baner(3)
GDYBAMY JESTEŚMY BLISKO

Akceptacja odmienności i gotowość do zmiany

2146462824_ac3c47152d_z

Mój mąż zawsze wstaje pełen energii. Otwiera oczy, puszcza muzykę i z uśmiechem od ucha do ucha rozpoczyna dzień. Nieważne czy obudzi się o 6 czy o 8 (nie pamiętam, żeby spał dłużej), zaczyna dzień na pełnym baku. Ja dochodzę do tego stanu zwykle 3 – 4 godziny po przebudzeniu. Przez pierwsze dwie układam w głowie plan powrotu do łóżka, ewentualnie snuję wizję o relaksie, jakiemu oddam się za kilkanaście godzin. Mój dzień zaczyna się zwykle około 11, mentalnie, bo fizycznie wstaję razem z Zosią, czyli zwykle o 7. Nasze śniadania wyglądają tak, że mąż śpiewa, opowiada, gestykuluje. Ja w tym czasie myślę jak go zabić, zamordować, unicestwić. Od kiedy jest z nami Zosia, ta dawka nadmiernej porannej energii atakuje mnie z dwóch stron. Córeczka tatusia. Zanim spotkamy się w podobnym punkcie energetycznym, mija kilka godzin. Przez dziesięć lat wspólnego życia nauczyliśmy się przetrwania. Tematy trudne i ważne zwykle nie padają na kolegium śniadaniowym, a jeśli już padną to…hm, dzień w plecy. Naszą strategią przetrwania jest unikanie punktów zapalnych, chociaż do dzisiaj pamiętam codzienną nerwówkę, kiedy szykowaliśmy się rano do pracy. Ja w swoim tempie i porannym nie-nastroju, Piotrek w swoim i porannym nad-nastroju. W tamtych czasach sms o treści „przepraszam za rano” był u nas na porządku dziennym.

Dlaczego o tym piszę? Drobiazgi dla jednych, różnice temperamentalne i osobowościowe dla drugich, nic wielkiego dla jeszcze innych. Odmienność i nieporozumienia wynikające z tej odmienności to przecież dość powszechne zjawisko w parach, rodzinach. Różnimy się temperamentami, bagażem doświadczeń, podejściem do różnych spraw, w tym do wychowania dzieci. Myślę, że napisano na ten temat setki poradników. Mężczyźni są ponoć z innej planety niż my, książka dla mężczyzn, którzy tyle wiedzą o kobietach ma puste kartki, a znany seksuolog wydaje dwa osobne tomy książki – jeden o kobietach, drugi o mężczyznach. I pewnie to wszystko ma sens, naukowe dowody i życiowe racje. A największy sens wydaje się mieć akceptacja owej odmienności. Frazes? Niekoniecznie. Ten wpis miał powstać już jakiś czas temu, ale na szczęście tak się nie stało. To, co miało pojawić się pod hasłem akceptacji odmienności, dzisiaj chciałabym rozszerzyć o zmianę, a w zasadzie o gotowość do owej zmiany, bez której ona nie nastąpi. I nie piszę tu tylko o relacjach partnerskich, ale rodzinnych i ludzkich w ogóle.

Trudno mi czasem zrozumieć wybory innych rodziców. Karne jeżyki, krzyk, niedostępność emocjonalną albo klapsy. Kiedy jestem świadkiem takich zachowań, bujam się na huśtawce własnych emocji i myśli – od najgorszych ocen, przez zdziwienie, po bezradność i niemoc. Przesiewam te myśli i wracam do słów, które powiedziała na swoich warsztatach Agnieszka Stein. Można mieć oceny, ale warto starać się, aby ich nie wypowiadać. To wbrew pozorom trudna sztuka, bo przecież my rodzice wszystko wiemy lepiej niż…inni rodzice. Bo jak można podać słoiczek albo ryzykować życie dziecka tym całym BLW. Jak można uzależniać od piersi albo podawać sztuczne mleko. Jak można mówić o uczuciach albo zwyczajnie je tłamsić. I jeszcze pół biedy, jak kończymy na samej ocenie, bo przecież zwykle za nią idą rady i jedyne słuszne racje. Gdzie jednak jest granica relacji, w którą chcemy wejść z tymi radami? Gdzie nasza własna granica, której bronimy kiedy znajdziemy się w podobnej sytuacji?

