to odczułam zupełnie inaczej. Też jestem odsetek i pogodziłam się z tym od razu jako z medycznym stanem rzeczy. Naturalne nie jest lepsze, naturalnie umierały kobiety i dzieci które teraz przy porodzie umierać nie muszą. Poród to nie wyczyn, bycie matką przez następne lata to wyczyn. A w moim szpitalu synek był ze mną non stop i godzinskóra do skóry nie zliczę.