Uczę się pokory i szacunku dla NIE. Tego nie, które czasem oznacza „nie jestem gotowy” albo „nie mam zasobów”. Nie ma we mnie akceptacji na przemoc, pod wszelką postacią. Nie ma dla niej usprawiedliwienia i chyba nie wymaga to dyskusji. Coraz więcej odnajduję jednak w sobie zgody na odmienność wyborów, w tym wyborów rodzicielskich. Widzę ogromną wartość w rodzicielstwie bliskości, wierzę w potęgę więzi i doświadczam jej każdego dnia. Lubię czuć zapach naszej córki na swojej poduszce, tulić ją, jeśli tego potrzebuje i karmić moim mlekiem. Dostrzegam w tym siłę i moc, ale daję innym rodzicom prawo do odmienności. Nic wielkiego? Być może. Mimo wszystko nachodzi mnie czasem myśl, że wcale nie jest to łatwe. Idziemy swoją przemyślaną, świadomą drogą. Nie kupujemy mięsa w markecie, nie godzimy się na wypłakiwanie, a o wyższości brokuła nad białym cukrem możemy rozmawiać godzinami. My, rodzice bliskościowi. Za tą większą świadomością kryje się czasem pułapka nawracania. Jak przekonać kuzynkę do rb? Jak namówić męża do przeczytania książek Juula? Jak powiedzieć sąsiadce, że danonki to syf a jarmuż to samo złoto? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Nie jestem zwolennikiem porad z cyklu „jak zrobić coś…”, bo zwykle znamy pewien wycinek rzeczywistości, któremu dodatkowo nadajemy takie, a nie inne znaczenie. Wiem jednak, że przed każdym pytaniem „jak?” i naszym przekonaniem o zbawczej misji, warto zadać sobie pytanie „czy ona/on tego potrzebuje?” „czy jest w nim gotowość do zmian?”. Podczas czteroletniej szkoły psychoterapii, uczestnicy powinni przejść swoją terapię. Pech albo szczęście, nie wiem jak nazwać to, że mój mąż oraz najlepsza przyjaciółka też musieli to zrobić. Wyedukowani, świadomi, prowadzeni przez specjalistów, wracali z kolejnego dnia nauki i próbowali coś zmieniać, mieszać w naszych i swoich rodzinnych garach. A nikt poza nimi nie był na to gotowy, nikt nie miał takich narzędzi, wglądu i otwartości. Oczywiście opisuję to w wielkim uproszczeniu, ale zawsze wracam do tego, ilekroć nachodzi mnie potrzeba uświadamiania i nawracania. Pacjent nie wyleczy się z choroby, jeśli nie będzie chciał podjąć walki. Nie wprowadzimy zmian w życie innych, jeśli oni nie będą na to gotowi albo nie odnajdą zasobów w sobie lub otoczeniu.

Za tą gotowością w innych stoi też nasza akceptacja dla odmienności. To, co nie jest nasze nie musi być złe. Czasem to po prostu jest inne, działa na innych zasadach albo działa w ogóle. I to też potrzebuje akceptacji. Nie ma prostych rozwiązań, nie ma idealnych wskazówek i porad. Ale akceptacja i otwartość mogą być pierwszym krokiem ku gotowości do zmiany. Kilka miesięcy temu przeczytałam ten wywiad. Ostatnie zdania do dzisiaj siedzą w mojej głowie: Nasz syn ma dziś dwa lata, córka cztery. Oboje są śmiałymi, ufnymi, radosnymi dziećmi, o których panie w przedszkolu mówią: te dzieci zawsze się śmieją. Nasi rodzice wzdychają, mówiąc: ale wam się trafiło, a my odpowiadamy: to żaden łut szczęścia, ale lata pracy. Poza przekazem o wartości tego, co robimy stawiając na bliskość, ja widzę w tym coś jeszcze. Często mówimy, że nie chcemy naszych dzieci zmuszać, instruować. Wolimy zaufać i pozwolić im uczyć się życia przez obserwację i modelowanie. I tak sobie właśnie myślę, że najlepszym sposobem na zachęcenie męża/kuzynki/teściowej do rodzicielstwa bliskości, jest brak sposobu. Jeśli będą gotowi do zmiany, jeśli znajdą w sobie zasoby, sami dostrzegą wartość w bliskiej relacji. Jeśli zobaczą, że otwartość na potrzeby, empatia i bliskość dają siłę, być może zechcą stać się częścią tego świata. Samą poradą, wskazówką albo wykładem nie przeskoczymy jednak wewnętrznych oporów, braku umiejętności czy osobistych, emocjonalnych niedoborów. Nasza relacja z dzieckiem może jednak być tym zapalnikiem do zmian, do refleksji nad wysiłkiem, który warto podjąć.

zdjęcie:Guy Fawkes, flickr
Poleć ten tekst znajomym
  • Świetny tekst. Nikogo nie nawracam, ale zauważyłam, że jestem cięgle pod obstrzałem i poddawana krytyce za swoje wybory. Jak się przed tym bronić? Nie tylko rodzice bliskości mają tendencje do nawracania- reszta społeczeństwa także. I tu pojawia mi się zgrzyt, bo ja się nikomu nie wcinam i bolą i wkurzają mnie słowa i wtrącanie się ludzi. Wtedy czuję, że daje mi to prawo do oceny i ewentualnego odbicia piłeczki i skrytykowania ich, a że wiedzę mam często dużo większą to kończy się to kłótnią. Z tym, że czuję, że się bronię! Po prostu nie widzę powodów, dla których miałabym przyjmować uwagi otoczenia w milczeniu. Tak mi to zgrzyta 🙂

  • ala

    Ech…ja jednak żałuję, że ten post powstał tak późno…nawracalam…i już w momencie nawracania czułam, że to błąd. Wiele mnie ta sytuacja nauczyła, a ten tekst mnie zmobilizowal do dalszej pracy 🙂

  • agata

    Witam! bardzo fajny tekst.Dopiero chwile temu znalazłam twoją stronę i będę na niej częściej:))czuje jakieś podobieństwo w spojrzeniu na świat:))pozdrawiam AGATA

  • Asiulek

    chyba nie nawracam 😉 raczej podsylam czasem ciekawy, bynajmniej dla mnie wpis niektorym 🙂
    jedyni ludzie, ktorym zwracamy uwage sa… nasi rodzice, a dziadkowie naszych dzieci, bo niestety chcac nie chcac maja wplyw na nasze dzieci 🙁 nawet widujac je rzadko. 🙁 a biernosc to czesto przyzwolenia na jeszcze wiecej 🙁
    i nie chodzi mi o slodkosci.
    ale zgadzam sie. nie ma narzucac komus swojej woli, sama nie lubie, gdy ktos wchodzi mi w zycie z butami czemu ja miala bym to komus zrobic?

  • Ania

    Nawracam. patrzę z góry. Oceniam. Ale uczę się nie dawać rad. Walczę z tym. Mam dość siebie samej. Ostatnio znajomy powiedział, że do pokoju cirku, która teraz ma roczek chce kupić telwizor. Wyrwało mi się gromkie zabraniam ci… Cudny tekst. Tak oczywisty, bo ja to wiem, ale wciąż czasami tego nie robię. I karcę się. Bo jakże męcząca jest taka osoba. Ciocia dobra rada. Najlepiej wspominam rady, dotyczące wychowania zanim urodził się mój Pulpin… A teraz na szczęście trzymam go za zębami, terror laktacyjny…. Bo JA karmię… Masakra. Wyluzowuję, wolnym tempem daję innym żyć. Dziękuję za ten tekst.

  • Ola

    Dla mnie to ciągle problem nierozwiązany… Patrzeć na zachowania których nie akceptuję… Bo w końcu ja przekonałam się do rb właśnie dlatego że uwierzyłam że odmienne zachowania nie służą dziecku i często nawet mu szkodzą…i staram się postępować w ten sposób że kiedy słyszę poglądy na wychowanie z którymi się nie zgadzam to mówię ze ja robię / myślę inaczej… I polecam książki tym którzy o to nie pytają bo parę razy zaobserwowałam że to miało sens. Sprezentowałam mojej siostrze parę książek i przeczytała je…po 3 latach. Drugą namówiłam na szkolenie pbp i została fanką Rosenberga. Mąż przez 4 lata przeczytał pól książki Juula ale za to czyta co jakiś czas artykuły Agnieszki Stein które podsyłam mu na smartfona…i slucha kiedy czytam mu fragmenty książek które szczególnie mnie poruszają…i ostatnio powiedział że przeze mnie patrzy już na dzieci…inaczej.

  • A ja myślę, że ważny jest otwarty umysł. Musimy mieć świadomość, że nasza prawda nie jest jedyną objawioną prawdą. Trendy w wychowaniu się zmieniają. Nasze decyzje są naszymi wyborami. Myślę, że każda metoda może przynosić dobre i złe skutki. Bo dużo ważniejsze od technik są uczucia prawdziwe i nieświadome zachowania i motywy. Tak wynika też z mojej psychologicznej praktyki. I tak jak dzieci uczą się najszybciej przez modelowanie tak i inni rodzice mogą skorzystać coś z naszych metod jeśli przynoszą dobre skutki.

  • Bardzo fajny tekst. Rodzina powinna umieć się dogadać i rozumieć. Nawet ja są odmienna charaktery. Warto zwrócić uwagę, że mając różnicę charakterów nasze życie staje się ciekawe i podchodzimy do niego z inna siłą. Mając podobne charaktery wszystko staje się monotonne. Ważne jest zrozumienie drugiej osoby i umiejętności negocjacji.

  • Po przeczytaniu tego tekstu mam mieszane uczucia. Bo gdyby mi nikt nie zwracał uwagi, nie mówił, ze można inaczej, nie pokazywał innych dróg macierzyństwa to wciąż byłabym beznadziejną matką – taką , która stosuje kary, nagrody, krzyczy, „tresuje”, wychowuje „tak jak trzeba”, a mimo to czuje, ze coś jest nie tak, że i ona i dzieci nie są w tym układzie szczęśliwi. Na rodzicielstwo bliskości natknęłam się parę lat temu, podsuwano mi inne spojrzenie, pokazywano inne metody, zwracano uwagę na błędy, wytykano zachowania złe i uczulano na ich złe efekty w przyszłości (nawet jeśli w danym momencie odnosiły zamierzony skutek) – wszystko działo się w przestrzeni wirtualnej, na forum dla mam. Często wkurzona wyłączałam komputer, bo jakie one wszystkie są mądre, jak one lepiej wiedzą. Wkurzałam się, bo nikt nie lubi być krytykowany i pouczany. Wkurzałam się bo szłam wylać frustrację a dostawałam w twarz mądre rady, pouczenia, sugestię, że być może wina jest we mnie. Po czasie zaczęłam myśleć, czytać, szperać , szukać… Jestem bardzo wdzięczna tamtym dziewczynom za odwagę „wtrącania się” i pouczania. Za uświadomienie mnie, że coś takiego jak rb w ogóle istnieje- bo wcześniej nie miałam o tym pojęcia. Myślałam, że wychowywanie dziecka tak właśnie wygląda- tak jak wychowywano nas, tak jak widzimy w większości domów. a to nieprawda. Jest inna, lepsza, „jedyna słuszna”- moim zdaniem- droga. Rodzicielstwo Bliskości.